Zapraszamy do przeczytania kolejnego wywiadu z kandydatem na prezesa Polskiego Związku Kolarskiego. Tym razem rozmawialiśmy z Jackiem Kowalskim, burmistrzem Nowego Dworu Mazowieckiego i członkiem zarządu Mazowieckiego Związku Kolarskiego. 

Dlaczego chce pan zostać prezesem najbardziej zadłużonego związku sportowego w Polsce? 

Kocham ten sport. Wychowałem się na Wyścigu Pokoju i na zwycięstwach Ryszarda Szurkowskiego, Stanisława Szozdy czy Tadeusza Mytnika. Najpierw jako przewodniczący Rady Miejskiej Nowego Dworu Mazowieckiego, a teraz jako burmistrz tego miasta włączałem się w funkcjonowanie polskiego kolarstwa. Z podekscytowaniem wspominam to, gdy wręczałem nagrody na wyścigu w Nowym Dworze Mazowieckim, w którym brały udział gwiazdy polskiego kolarstwa. Takie przeżycia spowodowały, że ta dyscyplina stała mi się bardzo bliska, a potem, już jako burmistrz, angażowałem się w organizację kolarskich imprez. Ponadto od dwóch kadencji jestem członkiem zarządu Mazowieckiego Związku Kolarskiego i jako delegat na walnych zgromadzeniach PZKol obserwuję, jak ta piękna dyscyplina z ogromnym potencjałem się marnuje. Należy to zmienić, a kwestia zadłużenia jest kwestią czasu. W tej chwili mamy kumulację pewnych zdarzeń i problemów, a potencjał nadal jest i należy go wykorzystać. Koledzy z zarządu Mazowieckiego Związku Kolarskiego zgłosili moją kandydaturę na prezesa.

Ale żeby zacząć wykorzystywać potencjał, trzeba najpierw uporać się z wielkimi problemami finansowymi. Obecny prezes, pan Krzysztof Golwiej, mówi, że nie może zrobić nic, bo nie ma do wydania nawet złotówki. Jakie ma pan pomysły na rozwiązanie tej sytuacji? 

Jeśli ktoś nie ma pomysłu i nie jest w stanie znaleźć nawet złotówki, to mogę tylko żałować kolarstwa pod obecnym kierownictwem. Jednak nie chcę krytykować i mówić o przeszłości. Oczywiście, że pieniądze są potrzebne do realizacji wszelkich planów, ale jak się zakłada strategię, to się ją realizuje krok po kroku. Oczywiście trzeba ją podzielić na zakresy odpowiedzialności, podzielić założone zadania i zlecić je ludziom, którzy potrafią je zrealizować. Źródła rządowe i samorządowe to są środki, z których najczęściej czerpią polskie związki sportowe. My na Mazowszu pokazaliśmy, że potrafimy współpracować z samorządami od szczebla wojewódzkiego, przez powiatowy, aż po miejskie i gminne samorządy, i tam znaleźć partnerów do budowania dyscypliny. To samo można przełożyć na teren krajowy. Oczywiście trzeba zacząć od audytu, zrobić bilans otwarcia, a przede wszystkim wiedzieć, z jakim problemem się mierzymy. Na poprzednim walnym zgromadzeniu staraliśmy się dowiedzieć, jaki jest rzeczywiście dług, bo próbowano nas przekonać do sprzedaży toru. Prezes użył trzech różnych kwot, argumentując, jaką decyzję mamy podjąć. Najpierw trzeba zdiagnozować chorobę, a później leczyć pacjenta.

To według pana da się znaleźć pieniądze na ten audyt? 

Musi się dać znaleźć, bo jestem pewien, że jest wiele osób, które dobrze życzą kolarstwu.

Ma pan na myśli sponsorów? 

Tak. Trzeba znaleźć środki na ten audyt, bo bez niego nie można rozmawiać z partnerami. Związek musi zbudować wiarygodność, co jest żmudnym i długim procesem. Jednak trzeba zacząć to robić od przeprowadzenia diagnozy, a następnie szukać partnerów, którzy pomogą stanąć na nogi. Jednak to nie będzie tak, że pójdziemy do kogoś i powiemy: „Słuchaj, mamy taki długi, a ty jesteś fajnym gościem i daj nam pieniądze”. Tak nie będzie. To musi być sytuacja win-win – dwie strony muszą być zadowolone. Sponsorzy muszą zobaczyć, że środowisko się zintegrowało, że jest wytyczona pewna ścieżka do osiągnięcia celów. Wrócę jeszcze na chwilę na mazowieckie podwórko i do grupy Mazowsze Serce Polski, którą razem z marszałkiem województwa tworzyliśmy. Robiąc to, również zapraszaliśmy partnerów, którym musieliśmy wskazać odpowiednie kwoty marketingowe. Trzeba przygotować odpowiednie oferty.

Czyli rozumiem, że gdyby został pan wybrany na prezesa Polskiego Związku Kolarskiego, to pierwszą rzeczą, jaką by się pan zajął, byłoby określenie wysokości długu i przeprowadzenie audytu? 

Oczywiście, że tak. Trzeba rozmawiać z naszymi partnerami, którzy czekają na współpracę. Mamy wreszcie z powrotem swoje ministerstwo [ministerstwo sportu pod kierownictwem Kamila Bortniczuka – przyp. M.W.], a więc trzeba rozmawiać z ministrem sportu, trzeba powiedzieć, że potrzebujemy pomocy, ale jednocześnie pokazać, że my także jesteśmy zdolni stworzyć pewne rozwiązania, które pomogą finansować dyscyplinę. Mamy 16 województw, ja mam – tak, jak powiedziałem – bardzo dobre kontakty z marszałkiem Struzikiem i chcę to przełożyć również na inne kontakty w pozostałych województwach. Pan Struzik obiecał nam, że może być swoistym ambasadorem kolarstwa na forum marszałków z całej Polski. Jako samorządowiec wiem, że gdy złoży się moim kolegom odpowiednie propozycje, to może być organizowanych wiele ciekawych imprez itd. Audyt jest jedną z najważniejszych rzeczy, ale nie tylko totrzeba zrobić. Trzeba również działać w pozostałych obszarach, bo życie nie znosi próżni.

Czy uważa pan, że przekazanie Areny Pruszków do Centralnego Ośrodka Sportu byłoby dobrym rozwiązaniem? 

Nie jestem w stanie wypowiedzieć się w tej sprawie jednoznacznie, ponieważ tak naprawdę nie wiem, na jakich warunkach ta transakcja miałaby się odbyć.

Czyli nie podziela pan poglądu, że jest to jedyne dobre rozwiązanie i należy doprowadzić do tego natychmiast? 

Nie uważam, że pozbycie się toru jest remedium na całe zło. Jeśli okaże się, że ministerstwo sportu przedstawi nam jakieś rozwiązanie albo wspólnie je wypracujemy, to jak najbardziej. Jednak musi za tym iść zapewnienie długoletniego funkcjonowania polskiego kolarstwa na tym obiekcie. Jeśli miałbym namawiać delegatów do podjęcia takiej decyzji o pozbyciu się majątku w takiej czy innej formie, to chciałbym im powiedzieć, dlaczego mają to zrobić i co za to otrzymają. Trzeba pamiętać, że dzięki temu torowi zyskaliśmy worek medali na różnych imprezach mistrzowskich. Chwała tym, którzy podjęli decyzję o powstaniu toru. Rzeczywiście, dziś ten obiekt podupadł, ale – tak, jak powiedziałem – wolę patrzeć w przyszłość i zastanawiać się, co należy zrobić, by sytuacja uległa poprawie.

Na jakich kompetencjach opiera pan swoją kandydaturę?

Spędziłem 21 lat na stanowisku burmistrza, a to nie jest tylko siedzenie za stołkiem i realizowanie budżetu, który w tym roku wynosi ponad 200 milionów złotych. Współpracowałem w tym czasie z różnymi szczeblami samorządu, z administracją rządową, z prywatnymi przedsiębiorcami. To, że w Nowym Dworze Mazowieckim mamy jedną największych stref ekonomicznych w Polsce, największy zakład produkcji chemii gospodarczej, największą piekarnię w Polsce itd., to nie wzięło się znikąd. To jest efekt umiejętności negocjacyjnych, rozmawiania z ludźmi, słuchania ich i znajdowania rozwiązań, które powodują, że ci ludzie chcą rozwijać na naszym terenie swoje biznesy. W dodatku jest lotnisko w Modlinie, które jest moim osobistym największym sukcesem w samorządowej karierze, pomimo że próbowano nam go obrzydzić i zamykać, to są tysiące miejsc pracy i 3 miliony obsługiwanych pasażerów rocznie. Poza tym realizuję się również w sporcie – wspierając między innymi kluby, chociażby Świt Nowy Dwór Mazowiecki, który skupia w sobie kilkanaście dyscyplin. Funkcjonujemy jako samorząd i miasto w wielu dyscyplinach sportu, które odnoszą sukcesy.

Tylko, że różnica między stanowiskiem burmistrza Nowego Dworu Mazowieckiego a ewentualnie prezesem PZKol jest taka, że w związku zastałby pan potężny dług, ciągnące się od lat problemy, zszargany wizerunek itd. Nastąpiłaby natychmiastowa weryfikacja pańskich umiejętności jako zarządcy i gospodarza. W Nowym Dworze Mazowieckim buduje pan swoją pozycję i kontakty od przeszło dwóch dekad. 

Oczywiście, trzeba byłoby wprowadzić podział obowiązków, odpowiednią strukturę – ogólnie rzecz biorąc porządek. Ale jeszcze raz podkreślę – nie będzie sukcesów, jeśli nie będzie odpowiedniej współpracy i to dotyczy także prezesa. Ja również nie mam patentu na wiedzę, dlatego jeśli zostałbym wybrany, będę słuchał działaczy. Trzeba wyciągnąć związek z tych ruchomych piasków, bo żal ściska za serce, gdy patrzy się na to, jak marnuje się potencjał kolarstwa.

Czy pełnienie funkcji burmistrza Nowego Dworu Mazowieckiego nie będzie kolidowało z ewentualną funkcją prezesa PZKol? 

Funkcja burmistrza jest moim zawodem, pracą i pasją, którą wykonuję z wielką satysfakcją, natomiast funkcja członka zarządu związku czy prezesa jest funkcją społeczną. Każdy z dotychczasowych prezesów miał swój zawód, inne zajęcie oraz życie prywatne. Na miejscu muszą być ludzie, którzy będą pracowali i pilnowali wszystkiego na co dzień, natomiast praca szefa czy członka zarządu to jest raczej praca w terenie, polegająca na poszukiwaniu partnerów do realizacji celów. Jako burmistrz działam podobnie. Od wielu lat mam ten sam fotel i przyznam szczerze, że nie jest zbytnio zdarty (śmiech).

Nie jest tajemnicą, że jest pan bliskim współpracownikiem byłego prezesa PZKol Dariusza Banaszka. Czy w związku z tym można spodziewać kontynuacji jego polityki albo realizacji zbieżnych dla panów celów? Mówiąc wprost: czy ta znajomość może mieć wpływ na funkcjonowanie związku? 

Lubię i szanuję wielu ludzi z polskiego środowiska kolarskiego. Zawsze szukam pozytywnych aspektów i widzę ich wiele, jeśli chodzi o funkcjonowanie zarządu pod kierownictwem pana Dariusza Banaszka. Wiele rzeczy uporządkowano i rozwiązano wiele problemów. Natomiast co do sposobu zarządzania, to na pewno charakteryzujemy się innym poziomem ekspresji, a ponadto ja nie jestem takim znawcą kolarstwa jak pan Dariusz. Co do zarządzania daną instytucją, to mam w tej materii swoje doświadczenie i nie muszę czerpać z innych źródeł.

Czy ewentualnie nawiązałby pan współpracę ze specjalistami w określonych dziedzinach – np. z trenerami, specjalistami od PR-u, marketingu, szkolenia? I jeśli tak, to czy w gronie współpracowników znajdzie się pan Dariusz Banaszek? 

Od tego trzeba zacząć. Trzeba stworzyć swoisty okrągły stół i zaangażować wszystkich, którzy mogą pomóc polskiemu kolarstwu. Nie można zmarnować choćby jednego człowieka. My musimy być tym, kto łączy, a nie tym, kto dzieli. Trzeba znaleźć chętnych, którzy chcą pomóc i doradzić. Oczywiście nigdy nie da się zrealizować wszystkich pomysłów, ale np. w zakresie szkolenia czy treningu nie brakuje nam świetnych specjalistów. Pan Dariusz jest na pewno jednym z tych ludzi, który potrafi to robić i z doświadczenia takich osób grzechem byłoby nie skorzystać.

Jak ocenia pan swoje szanse na wybór prezesa PZKol?

W ogóle nie oceniam. Nie prowadziłem żadnej kampanii wyborczej, nie jeżdżę po okręgach, nie spotykam się z działaczami. Ja nigdy nie wpadłem na pomysł, aby kandydować – to były sugestie oddolne, które otrzymywałem w mailach, SMS-ach, na Messengerze, żebym zechciał kandydować. To naprawdę nie jest najważniejsze, czy ja zostanę prezesem czy nie. Najważniejsze jest to, aby tę czarną przeszłość polskiego kolarstwa odciąć grubą kreską. To wreszcie musi się skończyć. Te wybory muszą być początkiem czegoś nowego.

Rozmawiała Marta Wiśniewska

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments