fot. Karpacki Wyścig Kurierów

Ostatnio Filip Maciejuk przypomniał się polskim kibicom. Jeden z najbardziej utalentowanych kolarzy w polskim peletonie w ostatnim czasie najpierw wywalczył wicemistrzostwo Polski w jeździe indywidualnej na czas, a kilka dni temu, wygrał zaliczany do Pucharu Narodów L’Etoile d’Or. Nam opowiedział m.in. o przebiegu wyścigu, przyczynach zwyżki formy i marzeniach związanych z możliwym występem w Tour de Pologne. Zapraszamy do lektury!

Na początku chciałem ci pogratulować występu w L’Etoile d’Or. Przede wszystkim startu w czasówce, pierwszego dnia rywalizacji…

Rzeczywiście ten występ postawił mnie w świetnej sytuacji, przed kolejnymi etapami. To był trudny wyścig, rozgrywany w wysokich temperaturach. Drużyna wykonała niesamowitą robotę, bo przez cały czas kontrolowała wyścig. Robiliśmy wszystko, żeby dowieźć wywalczoną na pierwszym etapie koszulkę do końca wyścigu, a nie było to łatwe zadanie. Cały czas musieliśmy kasować ataki – czy to ze strony Holendrów, czy Francuzów,  którzy za wszelką cenę chcieli odebrać nam prowadzenie, no ale na szczęście wszystko potoczyło się po naszej myśli.

Miałeś moment, w którym poczułeś, że nie uda ci się utrzymać trykotu? Na przykład wtedy, gdy na drugim etapie zaatakował groźny w “generalce” Filippo Baroncini?

W sumie to nawet nie. Wiedziałem, że im bliżej będzie finiszu, tym grupa będzie bardziej rozpędzona i na pewno coś do niego odrobi. I rzeczywiście tak się stało – na mecie straciliśmy do niego osiem sekund, dzięki czemu ja utrzymałem koszulkę lidera.

Na mecie osiem sekund straty zmierzono jednak tylko kilku zawodnikom. Twoja grupka straciła piętnaście sekund. Jak doszło do tego podziału?

Przez większość czasu byliśmy jedną grupą, dopiero na ostatnim kilometrze przytrafiły się trzy kraksy. Grupa podzieliła się na kilka części, ja byłem trochę za daleko, w okolicach 25. pozycji, więc dojechałem do mety w drugiej z nich i straciłem trochę czasu do najlepszych kolarzy.

Nie było strefy ochronnej?

Niby była, ale to nie była sytuacja łatwa do oceny. Raz rozbiło się trzech kolarzy, raz jeden kolarz, później jeszcze kolejny. Według sędziów nie miało to wpływu na podział grupy. Teoretycznie nie powinno to przeszkadzać w dołączeniu do grupy czy w złapaniu koła. W praktyce wyszło to nieco inaczej.

Ostatni etap był już trochę spokojniejszy, choć też dużo się działo…

Znów było wiele ataków, ale moi koledzy świetnie sobie z nimi radzili. Ja mogłem spokojnie jechać za nimi i obserwować to, co robią moi najgroźniejsi rywale. W okolicach 70. kilometra wywróciłem się na zjeździe. Z przedniej opony zaczęło mi uchodzić powietrze i w pewnym momencie podcięło mi to koło. Przeszlifowałem sobie cały prawy bok, ale wiedziałem, że muszę jechać dalej. Trochę kosztowało mnie to, żeby dojść do grupy, ale nie miałem innego wyjścia. Jeśli chciałem wygrać ten wyścig, musiałem walczyć do końca.

Tu pewnie znowu przydała ci się mocna drużyna.

Przez parę ładnych kilometrów musiałem jechać sam, ale później mogłem już liczyć na chłopaków. Bardzo ładnie zachowali się też Holendrzy. Powiedzieli moim kolegom, że spokojnie mogą na mnie poczekać, że oni przypilnują, by nikt nie atakował mojej pozycji lidera. Dzięki temu dość sprawnie dociągnęliśmy do peletonu, a potem wszystko znów zaczęło toczyć się własnym rytmem. 

Masz już na swoim koncie kilka świetnych wyników w kategoriach młodzieżowych. Zdobyłeś medal juniorskich mistrzostw świata, wygrałeś Karpacki Wyścig Kurierów. Jak pomiędzy tymi wynikami umiejscowiłbyś swój sukces?

To jest na pewno jeden z największych sukcesów w mojej karierze, zaraz po medalu mistrzostw świata. Wiadomo, to jest jednak Puchar Narodów, startują najmocniejsi orlicy na świecie, a ja, jako pierwszy Polak w historii wygrałem wyścig etapowy należący do tej kategorii. Moim zdaniem to jest wielkie osiągnięcie i wierzę, że to otworzy przede mną drogę do dalszej kariery.

