Zwycięstwa! Tylko one się liczą i tylko one mogą zadowolić przeciętnego kibica, upragnione triumfy. To właśnie ich, w największych wyścigach świata, od kilkunastu lat brakowało Amerykanom, aż nadszedł rok 2021, a wraz z nim przełamania na kilku płaszczyznach, można rzec – odrodzenie. 

Dekadę – tyle czekali kibice ze Stanów Zjednoczonych na etapowy triumf w Wielkiej Pętli, w wyścigu, w którym przecież przed laty byli absolutnymi dominatorami (głównie za sprawą tego, którego imienia nie wolno wymawiać). Ostatni taki sukces odniósł sprinter – Tyler Farrar, wygrywając trzeci etap w 2011 roku. Pokolenie z pozoru utalentowane, wobec którego były ogromne (aż zbyt wielkie) oczekiwania, czyli Taylor Phinney, Tejay van Garderen czy Andrew Talansky, nie sprostali temu zadaniu i chociaż osiągnęli w swoich karierach dużo: etapy Giro d’Italia, wygrane Critérium du Dauphiné, wicemistrzostwo świata w jeździe indywidualnej na czas, to wciąż byli daleko od spełnienia pełni pragnień swoich fanów, podnosili ręce w geście triumfu, dużo rzadziej niż w idealistycznych założeniach fanów mieli. Oczekiwanie na wygraną na francuskiej ziemi przerwał dopiero w tym roku Sepp Kuss, wybitny góral skorzystał na sytuacji straty lidera Primoža Rogliča i gdy otrzymał wolną rękę pewnie zwyciężył trudny, górski odcinek do Andory.

Lekko ponad dekadę, bo jedenaście lat, Amerykanie czekali na kolejny sukces w wyścigu jednodniowym rangi World Tour. Ponownie ostatnim, który tej sztuki dokonał był Tyler Farrar i jego wygrana w Cyclassics Hamburg. Niespodziewanie passa ta została wczoraj przerwana. Neilson Powless, zaskakując kolarski świat, zwyciężył w Clasica San Sebastian. Poprzednim Amerykaninem z tym prestiżowym wyścigiem w swoim palmarès jest, przez wielu wyklęty, Lance Armstrong w 1995 roku (nie odebrano mu tej wygranej).

Cieszy fakt, że po ogromnym ciosie jakie przyjęło amerykańskie kolarstwo w czasie dopingowego skandalu, jest w stanie się odrodzić i ponownie wypuszczać na europejską scenę wielu utalentowanych zawodników, mających predyspozycje by wygrywać największe wyścigi świata. W kolejce do zapisania się na kartach historii wielkich rywalizacji coraz bliżej zdaje się być Quinn Simmons, zawodnik ekipy Trek Segafredo, który kilka dni temu wygrał swój pierwszy zawodowy wyścig – Tour de Wallonie. Mistrz świata juniorów radzi sobie świetnie w klasykach, szczególnie na belgijskich szosach i brukach, to właśnie tam spodziewać się możemy jego kolejnych, nieuniknionych sukcesów. Przyglądając się istotnym juniorskim imprezom zauważymy, że Simmons nie jest jakimś objawieniem, który pomimo pochodzenia, wyróżniał się i przebił się tak wysoko, wręcz przeciwnie. Amerykanie posiadają system i kontynuacja obecnych sukcesów już jest w przygotowaniu. Ich kadra juniorów mieszka w Europie i to tutaj się ściga, ściga się bardzo dużo, we wszystkich najważniejszych imprezach, odnosząc w nich sukcesy, a to właśnie dni wyścigowe na odpowiednim poziomie są kluczowe dla rozwoju młodego kolarza. Colby Simmons (młodszy brat Quinna), Viggo Moore, Tobias Klein, Magnus Sheffield to tylko kilka nazwisk, które z pewnością warto zapisać w swoim notesie i obserwować ich rozwój, może być wśród nich przyszłość World Touru i amerykańskich sukcesów.

 

 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments