fot. Mario Stiehl / HRE Mazowsze Serce Polski

Paweł Bernas, kolarz HRE Mazowsze Serce Polski, zabrał się na wczorajszym etapie w siedmioosobową ucieczkę dnia, która została złapana przez peleton na niespełna dwa kilometry do mety. Z kolarzem polskiego zespołu porozmawialiśmy o węgierskim wyścigu, a także o szacunku dla ekip kontynentalnych w worldtourowym peletonie.

Jaki był Wasz plan na dziś?

Dzisiaj na etapie mieliśmy pojechać lepiej niż wczoraj, bo, umówmy się, szału nie było. Nie chodzi o końcowy wynik Alana, tylko nie zebraliśmy się jako drużyna. Nie było nas w odjeździe, co można było zauważyć, ale bardziej rozczarowała mnie końcówka. Nie lubimy takich dni, kiedy nie wykorzystujemy swojego potencjału, więc dzisiaj była duża wola, żeby się poprawić. Chcieliśmy mieć kogoś w odjeździe i chcieliśmy popracować może nie tyle nad kwestią rozprowadzania, bo na tym etapie ciężko jest mówić o rozprowadzaniu, bardziej pozycjonowania. Jednak różnica w prędkościach jest spora względem wyścigów, w których ścigaliśmy się wcześniej. To nie jest tak, że musimy się bać tego poziomu, ale na pewno jest to coś, na co musimy się przestawić i zajmuje to trochę dłużej niż jeden etap. Takie mieliśmy na dzisiaj cele, akurat ja byłem tym, który się zabrał w odjazd. Była to dosyć losowa sprawa, bo było nas tam dwóch czy trzech, którzy mieli to robić. Odjechałem, gdy zobaczyłem, że utworzyła się siedmioosobowa grupa, to pomyślałem sobie, że ma szanse jakiekolwiek, bo zazwyczaj odjazd ma bardzo małe szanse na dojazd do mety. Starałem się dysponować swoimi siłami, żeby zostawić sobie trochę na końcówkę. Myślę, że się udało, a że trochę zabrakło – takie jest kolarstwo. Było parę rzeczy, które można było poprawić, ale jednak silę peletonu ciężko jest się przeciwstawić.

Czyli ogólnie jesteś zadowolony?

Tak, wiadomo, że jak cię łapią 1700 metrów przed metą, to jakiś niedosyt pozostaje, to bardziej się myśli o tym, że fajnie byłoby dojechać, niż jak złapią cię 15 czy nawet 7 kilometrów do mety, aczkolwiek tak to jest w kolarstwie. Niepotrzebne były akcje na 10 kilometrów do mety, które zapoczątkował Janos Pelikan z Androni, bo to rozbiło nam dobrą, mocną pracę na jakieś dwa kilometry. Jak sobie „daliśmy po razie” i zauważyliśmy, że nikt nie jest w stanie się oderwać, to dałem znak, żeby wrócić do równej, mocnej pracy, bo sami nic nie zrobimy i była to dla nas jedyna szansa. Na ostatnich 3 kilometrach stwierdziłem, że można rozpocząć harce i swawole, bo wjeżdżaliśmy w sekcję zakrętów i jakiś cień szansy był, ale peleton miał nas już wtedy na widelcu. Może gdyby nie te akcje na 10 kilometrów do mety, to troszkę bardziej realne byłoby zwycięstwo któregoś z nas.

W końcówce myślałeś o tym, czy uda Wam się dojechać do mety przed peletonem?

Nie rozkminiałem tego w ten sposób, wiedziałem, że jest taka sytuacja, że muszę dać z siebie wszystko, i że nic poza tym nie wymyślę. W końcówce wiedziałem, że musiałaby być jakaś kraksa w peletonie, jakieś zamieszanie, bo peleton jeśli cię ma na te 10, 15 sekund na 3 kilometry do mety i nie wydarzy się nic niespodziewanego, czy nie wjeżdża się w sekcję ciasnych zakrętów, to naprawdę ciężko jest przeciwstawić się tej sile, ale nie było nic do stracenia. Trzeba było dać z siebie wszystko i liczyć na łut szczęścia

Na kolejnych etapach zamierzasz pomagać sprinterom?

Myślę, że tak samo, ja i Adrian Kurek mamy za zadanie obstawić te ucieczki, nie za wszelką cenę, bo jednak z drugiej strony mamy też sprinterów, więc nie będziemy się przepychać poboczami i robić jakichś głupot, dawać z siebie 110%, żeby ta akcja się zawiązała. Wiemy, że jak się nie uda odjechać, a poświęcimy na to dużo energii, to zabraknie jej w końcówce, a tam mamy o co walczyć. Na razie były to dwa miejsca poza pierwszą dziesiątką, ale w przypadku takiej drużyny, jak nasza, to jest kwestia przestawienia się na te prędkości, troszkę szczęścia, złapania odpowiedniego koła przez sprinterów i można realnie myśleć o pierwszej piątce.

Wczoraj Alan Banaszek mówił mi, że zadanie utrudnia Wam status ekipy na tego typu wyścigach.

Ścigając się z worldtourowymi ekipami jest to bardzo odczuwalne. Na mniejszych wyścigach mamy taką pozycję, że ludzie starają się ustawiać za nami i to my jesteśmy pociągiem, na który trzeba uważać i którego się obawia. Nie mieliśmy jeszcze okazji do ścigania się w tym gronie, więc jest to dla nas kwestia przestawienia się na ich prędkości, a także powolna, mozolna praca, wyrabianie sobie renomy i jakiegoś uznania. Na pewno pomaga to, że Miku (Mihkel Raim) jeździł w Israel Start-Up Nation i zna trochę osób, ja też gdzieś mam jakichś kolegów, więc może niezupełnie wszyscy patrzą na nas krytycznie – „gdzie oni się tam pchają do przodu?” – ale zdecydowanie hierarchia w peletonie jest tutaj odczuwalna.

Chcecie walczyć o ten szacunek. Da się go zdobyć będąc ekipą kontynentalną?

Nie będzie to łatwe, ale myślę, że trzeba się starać robić swoje, nie robić żadnych głupich gaf, samobójczych akcji na ostatnich kilometrach. Myślę, że w taki sposób możemy sobie zbudować pewną renomę, żeby nie patrzyli na nas tak, że „o, przyjechali jacyś kowboje z trzeciej dywizji, którzy rzucą swoje życie na szalę zwycięstwa etapowego”. Jeśli tak będzie, to będzie to nasz sukces, bo w ostatnich kilometrach będziemy dostawać o połowę łokci mniej. Były w historii takie ekipy trzeciej dywizji, z którymi na wyścigach wszyscy się liczyli – na przykład Riwal, w którym jeździł Alex Kamp, z którym uciekałem, czy Joker. To były takie drużyny, które miały szacunek w peletonie, więc na pewno da się to zrobić. Trzeba to ugruntować dobrymi wynikami i mądrą jazdą, nie na zabój, za wszelką cenę, ale nie tak, żeby trafić na komisję dyscyplinarną UCI.

Liczysz na to, że postawa w tym wyścigu pozwoli Wam zyskać szacunek worldtourowych ekip, z którymi będziecie się ścigać częściej?

Prościej nigdy nie będzie, ale są takie sytuacje, które wynikają tylko i wyłącznie z naszego statusu. Na przykład wczoraj Miku zwolnił na podjeździe, żeby się nie męczyć, ja na niego poczekałem, żeby spytać jak się czuje, czy wszystko ok, na co zawodnik Bahrainu, który jechał za nami wbił się między nas łokciami używając niewybrednych słów – „co my robimy?!”. Nie znam takiego zachowania, nawet z etykiety kolarskiej, które zabraniałoby zwolnienia na podjeździe. Nie zrobiliśmy żadnej luki, po prostu jechał mój sprinter, który zwalniał, ja na niego poczekałem, a przez to, że jesteśmy kontynentalną ekipą, to pan Bahrain się wielce obruszył, a gdyby zrobił to ktoś z Bory, to przyhamowałby i ewentualnie się zaśmiał, czy nie jest im za ciężko. To są takie małe sytuacje, które w trakcie wyścigu się nakładają i powiedzmy, że nie dodają skrzydeł. Jeśli wypracujemy sobie taką pozycję, że będzie mniej takich sytuacji, to będzie nam ścigało łatwiej i pewniej.

Zmieniając temat, często słyszy się określenie, że jesteś kapitanem drużyny. Jakie masz „obowiązki”?

Nie wiem, czy nazwałbym to obowiązkami. Bardziej mam z tyłu głowy takie poczucie, żeby brać odpowiedzialność za to, co się dzieje na szosie, żeby w razie czego dopowiedzieć coś, czy jak czuję, że można było zrobić coś inaczej, na przykład na odprawie, to rozpoczynam jakieś dyskusje. To są takie małe rzeczy, ale też nie jest tak, że jestem jedyną osobą, która robi takie rzeczy. Nasi młodzi zawodnicy mają już duże doświadczenie i mają coś do powiedzenia. Staram się nad tym czuwać, jeśli coś się dzieje w drużynie, za kulisami, to wiem, że powinienem coś zadziałać. To jest nieformalna funkcja i zależna od sytuacji, ale mam gdzieś z tyłu głowy, że taką mam pozycję i czasem powinienem się bardziej angażować w sprawy bieżące.

Skoro młodsi zawodnicy również zabierają głos, to znaczy, że jesteście zgraną drużyną.

Tak, to jest klucz do sukcesu. Było kilka sytuacji w tym roku, kiedy na przykład Alan przyszedł do mnie po wyścigu i powiedział „podjąłeś dobrą decyzję, szacun” i w drugą stronę też to tak działa, że jak Alan się uparł, żebyśmy czegoś nie zrobili albo zrobili inaczej, to po wszystkim ja mu przyznawałem rację. To jest zdecydowanie klucz do sukcesu, żeby się dobrze komunikować i nie stawiać innych w takiej pozycji, że „jesteś ode mnie 7 lat młodszy, to cicho tam”, albo odwrotnie. To pokazuje, że jest między nami jakaś chemia.

Na koniec: jaki macie cel na dalszą część wyścigu?

Pierwsza piątka na etapie sprinterskim oznaczałoby, że wszystko zagrało tak, jak powinno, a czołowa dziesiątka to jest moim zdaniem takie minimum, które powinniśmy stąd wynieść, i to bardziej przedział 5-7 niż 8-10. W generalce ciężko powiedzieć, zobaczymy. Piotrek (Brożyna) jest bardzo silny i myślę, że łatwiej będzie mu się ścigać tu niż na poprzednich wyścigach, gdzie również była meta pod górę W peletonie worldtourowym wszystko jest trochę bardziej poukładane i przewidywalne, więc może to zadziałać na jego korzyść, mimo że obsada jest mocniejsza. Będzie mógł pokazać swój potencjał ściągając z naszej ekipy presję na wyniki i skupiać się tylko na tym, żeby dał z siebie wszystko na ostatnim podjeździe. Może to będzie trzecie, może piąte albo piętnaste miejsce, w każdym razie jak wjedziemy na szczyt i będziemy wiedzieć, że wszyscy dali z siebie wszystko, żeby go dobrze ustawić, a on dał z siebie wszystko, żeby jak najlepiej wjechać, to znaczy, że po prostu w takim miejscu jesteśmy. Finisz pod górę jest mniej losowy niż szalone sprinterskie końcówki, gdzie wszystko musi zagrać, żeby ten efekt był wymierny, i żeby można było go odbierać jako sukces.

Z Tour de Hongrie Kacper Krawczyk

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments