fot. Sylwester Szmyd / Facebook

Nasz były znakomity kolarz, a obecnie trener i dyrektor sportowy w drużynie BORA-hansgrohe Sylwester Szmyd współpracuje zarówno z tak utytułowanym i doświadczonym zawodnikiem, jakim jest Peter Sagan, jak i chociażby z młodym, obiecującym Włochem Giovannim Aleottim. W wywiadzie dla nas opowiedział o trenowaniu starszych, młodszych; zdradził kulisy zakażenia koronawirusem Sagana; ustosunkował się do przeżywającego mały kryzys polskiego kolarstwa oraz wyjaśnił, dlaczego po powrocie z Volta a Catalunya leżał przez cały dzień jak zbity pies. Polecamy nasz najnowszy wywiad z “Sylwasem”, który jest istną kopalnią wiedzy o kolarstwie. 

Jakich kolarzy w drużynie BORA-hansgrohe trenujesz w tym sezonie?

Od tego roku trenuję także Maćka Bodnara i cieszę się z tej współpracy. Nie dzieli nas bariera językowa, dorastaliśmy w tym samym kulturowo kraju. Znam go od wielu lat, on przeszedł na zawodowstwo w Liquigasie, kiedy ja się tam ścigałem. Jeździliśmy później ze sobą cztery lata, startowaliśmy razem w wielkich tourach. Ponadto trenuję Petera Sagana, Juraja Sagana, Erika Baškę, Giovanniego Aleottiego, który jest z nami pierwszy sezon, oraz Matteo Fabbro, który ścigał się w BORA-hansgrohe juz w tamtym roku. Ze względu na to, że z Peterem mieszkamy obok siebie, to praktycznie każdy jego dzień treningowy spędzam z nim. To nie jest tak, że jak nie ma mnie na zgrupowaniu lub na wyścigu, to siedzę sobie spokojnie w domu. Nie ma dnia, żeby on jechał na trening i żebym ja z nim nie pojechał – bez znaczenia czy skuterem, czy rowerem. Zajmuję mi to trochę czasu, ale takie było założenie, gdy dołączałem do drużyny trzy lata temu – mam być blisko niego.

Zatem pracujesz z kolarzami w różnym wieku, znajdującymi się w różnych momentach kariery i odgrywającymi różne role w drużynie. Przypuszczam, że dla ciebie jako trenera musi to być ciekawe wyzwanie.

Tak, masz rację, to jest ciekawe. Inaczej się pracuje z młodymi kolarzami, jak na przykład z Matteo Fabbro. Widzę różnicę pomiędzy współpracą z młodymi a z tymi bardziej doświadczonymi jak Maciek czy Peter. Trzeba mieć zupełnie inne podejście do kolarza oraz inny system pracy.

Zauważasz, że młodzi kolarze chcą jakoś inaczej trenować czy pracować niż na przykład ty, kiedy byłeś zawodowcem?

Akurat Matteo i Aleotti słuchają mnie i chcą realizować moją szkołę (śmiech). Fabbro powiedział mi, że ja jestem jego trenerem i będzie robił to, co ja chcę. I tak samo Giovanni – ufa temu, co ja chcę robić i nie mam z nimi żadnych problemów. Obaj są młodymi talentami, a ja uczę ich, aby słuchali swojego organizmu, aby opisywali mi swoje odczucia po treningu. Chodzi o to, aby ślepo nie robili wyłącznie tego, co ja im powiem. Myślę, że po paru latach ścigania jestem w stanie nakierować ich na to, co powinni u siebie obserwować. W pracy z młodymi kolarzami najważniejsze jest to, aby nauczyć ich słuchać własnego organizmu.

W związku z tym, że masz bliski kontakt z Peterem Saganem, muszę zapytać o jego zakażenie wirusem COVID-19. Jak wiele z tego, co wypracował zimą stracił przez tę chorobę?

Pierwszy trening odpuściliśmy dwa dni przed uzyskaniem przez niego pozytywnego wyniku testu. Peter powiedział wtedy, że ma katar, że niezbyt dobrze się czuje. Później zrobił test, który okazał się pozytywny, po czym nałożono na niego dziesięciodniową kwarantannę. Zatem z tamtym jednym dniem przerwy nie trenował jedenaście dni. I to byłoby jeszcze w miarę w porządku, ponieważ do klasyków wciąż jeszcze pozostawało dużo czasu. Następnie został na Gran Canarii, by tam kontynuować treningi, ale to były treningi na małej intensywności, całkowite low-intensity. Zatem w sumie przez około cztery-pięć tygodni można powiedzieć, że jeździł tylko po to, aby jeździć. Zalecił to lekarz drużyny z uwagi na to, że nie wiadomo było, czy wirus nie spowodował w organizmie jakiegoś spustoszenia. Następnie, gdy już wyjechał z Gran Canarii, zrobił wszystkie badania – między innymi rezonans serca, spirometrię wysiłkową i na szczęście wszystko było w porządku. W sumie od końca stycznia do startu Tirreno-Adriatico przejechał normalne dwa treningi, jeden za motocyklem i potem drugi z podjazdami trochę mocniej wjechanymi. Nie był też na wysokości, która zawsze mu służy. Następnie był czwarty w Mediolan-San Remo…

A później wygrał etap w Volta a Catalunya.

Tak, wygrał etap w Katalonii, który musiał już wygrać (śmiech). To jest Peter Sagan. Trzeba mieć trochę talentu i klasy, żeby przejechać jeden wyścig i od razu być w stanie wygrać, czy w San Remo być czwartym. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze, aby na Giro d’Italia było naprawdę dobrze.

Wróćmy do jednego z twoich podopiecznych, czyli 21-letniego Giovanniego Aleottiego. Spoglądając na jego wyniki (m.in. drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Tour de l’Avenir czy czwarte miejsce w Giro Ciclistico Italia) można stwierdzić, że jest dobrym „materiałem” na wielkie toury lub tygodniowe wyścigi etapowe. Tak rzeczywiście jest, czy to tylko nasze dziennikarskie szufladkowanie, wkładanie kolarzy w pewne schematy? Jaki ty masz pomysł na niego?

Wiesz co? Ostatnio dziennikarz jednego z włoskich portali zadał mi bardzo podobne pytanie. A ja odpowiedziałem mu tak: „Moim pomysłem na niego jest to, aby nie mieć na niego pomysłu”. Nie chcę go szufladkować, ograniczać, tzn. wkładać w ramy np. górala, ponieważ moim zdaniem byłoby to jego ograniczanie. Wiemy, że jest dużym talentem, że jeździ dobrze po górach, ale nie wiemy, w jakim kierunku będzie się rozwijał. Ja pracuję z nim w ten sposób, aby sukcesywnie podnosił swój poziom.

Jakie są obecnie jego największe zalety?

Duża odporność na zmęczenie. Trenujemy z nim bardzo dużo i jest nie do „zajechania”. Regeneruje się bardzo dobrze, bardzo dobrze odpowiada także na różne bodźce treningowe. Pomimo to myślę, że to nie jest kolarz na wielkie toury, jednak zobaczymy. Mam ułatwione zadanie, ponieważ drużyna nie nakłada na niego presji. Ma ułożony ciekawy kalendarz, ale przede wszystkim ma zbierać doświadczenie i pomagać wygrywać naszym liderom. Pracujemy nad tym, aby w Giro był w dobrej formie. Co to oznacza? Po prostu będzie musiał w tym wyścigu tyrać. Nie ma ciśnienia, aby był ostatnim pomocnikiem [Emanuela] Buchmanna czy coś takiego. Jakąś odpowiedzialnością jest obarczany tylko od czasu – jak na przykład na Tirreno-Adriatico, kiedy dostał szansę finiszować dla siebie na tym etapie, który wygrał Alaphilippe i skończył piętnasty. W takich sytuacjach zawsze podaję przykład Vincenzo Nibaliego, który na początku swojej zawodowej kariery był rozwijany w kierunku kolarza na klasyki. Wówczas nie jeździł jakoś wyjątkowo po górach. Pamiętam, gdy ścigaliśmy się razem, to on pracował na Franco Pellizottiego, a ja na Marzio Bruseghina, i ja zawsze byłem po nim, ale był ode mnie słabszy. OK – był młodszy i były to jego początki. Ale to nie był taki Pogačar czy Bernal. Rozwijał się stopniowo, potrzebował czasu, by dojść na szczyt.

To prawda. Na samym początku, czyli w jego czasach w ekipie Fassa Bortolo czy pierwszych latach w Liquigasie nikt by nie pomyślał, że będzie miał w swoim palmares na przykład wygrane wszystkie wielkie toury.

Dokładnie. Gdy pojechał z nami na Giro 2010, to gdyby nie fakt, że liderem był Ivan Basso, to on by to Giro wygrał. Wystarczyło pojechać ze szczytu Mortirolo i nie czekać. Basso nigdy przecież nie był asem na zjazdach, a zwłaszcza na mokrych. A Nibali był już wtedy jednym z lepszych zjazdowców. Potem wygrał Vueltę i wszystkim otworzyły się oczy, że potrafi jeździć także po górach.

Dobrze znasz Włochy, język włoski. Powiedz, czy jest w tym kraju tęsknota za wielkimi sukcesami, zwycięstwami w wielkich tourach, mistrzostwach świata, no i oczywiście za drużyną rangi World Tour z włoską licencją?

To jest prawda, że jeśli jakikolwiek Włoch odnosi jakiekolwiek zwycięstwo, to Italia szaleje. Włosi na przykład teraz są podnieceni Filippo Ganną. Brakowało im „czasowca”. Kiedyś taką nadzieją był Adriano Malori, chociaż później, po problemach ze zdrowiem, skończył się ścigać. Była to nadzieja Włochów na czasówki, na wygrywanie, na zdobywanie tytułów mistrza świata, no i teraz mają Gannę. No to w końcu ktoś, można by powiedzieć. Włochy pod tym względem nigdy się nie zmienią, zawsze będą niesamowitymi pasjonatami kolarstwa. Jeśli zaś chodzi o drużynę World Tour – to tak. Jest trochę dziwne, że w tak kolarskim kraju, z takimi tradycjami nie ma zespołu World Tour. Nad tym Italia także ubolewa.

Widzisz teraz jakiegoś włoskiego kolarza, który zaraz wystrzeli i będzie wygrywał wielkie toury albo chociaż etapy na wielkich tourach? 

Hmm… Szukam w swojej głowie i nie widzę w tym momencie nikogo takiego, chociaż mam nadzieję, że taki Aleotti będzie kimś takim (śmiech). Nie mają takiego Pogačara, Pidcocka, Van Aerta. Nie mają. Takiego zawodnika, który dojedzie w pierwszej trójce wielkiego touru w tej chwili nie mają. Zresztą Polska też w tym momencie wielu ich nie ma.

Zgadza się. Chyba wszyscy zaczynamy tęsknić za czasami, kiedy start Michała Kwiatkowskiego czy Rafała Majki niemal graniczył z pewnością, że zobaczymy Polaka w walce o najwyższe lokaty.

Rzeczywiście, te lata kiedy ja kończyłem się ścigać, były początkiem dobrego okresu Michała i Rafała. OK – sceptycy mówili: „E tam, na co go stać? Może na top 10”. A ja zawsze mówiłem: „No tak, ale jak może być w dychu, to może być także na podium”. Zresztą stał na podium na Vuelcie. Myślę, że ten czas już się skończył, zarówno jeśli chodzi o Michała, jak i o Rafała. Wystarczy spojrzeć na tegoroczny Amstel – gdy został on, Carapaz i Pidcock, to Michał był pierwszym do ciągnięcia. Ja uważam, że Michał na pewno coś jeszcze wygra, ale zdecydowanie rzadziej będzie już liderem INEOS Grenadiers na klasyki, jak było to w poprzednich latach. Wówczas wszyscy jechali pod niego – San Remo, ardeńskie klasyki, Lombardia. Teraz już nie będzie jak kiedyś. Raczej minęły już czasy, kiedy to takimi naszymi dwoma pewniakami byli Rafał i Michał.

Na zakończenie chciałabym zapytać ciebie o twoją rolę, jaką odgrywasz w drużynie BORA-hansgrohe. Od jakiegoś czasu oprócz bycia trenerem jesteś również dyrektorem sportowym. Jak się czujesz na tym stanowisku i co bardziej lubisz robić, pracować z kolarzami jako trener czy siedzieć w samochodzie, odpowiadać za taktykę, podejmować decyzje podczas wyścigu?

Jedno jest pewne. Gdy kończę wyścig, na którym byłem dyrektorem sportowym, to jestem bardziej zmęczony niż wtedy, gdy byłem kolarzem. Jak wróciłem z Volta a Catalunya to cały dzień przeleżałem jak ubity pies, musiałem się zregenerować. Jest to męczące, ponieważ dzień dyrektora sportowego jest bardzo długi. Ale sam tego chciałem, ponieważ, gdy jestem na wyścigu, to wiem jeszcze więcej o swoich kolarzach – w jakiej są formie, zarówno fizycznej, jak i mentalnej. Dużo daje to, że mogę porozmawiać z kolarzem przed startem, po mecie, w autobusie. Mam licencję dyrektora sportowego UCI, więc mogę pełnić tę funkcję. Dlatego drużyna czasami mnie „wykorzystuje”, abym był tym drugim albo trzecim dyrektorem sportowym. Na wielkich tourach jestem tym trzecim, który jedzie w drugim aucie. Podobnie było także w Katalonii. Nie pcham się do pierwszego auta, bo wówczas miałbym jeszcze więcej pracy, a ja muszę jeszcze przejrzeć pliki moich zawodników, czyli przeanalizować etap pod względem performance itd. Podsumowując – lubię tę prace, ale oby nie było jej za dużo. Najfajniej jest wtedy, kiedy mogę mieć kontakt z kolarzami, których trenuję. Teraz pojadę na Giro, gdzie będzie czterech moich podopiecznych. Nie będzie tylko Erika Baški i Juraja Sagana. Na Giro sam chciałem jechać. Przejechałem ten wyścig kilkanaście razy, więc myślę, że coś tam o nim wiem.

Jak oceniasz trasę tegorocznego Giro?

Myślę, że jak zawsze będzie to najładniejszy i najcięższy wielki tour. Cieszę się, że etapy są krótsze niż zwykle, co na pewno wpłynie na większą dynamikę ścigania. Do tego mamy sześć-siedem finiszy na podjeździe, z czego trzy w ostatnim tygodniu. Do tego Monte Zoncolan i etap po trasie Strade Bianche z 35 kilometrami szutrów. Będzie bardzo ciekawie.

Rozmawiała Marta Wiśniewska

guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Wujek leon
Wujek leon

Pewnie Kwiatów miał jakieś priorytety zostając w ineos… Ale szkoda trochę..

Wujek leon
Wujek leon

Kwiato. Miałem napisać..

zbych
zbych

Dla mnie teraz najważniejszy i naj bo z Polski i Sercu Mazowsza jest zespł
kolarski,bo zachodni kolarze,którzy nie są lepsi od naszych mają pieniądze
i ciągle biorą udzial w wyścigach-Bogatych sponsorów mają i tyle.

Abik
Abik

Przynajmniej kiedyś mogliśmy na nich liczyć bo na Sylwestra to nigdy. Moim zdaniem trochę niegrzecznie publicznie mówić tak o byłych kolegach z peletonu, może faktycznie tak jest, ale takie opinie lepiej zostawić dla siebie.