fot. Marta Wiśniewska / naszosie.pl

Ten artykuł był w planach od momentu, kiedy dowiedziałam się, że będę relacjonować tegoroczną edycję wyścigu Il Lombardia dla Naszosie.pl. Musiało jednak minąć kilka dni, aby opadły emocje i aby móc spojrzeć na to, co wydarzyło się we włoskiej Lombardii z większego dystansu. Zapraszam za kulisy „wyścigu spadających liści”, a także pracy dziennikarskiej przy tego typu wydarzeniu. 

W tym tekście nie będzie wypowiedzi kolarzy, wyników, statystyk. Nie zamierzam też analizować wyścigu Il Lombardia. Od mistrzostw Polski 2021 nie relacjonowałam z miejsca kolarskiego wyścigu, więc bardzo się cieszyłam na wyjazd do Lombardii. Po prostu tęskniłam za tym kolarskim cyrkiem – hałasem, przemieszczanem się i nieposiadaniem czasu na nic. Chcę podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, emocjami, które przeżyłam i zdradzić, jak wyglądają dni dziennikarza na wyścigu kolarskim. Mam nadzieję, że raz jeszcze przeżyjecie ze mną ten czas.

Piątek

Poranek minął dość spokojnie, bo konferencja prasowa z Tadejem Pogačarem była zaplanowana dopiero na 15:00. Musiałam jednak przygotować się do wywiadów, sprawdzić newsy, żeby wiedzieć np. o ewentualnych zmianach na liście startowej, a ponadto czekały mnie działania organizacyjne. W ich centrum znajdowało się odebranie samochodu z wypożyczalni, która znajduje się na lotnisku Orio al Serio w Bergamo. Tam utknęłam w kilkunastoosobowej kolejce, a kto kiedykolwiek korzystał z samochodowej wypożyczalni wie, że jedna osoba spędza przy przysłowiowym okienku minimum 10 minut. Straciłam więc tam przeszło godzinę, pomimo że miałam zrobioną rezerwację. Trudno. Auto było mi niezbędne, ponieważ nie dałabym rady przemieszczać się komunikacją publiczną ze względu na bardzo napięty grafik i brak niektórych bezpośrednich połączeń kolejowych. Samo dojechanie do miejsca zakwaterowania ekipy Rafała Majki, czyli do Cavenago di Brianza, miejscowości oddalonej około 30 km od Bergamo, byłoby niemożliwe bez czterech kółek.

Długa kolejka w wypożyczalni nie była moją jedyną przeszkodą tego dnia. Wiedziałam, że akredytację będę mogła odbierać w Bergamo od 14:15, więc z racji tego, że na 15:00 musiałam być w Cavenago di Brianza, pojechałam tam wcześniej, by być pierwszą w kolejce. Wszystko poszłoby świetnie, gdyby Włosi rzeczywiście zaczęli wydawać akredytacje o 14:15… Tymczasem o 14:20 wnosili dopiero do środka książki wyścigu, smycze, naklejki na samochody itd. Ubłagałam więc ludzi z obsługi wyścigu, aby jednak dali mi akredytację już teraz, bo wiedziałam, że czeka mnie około 40 minut drogi do hotelu UAE. Ostatecznie do pomieszczenia, w którym Tadej Pogačar rozmawiał z dziennikarzami wpadłam – w dosłownym tego słowa znaczeniu – o 15:08. Na 16:30 byłam umówiona na rozmowę sam na sam z Rafałem Majką. „Zgred” zszedł do hotelowego lobby spokojny, uśmiechnięty i chętny do rozmowy. Mam nadzieję, że czuć to w wywiadzie (link pod tym tekstem). Paradoksalnie dobrze zrobił mu czas spędzony w domu latem z powodu kontuzji w Tour de France, a ponadto Rafał wyraźnie bardzo dobrze czuje się w ekipie UAE Team Emirates.

fot. Marta Wiśniewska / naszosie.pl

Czekając na Majkę i spisując wypowiedzi „Poga” zauważyłam, że po holu kręci się Joxean Matxin Fernandez, menadżer zespołu, bardzo ważna postać w sztabie UAE Team Emirates. Nie miałam z nim umówionej rozmowy, ale nie ukrywam, że chodziła mi po głowie od dłuższego czasu. Postanowiłam więc podejść i zapytać, czy udzieli wywiadu polskiemu portalowi o kolarstwie szosowym. Zgodził się ze szczerą przyjemnością, a jego radość była tym większa, że mógł porozmawiać ze mną po hiszpańsku. Oczywiście – to nie był aż tak długi i wyczerpujący wywiad, jak miałoby to pewnie miejsce w innych okolicznościach, ale i tak uważam, że było warto. Choćby ze względu na to, co miał do powiedzenia o Rafale Majce.

fot. Marta Wiśniewska / naszosie.pl

I tak powoli kończył się dla mnie piątek. Coraz bardziej odczuwałam przedwyścigowe napięcie i ekscytację. Po rozmowie z kolarzami udzielił mi się klimat. Wsiadłam do mojego czerwonego fiata 500 i pomknęłam z powrotem do Bergamo, do hotelu, by jeszcze popracować. Chociaż pomknęłam to nadużycie, bo korki w godzinach szczytu w okolicach Bergamo były bardzo duże. I tak wieczorem na Naszosie.pl mogliście już czytać to, co do powiedzenia przed obroną tytułu w Lombardii miał Tadej Pogačar, refleksje Rafała Majki, a od późnej nocy także wywiad z Matxinem Fernandezem. Po północy zamknęłam komputer. Trzeba było choć trochę zregenerować się przed dniem wyścigu, który zapowiadał się jeszcze bardziej wymagająco.

Mam jednak lekki niedosyt, bo niewiele drużyn zorganizowało przed Il Lombardia konferencje prasowe – czy to na miejscu czy on-line. Mało tego – w wielu ekipach nie było nawet oficerów prasowych na tym wyścigu. Szkoda, bo we Włoszech byłam od czwartkowego popołudnia, więc gdyby było więcej możliwości, to wysłałabym do Polski jeszcze więcej materiałów. Startowała też mała liczba Polaków – tylko wspomniany Rafał Majka i Kamil Małecki, z którym niestety musiałam odwołać spotkanie, bo nie wyrobiłabym z wizytą w hotelu zespołu UAE Team Emirates. Przyznaję to szczerze – czasami gdzieś się po prostu nie zdąży.

Sobota

W dniu wyścigu pierwsza zameldowałam się na hotelowym śniadaniu, które wydawano od 7:00. Już po 8:00 rozpoczynała się prezentacja drużyn i podpisywanie listy startowej, a całe zamieszanie na starcie w Bergamo zaczęło się jeszcze wcześniej. Trzeba było więc wstać wcześniej. Na starcie moim głównym zadaniem było zebranie wypowiedzi kolarzy, co w istocie zrobiłam. Poza tym robiłam zdjęcia, nagrywałam vlog oraz tworzyłam stories do mediów społecznościowych, abyście mogli być z wyścigiem na bieżąco. Zdarzało się, że jednej dłoni trzymałam aparat, a w drugiej telefon.

Strefa mieszana (tzw. mixed zone) znajdowała się za sceną, na której prezentowali się kolarze. Nie widziałam więc tego, ale za to mogłam wysłuchać i spojrzeć w oczy zawodnikom przed startem oraz podpatrzeć kulisy. Pogoda w Bergamo dopisywała od rana. Może świt był chłodny, ale potem, z godziny na godzinę, robiło się coraz goręcej – dosłownie i w przenośni. Moją uwagę zwróciło to, że naprawdę wszyscy kolarze byli w dobrym nastroju. Może wpływała tak na nich piękna pogoda i malownicza Lombardia? A może także myśli o rozpoczynających się za kilka godzin wakacjach?

fot. Marta Wiśniewska / naszosie.pl

Organizatorzy zaplanowali, aby Vincenzo Nibali i Alejandro Valverde podpisali listę jako ostatni. Otrzymali okolicznościowe upominki i kwiaty oraz wielkie butle Astorii. Zabrali na chwilę głos i otrzymali ekstatyczną wręcz owację. Razem przyjechali na scenę, a potem (za każdym razem w szpalerze rozemocjonowanej publiczności) przejechali na start i oczywiście ustawili się w pierwszej linii. Widziałam, jak szykowali się do wejścia na scenę. Obaj byli poruszeni. Valverde dosłownie trzęsły się ręce, a „Rekin” miał łzy w oczach. Ludzie wykrzykiwali podziękowania i słowa zachwytu. Gdy Nibali podszedł udzielić wywiadu stojącemu obok mnie dziennikarzowi telewizji RAI, ten był wyraźnie dotknięty całą sytuacją. Wcześniej, gdy miał wejścia „na żywo” mówi praktycznie tylko o tym, że Il Lombardia 2022 jest ostatnim wyścigiem w karierze kolarza z Sycylii. „Grazie per tutto, Squalo”, rozlegało się zewsząd. Rozdali kilka autografów, zrobili sobie zdjęcia z kibicami i ruszyli. A mnie przemknęło przez myśl, jak tu skoncentrować się na tak trudnym wyścigu po takiej dawce emocji.