Właściwie to ta droga mogła się otworzyć przed tobą już kilka lat temu, gdy zainteresowanie tobą wyrażało Jumbo-Visma. Jak to się stało, że ostatecznie nie trafiłeś do tej holenderskiej ekipy?

To było tak, że ludzie z Jumbo-Visma odezwali się do mnie w pierwszym roku orlika, zaraz po Karpackim Wyścigu Kurierów. Chcieli mi się przyjrzeć, zobaczyć jakim jestem zawodnikiem, ale też jaki jestem poza szosą. Poza tym zrobili mi też testy, które wypadły bardzo dobrze. Wiedziałem jednak że ciężko będzie o podpisanie kontraktu, bo oni mieli już pełny skład. Obserwowali mnie dalej i być może gdybym w kolejnych sezonach potwierdził swoją wartość – dziś byłbym właśnie w tym zespole. Niestety nie udało mi się to i wciąż jeżdżę w trzeciej dywizji.

Z czego to wynika? Bo rzeczywiście w kolejnych sezonach mocno spuściłeś z tonu.

Myślę, że nałożyłem na siebie zbyt dużą presję. Teraz wyciągam z tego wnioski. Zaburzyłem proporcje pomiędzy treningiem, a regeneracją. Teoretycznie brzmi to fajnie, że dużo trenowałem. Tylko że na dłuższą metę tak się po prostu nie da działać. Wszystko musi być odpowiednio wyważone. 

Poza tym, wiadomo, jaki był poprzedni rok – pandemia, dużo wyścigów było poodwoływanych. Zresztą w tym roku trochę też tak było – odwołano kilka Pucharów Narodów, na których chciałem się pokazać. No ale na szczęście przed nami jest jeszcze trochę fajnych wyścigów i mam nadzieję, że uda mi się to wykorzystać.

I co dokładnie zmieniłeś w sposobie przygotowań? Po prostu mniej trenujesz?

Właśnie nie do końca. Ćwiczę tyle samo, ale większą wagę przywiązuję do regeneracji i myślę, że właśnie to przynosi takie rezultaty. Wiadomo, że jest ciężko, bo pomiędzy wyścigami jest mało czasu, ale każdą godzinę staram się wykorzystać tak, by jak najbardziej się zregenerować.

Wiesz już, w jakich wyścigach wystartujesz w najbliższych tygodniach?

Niestety z tym jest bardzo ciężko. Widzę, że organizatorzy wciąż odwołują wyścigi – choćby te, w których miała startować moja ekipa. Na razie wiem, że w niedzielę wystartuję w jednym z francuskich klasyków, a później zobaczymy, jak to się potoczy.

Mógłbyś wystartować w Tour de l’Avenir, ale niestety nasza reprezentacja znów nie znalazła się na liście startowej…

Trochę żałuję, ale nie jestem tym nawet specjalnie zaskoczony, bo wiadomo, jak wygląda sytuacja z PZKolem. Prawdę mówiąc nie mam za bardzo ochoty, by o tym rozmawiać. Oczywiście jestem pewien, że gdybyśmy pojechali, to bylibyśmy w stanie godnie reprezentować nasz kraj, więc szkoda, że taka szansa przepadła, no ale nie załamuję rąk. Sezon jest długi, niby pandemia storpedowała kilka wyścigów, ale ja mam gdzie startować i zamierzam robić swoje.

Wyścigiem, w którym być może będziemy mieć okazję cię oglądać będzie Tour de Pologne. Jak wyglądają twoje szanse na występ? Rozmawiałeś już na ten temat z szefami swojego zespołu?

Oczywiście o wszystkim już z nimi rozmawiałem. Z jednej strony cieszyliby się, gdybym pojechał na Tour de Pologne, a z drugiej, to jednak oni opłacają mój kontrakt, więc chcieliby, żebym wystartował w ich barwach w jak największej liczbie wyścigów. No ale nigdy jeszcze nie robili mi problemów, gdy miałem okazję startować w reprezentacji narodowej, więc jestem dobrej myśli. Właściwie wszystko zależy od nich – jeśli się zgodzą, to wystąpię w największym wyścigu w naszym kraju.

Jeśli rzeczywiście tak się stanie, dobrą wiadomością jest dla ciebie czasówka, umiejscowiona na szóstym etapie w Katowicach. Czujesz, że byłbyś w stanie powalczyć tam o dobry wynik?

Jeśli będę w dobrej formie, powinienem dać radę. O zwycięstwo może być ciężko, ale już jakiś wynik w top 10, top 5… myślę, że można byłoby o to powalczyć. Gdyby mi się to udało, to byłby naprawdę duży sukces. Na trasie pojawią się największe ekipy na świecie, więc miejsce w czołówce mogłoby mi otworzyć  drogę do naprawdę poważnego kolarstwa.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments