fot. UCI

To już dziś. Ostatni dzień rozgrywania mistrzostw świata tradycyjnie przyniesie odpowiedź na przedostatnie z ważnych pytań sezonu, a uszyta z marzeń wszystkich zawodników koszulka kolejny raz zmieni swojego właściciela. Tam, gdzie wszystko się zaczęło. Tam, gdzie kolarstwo jest niemal religią. Na trasie, która nikogo nie wyklucza. Patrzcie, jak rodzi się nowy mistrz.

Gdyby istniał szósty monument, byłby nim nie romantyczny Strade Bianche, ale wyścig ze startu wspólnego mistrzostw świata. A jeśli nim nie jest i nigdy nie zostanie, to dlatego, że każdego roku zmienia swoją lokalizację, charakter i pulę zawodników predestynowanych do odniesienia zwycięstwa. Jedna rzecz pozostaje jednak bez zmian: nagroda w postaci tęczowej koszulki, która w ogólnej świadomości co prawda przegrywa pod kątem rozpoznawalności z maillot jaune, ale jako jedyna wyróżnia triumfatora wyścigu ze startu wspólnego przez okrągły rok. To jednocześnie przywilej i obowiązek, który stawia na świeczniku i potrafi bardzo ciążyć, a w przeszłości uginały się pod nim nawet najsilniejsze osobowości tego sportu.

Wracając jednak do charakteru samych mistrzostw i wieńczącego je wyścigu ze startu wspólnego, te rokrocznie zmieniające się krajobraz, trasa i lista pretendentów we Flandrii w końcu znalazły potrzebny od dawna konsensus, a tradycja wyszła naprzeciw kolarstwa szosowego, jakim znamy je tu i teraz.

Sceneria tegorocznej edycji światowego czempionatu jest wyjątkowa nie tylko ze względu na swój symboliczny dla kolarstwa szosowego wymiar, wzmocniony przez 100. rocznicę pierwszych mistrzostw świata rozgrywanych we Flandrii. Belgijskie miasta i miasteczka, wijące się wąskie drogi, sztywne podjazdy i zdradliwe bruki rozpalają wyobraźnię wszystkich, dla których wyścigi jednodniowe są esencją tej dyscypliny sportu, a ich wiosenna kampania najbardziej wyczekiwanym okresem, ale to też nie to. W kontekście nadchodzących zmagań być może najważniejszym z powodów jest ten, że wytyczona tam trasa przynajmniej na papierze powinna umożliwić sprawiedliwe wyłonienie najlepszego kolarza dziś, a może również tej części sezonu, żadnego z głównych aktorów nie wykluczając ze względu na jego specjalizację. To ostatnie jest kontynuacją trendu z ubiegłych lat, w których odchodziło się od rotowania trasami projektowanymi z myślą o zawodnikach odmiennych charakterystyk na rzecz takich, które pozwalają większości z nich spotkać się w jednym punkcie, co o dziwo wpisuje się w głębsze przemiany kolarstwa szosowego, które zachodzą na naszych oczach.

Trasa
Tygodniowe święto kolarstwa szosowego spod znaku tęczy tradycyjnie zwieńczy niedzielny wyścig ze startu wspólnego elity mężczyzn, który w tym roku liczyć będzie 268,3 kilometra i 2562 metry przewyższenia.

Odcinek dojazdowy pomiędzy Antwerpią i Leuven, podobnie jak w wyścigu elity kobiet, liczyć będzie 56 kilometrów, po przebyciu których najlepsi kolarze zawodowego peletonu wjadą na rundę w stolicy Brabancji Flamandzkiej z podjazdami pod Keizersberg (290 m, śr. 6,6%), Decouxlaan (975 m, śr. 2,5%), Wijnpers (360 m, śr. 7,9%) i St. Antoniusberg (230 m, śr. 5,5%). W tej fazie wyścigu pokonana zostanie ona 1,5 raza.

Następnie peleton uda się na południowy zachód i po raz pierwszy przejedzie przez flandryjską pętlę ze wspinaczką na Smeysberg (700 m, śr. 8,8%), Moskesstraat (550 m, śr. 8,0%), Taymansstraat (738 m, śr. 5,5%), Bekestraat (439 m, śr. 7,6%) i Veeweidestraat (484 m, śr. 5,2%), po której, w środkowej części rywalizacji, wróci na rundę w Leuven, tym razem pokonując ją 4-krotnie.

Na decydującą fazę wyścigu mężczyzn ze startu wspólnego złoży się zaś drugi przejazd przez flandryjską pętlę i finałowe 2,5 rundy w stolicy Brabancji Flamandzkiej, które wyłonią nowego Mistrza Świata w tej kategorii.

Jeśli przez flamme rouge na czele stawki przejedzie mniejsza lub większa grupa zawodników, rozstrzygające dla losów medalowej rywalizacji będą pozycja przed ostatnim zakrętem i wymagający, prowadzący pod górę sprint.

Men Elite Road Race

Pogoda
Dość długo niedziela zapowiadała się na deszczową, jednak obecnie wszystko wskazuje na to, że również elicie mężczyzn przyjdzie rywalizować w co najmniej znośnych warunkach. Szanse pojawienia się deszczu w okolicach Leuven rosną wczesnym popołudniem do ok. 20%, ale nic nie wskazuje na apokaliptyczny opad.

Faworyci
Na podstawie rywalizacji orlików i elity kobiet wiemy już, że nawet jeśli nie jest to najbardziej ekscytująca trasa, na jakiej w ostatnich latach rozgrywane były wyścigi ze startu wspólnego mistrzostw świata, to spektrum zawodników zdolnych walczyć na niej o medale jest wyjątkowo szerokie. Które drużyny wydają się najmocniejsze i jak rozegrają swoje karty?

To już ostatnia szansa, aby symbolizujący Flandrię lew zaryczał na najwyższym stopniu podium tegorocznego czempionatu, dlatego długą wyliczankę wypada rozpocząć od Belgów. Ich niekwestionowanym liderem i faworytem wyścigu jest Wout van Aert, który stanie na starcie w Antwerpii zmotywowany nie tylko możliwością walki o tęczową koszulkę w swojej ojczyźnie, ale również chęcią zamiany w złoto srebrnej zastawy, o którą wcale nie prosił. Po tym, jak na każdym możliwym polu zdominował rozgrywany niedawno Tour of Britain, o jego formie nie wypada nawet dyskutować. Jest wiele scenariuszy, w wyniku których wszechstronny 27-latek byłby w stanie rozegrać na swoją korzyść wymagającą końcówkę w Leuven, jednak sam deklaruje, że wystarczająco wierzy w swój sprint, by móc sobie pozwolić na pojechanie dość konserwatywnego wyścigu. Tego typu komfort jest mu też w stanie zapewnić niezwykle mocna reprezentacja Belgii, w której barwach wystartują jutro Victor Campenaerts, Tiesj Benoot, Tim Declercq, Yves Lampaert, Remco Evenepoel i pochodzący z Leuven Jasper Stuyven. Posiadanie w składzie tak wszechstronnego faworyta rywalizacji niemal na pewno sprawi, że inne drużyny spróbują przerzucić na nich całą odpowiedzialność kontrolowania wyścigu, dodatkowo im to zadanie utrudniając swoimi ofensywnymi akcjami. Jest jednak równie prawdopodobne, że Belgowie odpowiedzą dokładnie tym samym, a dość oczywistym kandydatem do otwarcia wyścigu po ich stronie wydaje się rzecz jasna Remco Evenepoel. Jest to wybór, którego sama bym dokonała, będąc ich selekcjonerem (głównie żeby mieć argument, że zagrałam również tą kartą w razie, gdyby wszystko poszło nie tak), jednak wybór dość problematyczny, bo grupa kolarzy, którzy na papierze są zdolni z 21-latkiem odjechać, a następnie pokonać go w sprincie, jest całkiem liczna. Wcześniej widziałam w podobnej roli świetnie dysponowanego Campenaertsa, jednak wiedząc już nieco więcej o finałowym sprincie, na członka małej grupy, która wbrew woli ogółu i okolicznościom dojeżdża do mety, bardziej pasuje mi znający każdy skrawek drogi Stuyven.

Skład Francji na ten wyścig wygląda tak, jak AG2R-La Mondiale na wiele imprez jednodniowych drugiej części tego sezonu, czyli jak wybuchowa mieszanka dobrze dysponowanych puncheurów zdolnych wnieść do rywalizacji całe mnóstwo życia i radości. Uwagę komentatorów, widzów i rywali przyciągać będzie przede wszystkim broniący tęczowej koszulki Julian Alaphilippe, jednak tego dnia i na tej trasie dużo niebezpieczniejszy może okazać Benoit Cosnefroy, któremu świetnie powinny odpowiadać niedzielne trasa i końcówka. 25-latek uzyskiwał w ostatnim czasie bardzo dobre wyniki, a jedyne zastrzeżenie wobec nieco dotyczy pewnej taktycznej naiwności, którą mogą być w stanie brutalnie wykorzystać bardziej doświadczeni albo sprytniejsi rywale. Na tym wachlarz ofensywnych możliwości Francuzów się nie kończy, bo do ataku mogą oni wysłać równie skutecznych w ostatnich tygodniach Floriana Senechala i Christophe’a Laporte, ewentualnie czekać z tym ostatnim na mało prawdopodobny sprint z nieco większej grupy. Po trójkolorowych, których skład uzupełniają Anthony Turgis, Remi Cavagna, Valentin Madouas i Clement Russo można się więc w niedzielę spodziewać wszystkiego, poza konserwatywną jazdą.

Drugą ekipą, która w podobnym stylu będzie w stanie następującymi po sobie atakami rozerwać wyścig na strzępy, są Duńczycy. Kasper Asgreen wyszedł już w tym roku obronną ręką z pojedynku o podobną stawkę w znacznie trudniejszym terenie, dlatego nie będzie się bał nadchodzącego pojedynku z van Aertem i spółką, a fakt, że podczas Benelux Touru wyglądał na nieco niedogotowanego, może być dobrym znakiem. W barwach Danii o niedzielny triumf mogą też równie skutecznie walczyć świetny na tego typu końcówkach Magnus Cort Nielsen, płynący na fali wznoszącej Michael Valgren i wygrywający bardzo sporadycznie, ale zawsze po bardzo ciężkich wyścigach Mads Pedersen. Skład uzupełniają Mikkel Honore, Mikkel Bjerg, Andreas Kron i Mads Wurtz Schmidt.

Drużyną, która wydaje się zbudowana podobnie do francuskiej i duńskiej są Włosi, w których barwach wystąpią w niedzielę Sonny Colbrelli, Matteo Trentin, Andrea Bagioli, Davide Ballerini, Diego Ulissi, Gianni Moscon, Alessandro De Marchi i Giacomo Nizzolo. Po co zabrali do Belgii tego ostatniego, mając w składzie tylu obdarzonych dobrym prześpieszeniem puncheurów nie wiem, ale nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Mimo tak wybuchowego potencjału, ich najlepszą kartą wydaje się obecnie Colbrelli, dlatego jest bardzo możliwe, że dość konserwatywnie rozegrają pierwszą część wyścigu i zadbają o to, aby znalazł się on na czele grupy, kiedy będą mieć miejsce decydujące ataki. Prawdą jest, że 31-latek wygrywa obecnie więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, ale nie wydaje mi się, aby był skłonny ryzykować sprinterski pojedynek z Woutem van Aertem czy Magnusem Cortem. Powinien zamiast tego wykorzystać niesamowite przyspieszenie, którym ostatnio imponował na krótkich podjazdach i rozegrać na swoją korzyść końcówkę z możliwie jak najmniejszej grupy.

Inną reprezentacją, w której akcenty dość równo rozłożone są między lidera i czarnego konia jest Wielka Brytania, gdzie w te role odpowiednio wcielają się Tom Pidcock i Ethan Hayter. Ten pierwszy dowiódł swoich kompetencji na dokładnie tych szosach, pokonując na finiszu tegorocznego Brabantse Pijl samego van Aerta. Ten drugi co prawda z Belgiem podczas niedawnego Tour of Britain przegrał, ale był poza zasięgiem reszty całej reszty konkurencji, a w razie finiszu z kilkunastoosobowej grupki może się sprawdzić lepiej od 22-latka. Reszta brytyjskiej drużyny to dość interesująca mieszanka młodości i doświadczenia, którą tworzą Fred Wright, Connor Swift, Jake Stewart, Luke Rowe, Ben Swift i Mark Cavendish.

Holandia na pierwszy rzut oka wygląda na drużynę podporządkowaną jednemu liderowi w osobie Mathieu van der Poela. W rzeczywistości pomarańczowi mają jednak jakieś opcje zapasowe na wypadek, gdyby szeroko omawiana przez samego zainteresowanego kontuzja pleców okazała się ciągle aktualną bolączką, a nie tylko blefem. Osobiście obstawiam to drugie, bo nie widzę powodu, dla którego miałby chcieć startować w wyścigu, którego nie zamierza ukończyć, a bliższe zapoznanie się z końcówką wytyczonej na wyścig ze startu wspólnego elity mężczyzn trasy w moich oczach winduje jego szanse. Dla porządku jednak napiszę, że tymi opcjami są Mike Teunissen i Danny van Poppel, a skład Niderlandów uzupełniają Bauke Mollema, Pascal Eenkhoorn, Sebastian Langeveld, Oscar Riesebeek i Dylan van Baarle.

Odwlekałam ten moment tak długo, jak było to możliwe, ale najwyższy czas wspomnieć o Słowenii i Mateju Mohoricu, który ma przedłużyć i ufarbować na tęczowo niewiarygodne pasmo kolarskich sukcesów reprezentantów tego niewielkiego kraju. U jego boku na starcie w Antwerpii staną Tadej Pogacar i Primoz Roglic, jednak w założeniach ta niedziela ma być nie dla nich, ale dla mniej utytułowanego od nich 26-latka, który podporządkował temu występowi drugą część tegorocznego sezonu. Mohoric ukrył się nieco w cieniu po świetnym występie w Benelux Tourze na początku września, ale ciągle wypowiada się o swojej formie z bardzo dużą pewnością siebie, idealnie odpowiadającą mu trasę ma podobno w małym palcu, a aspekty logistyczne ogarnął do tego stopnia, że nawet załatwił lepszy osprzęt z Bahrajnu. Czy trzeba czegoś więcej? Szczęścia, bo jego sukces wymaga zaistnienia splotu okoliczności, z których tylko na część będzie mógł mieć realny wpływ. Skład Słowenii na ten wyścig uzupełniają Jan Tratnik, Jan Polanc, Luka Mezgec, Domen Novak i David Per.

Z najliczniejszych, czyli 8-osobowych składów mamy jeszcze Hiszpanów z Alexem Aranburu i Ivanem Garcią Cortiną, którzy na takiej trasie pewnie mogliby ugrać całkiem sporo, ale raczej tego nie zrobią, Kolumbijczyków z Alvaro Hodegiem oraz Australijczyków z Michaelem Matthewsem i Calebem Ewanem. Na papierze ci ostatni wyglądają więc całkiem nieźle, ale sprint z większej grupy wydaje się równie nieprawdopodobny, jak zwycięstwo Blinga, i to nawet na tak dobrze wpisującej się w jego predyspozycje trasie.

Przegląd 6-osobowych składów rozpocznę od Polski, w barwach której obok Michała Kwiatkowskiego wystąpią Maciej Bodnar, Michał Gołaś, Stanisław Aniołkowski, Cesare Benedetti i Łukasz Owsian. Mistrz Świata z Ponferrady będzie więc mógł liczyć na wsparcie trójki zawodników mających większe lub mniejsze doświadczenie w rywalizacji na trasach podobnych wyścigów, a jego ostatni występ w Grand Prix de Denain mógł nieco rozbudzić apetyt. Czasy, kiedy Kwiatkowski błyszczał na tego typu końcówkach już raczej minęły, ale jeśli miałby jeszcze tylko raz znaleźć tę iskrę, niedzielne popołudnie w Leuven byłoby niezłym wyborem.

O bardzo dobry wynik dla Szwajcarii w wyścigu ze startu wspólnego walczyć będzie w końcu powoli odnajdujący wersję samego siebie sprzed roku Marc Hirschi, dla Niemiec Nils Politt, dla Portugalii Joao Almeida, a honoru Stanów Zjednoczonych bronić będzie Quinn Simmons (pun unintended).

Nie zapominam rzecz jasna o Peterze Saganie, który najprawdopodobniej na podium nie stanie, ale sprawi, że słowackie barwy będą widoczne w decydującej fazie wyścigu.

Start do wyścigu o godzinie 10:40, meta planowana jest w okolicach godziny 17:00. Transmisja od samego początku będzie prowadzona na antenie Eurosportu 1.

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Przemek
Przemek

Jedziemy!