Dla mnie nastał czas na spisanie wypowiedzi i wrażeń ze startu. Zatrzymałam się w pobliskiej kawiarni, wzięłam capuccino i jakieś pyszne włoskie ciastka z Nutellą i wzięłam się do pracy. Potem do hotelu, po samochód i w drogę do Como. Około 80 kilometrów, przeważnie autostradą prowadzącą między innymi przedmieściami Mediolanu. W Como zaparkowałam na parkingu dla prasy usytuowanym na jednym z głównych placów i poszłam zapoznać się z linią mety. Tam już rozbrzmiewała muzyka, a niebawem odezwali się także spikerzy. Jeden mówił po włosku, a drugi po angielsku. Były także dwa telebimy, na których kibice mogli śledzić, co dzieje się na trasie.

W międzyczasie poszłam przespacerować się po miejscu, gdzie zaparkowały autobusy drużyn. Gdy jedzie wyścig dzieje się tam niewiele, ale pomimo to warto podpatrzeć, co robią mechanicy, kierowcy, a poza tym można spotkać kogoś znajomego. Masażysta INEOS Grenadiers Marek Sawicki wiedział, że jestem na Il Lombardii, więc zaprosił mnie do siebie. W autobusie siedział już Ben Tulett (wycofał się z powodu złego samopoczucia), wypiłam espresso, zamieniłam kilka słów i wróciłam na linię mety. Po drodze widziałam kierowców i masażystów oglądających wyścig oraz kręcące się bębny pralek umieszczonych w autobusach. Zbliżała się 16:00, a więc pierwszy przejazd kolarzy przez linię mety.

Peleton dotarł do Como mocno poszatkowany. Kibiców było bardzo dużo. Pogoda wciąż idealna, nawet jeszcze lepsza niż rano. Ja w tym czasie zastanawiałam się, jak zorganizować się po mecie, a na ostatniej rundzie nie oderwałam wzroku od telebimu, na którym „leciał” – jak kolokwialnie mawiamy – wyścig. Wiadomo, że trzeba było zebrać wypowiedzi pierwszej trójki, pójść na konferencję prasową ze zwycięzcą i obejrzeć dekorację. Ale chciałam jeszcze uchwycić atmosferę zaraz za linią mety. Z doświadczenia wiem, że tam są najlepsze kulisy kolarstwa. Pierwsze reakcje zawodników, grymasy zmęczenia, pot, krew i łzy – czasami naprawdę dosłownie. Tak zrobiłam. Mając akredytację mogłam ustawić się obok masażystów oraz innych dziennikarzy i fotoreporterów, którzy oczekiwali na zawodników.

fot. Marta Wiśniewska / naszosie.pl

Nie widziałam finiszu, bo stamtąd nie było widać ekranu. Wiedziałam, że na czele są Pogačar i Mas. Można było też być niemal pewnym, że dwójkowy finisz wygra Słoweniec. Głos spikera utwierdził mnie w tym przekonaniu. Lider UAE Team momentalnie wpadł w objęcia swojego teamu, że nawet nie zobaczyłam jego twarzy. Ale obok mnie przejechał (tak mi się wydaje) w pierwszej chwili zawiedziony Enric Mas. Gdy się zatrzymał, zapytał bardzo doświadczonego masażysty Movistaru Juana Carlosa Escameza, co z Valverde. Usłyszał, że zaraz będzie, bo jechał blisko, więc zaczekał na swojego przechodzącego na kolarską emeryturę kolegę z zespołu. Chwilę później mocno się przytulili, Mas pocałował Alejandro w policzek i potem powiedział mu coś na ucho. Escamez miał w oczach łzy. Nie wiem, jak to się stało, ale nie widziałam przyjazdu Nibaliego. Musiałam przeoczyć. Zobaczyłam go dopiero później w mixed zone, gdy udzielał ostatnich wywiadów jako zawodowy kolarz.

fot. Marta Wiśniewska / naszosie.pl

Ponagrywałam co nieco, zrobiłam zdjęcia i poleciałam pod podium, obok którego ustawiono miejsce do wywiadów. W momencie, gdy grali słoweński hymn, z dziennikarzami rozmawiali Nibali i Valverde. Naprawdę dużo się wokół nich kręciło. Nie chcę powiedzieć, że Pogačar wygrał w cieniu końca ich karier, ale mogę zaryzykować stwierdzenie, że były to równorzędne wydarzenia. Widać było szczerą radość na twarzach „Poga”, Masa i Landy. Każdy z nich zrobił, co mógł i wywalczył zasłużone miejsce. Tymczasem dwaj weterani zapewnili, że coś się kończy, ale z optymizmem patrzą w przyszłość i że nadchodzi czas kolejnego pokolenia. Chociaż Valverde mówił, że smutno jest kończyć, gdy jest się na tak dobrym poziomie. Obojgu towarzyszyły rodziny – żony, dzieci, rodzice Nibaliego, którzy specjalnie na tę okazję przylecieli z Sycylii. Jeden z synów Alejandro miał ubraną koszulkę mistrzów świata, a ojciec powiedział do niego, gdy skończył udzielać wywiadów: „Ale dzień, co?”

Po dekoracji i pierwszych wywiadach pobiegłam na Piazza del Popolo w Como, gdzie w jednym z tamtejszych budynków odbywała się konferencja prasowa z Tadejem Pogačarem. Słoweniec przyszedł dość szybko. Podczas wszystkich medialnych obowiązków towarzyszył mu oficer prasowy UAE Team Emirates – Luke, notabene bardzo pomocny i sympatyczny. Słoweniec wydawał się zregenerowany, oczywiście zadowolony. Chętnie odpowiadał na wszystkie pytania, chociaż – trzeba przyznać – nie było ich zbyt wiele. Sala była wypełniona przez dziennikarzy. Po zakończeniu konferencji opuściłam budynek i zobaczyłam, że Pogačar stoi przed zamkniętym przejazdem kolejowym w Como. Ludzie mieli szczęście, bo ten czas spożytkowali na zdjęcia i wzięcie autografów. Zwycięzca 116. edycji Il Lombardia i jednocześnie obrońca tytułu nie odmówił nikomu. Gdy rogatki wreszcie się podniosły, ruszył na rowerze do autobusu, a biedny Luke musiał pójść na piechotę.

fot. Marta Wiśniewska / naszosie.pl

Było grubo po 18:00. W Como powoli opadał kurz po ostatnim monumencie w sezonie, a rozpoczynało się nocne życie. Ja wsiadłam do samochodu, włączyłam komputer i zaczęłam pisać o tym, co na konferencji powiedział Pogačar. Sama zadałam mu dwa pytania: o to, czy organizatorzy powinni kontynuować trend zmieniania nieco trasy oraz co lubi robić w wolnym czasie. Pracując musiałam też rzucić pod nosem kilka niecenzuralnych słów, bo prawie w ogóle nie działał internet. Zaczął padać deszcz – doskonale wiedział, kiedy to zrobić, aby nie zepsuć bella giornata, jak mówili Włosi.

Koniec. Koniec wyścigu, koniec sezonu, koniec pewnej epoki. Radość i smutek zarazem. No i zmęczenie, ale to akurat było najmniej ważne. Do mojego pudełka wpada kolejna akredytacja na pamiątkę – dołączyła do tych z mistrzostw świata 2018, Grand Départ Tour de France 2019 w Brukseli, trzech edycji MP, Tour de Pologne itd. Mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej, że będą mogła w przyszłym sezonie pokazywać Wam sport, który tak wszyscy uwielbiamy. Grazie a tutti.

Teraz już z Polski, ale myślami z Włoch Marta Wiśniewska

Poniżej wklejamy bezpośredni link do vloga pokazującego kulisy Il Lombardia 2022, który został opublikowany na kanale YouTube NaszosieTV. Zapraszamy do oglądania! 

Wywiad z Rafałem Majką przeprowadzony we Włoszech, dzień przed Il Lombardia –> TUTAJ.

Wywiad z Matxinem Fernandezem, menadżerem drużyny UAE Team, także przeprowadzony we Włoszech tuż przed rozpoczęciem „wyścigu spadających liści” –> TUTAJ

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Pat
Pat

te kopary nad jeziorem to chyba nie aż taki przepiękny widok, ale artykuł super