fot. Wibatech Merx Wrocław

Polskie kolarstwo – pełne tradycji, gwiazd i kibiców, wciąż będące jednym z najpopularniejszych sportów nad Wisłą, jednocześnie od lat borykające się z gigantycznymi problemami, które wciąż kierują je ku niechybnemu upadkowi. Tej zimy zrobiony został kolejny krok ku kompletnej destrukcji. Z licencją UCI mamy już bowiem jedynie dwa zespoły zawodowe. W prawie czterdziestomilionowym kraju mamy dwudziestu kilku kolarzy zawodowych…

W tym miejscu moglibyśmy zacząć pastwić się nad wszystkim, co przyszłoby nam na myśl. Jako, że pojawił się kolejny problem, z góry upatrzonym kozłem ofiarnym mógłby być Polski Związek Kolarski, lecz tym razem to nie on jest tu problemem, a… środowisko. Tak, środowisko, które od lat nie przeszło bardzo potrzebnej reformy.

Jako redakcja jesteśmy częścią polskiej braci kolarskiej od wielu lat. Można więc stwierdzić, że swoje widzieliśmy, swoje wiemy i swojego doświadczyliśmy. Niestety, w zdecydowanej większości krajowa scena działa bez żadnego ładu i składu, a co za tym idzie, pierwszy większy kryzys wyłączył dużą i istotną część polskich dwóch kółek.

Oczywiście wieszanie psów na całym środowisku to duże uogólnienie, które dla wielu znakomitych specjalistów i pasjonatów może być krzywdzące. Sama ich obecność wskazuje jednak pewną zależność, która z kolei miała bezpośredni wpływ na to, że w sezonie 2021 oglądać będziemy zaledwie dwie polskie ekipy w peletonie.

Zacznijmy od tego, jak wygląda nasze krajowe podwórko. Po pierwsze i chyba najważniejsze, przewijają się przez nie cały czas dokładnie te same osoby, które w swoim poglądzie na ten sport zostały już dawno z tyłu. Aby przekonać się do tej tezy wystarczy spojrzeć na nasze krajowe wyścigi. Większość z nich to nie tyle korporacyjne pomysły na sowity zarobek czy promocję (nie oszukujmy się, każdy duży organizator imprezy chce na niej zarobić lub też dobrze wypromować), co spotkania bardzo dobrych znajomych, kochających kolarstwo. W związku z tym zdecydowana większość wyścigów jest nazywana „amatorką” (tutaj jedna gonitwa zasługuje na szczególne wyróżnienie, lecz nie ma co kopać leżącego), tym bardziej, że organizatorzy w dużej mierze lubią zajmować się sobą, a nie swoim produktem.

Kolejnego przykładu nie trzeba szukać daleko. Spójrzmy bowiem na ekipy, które do tej pory pojawiały się w krajowym peletonie. W zdecydowanej większości projekty te oparte były na jednej osobie/firmie, która kontrolowała całą zabawę. Dobrym przykładem są choćby zespoły Domin Sport czy Wibatech. Osobom odpowiedzialnym zarządzającym tym podmiotom oczywiście nie można nic zarzucić, bo to w większości zwykli pasjonaci, którzy z własnych kieszeni wyciągali niemałe pieniądze na funkcjonowanie zespołu w światku UCI. Od razu było jednak wiadome, że nie są to projekty mające na celu podbicie kolarskiego świata. W szczególności było to widoczne w Wibatechu, gdzie zawodnicy lubili się ścigać z jednego, prostego powodu – absolutnego braku presji. Oczywiście miało to swoje plusy, lecz prędzej czy później musiało się to skończyć.

Nie inaczej było też z zespołem, czy też zespołami CCC. Oczywiście tam wpływy zarządzania à la korporacyjnego były dużo bardziej widoczne, lecz mimo to wszystko kręciło się wokół jednej osoby – Dariusza Miłka. Choć obuwniczy potentat włożył w kolarstwo masę pieniędzy, dopiero w 2019 roku pierwszy zespół zaczął pracować na zasadach ekipy kolarskiej ze światowego topu.

O czym mowa? Oczywiście o organizacji wspieranej zewnętrznymi funduszami. Nieważne, co by się o obecnym sporcie myślało, w zdecydowanej większości właśnie tak to działa i działać powinno, a w Polsce, cóż, wciąż nie weszliśmy na ten etap. Stałe zakotwiczenie na najwyższym poziomie jest bowiem możliwe tylko wtedy, gdy organ zarządzający i sponsor to dwa zupełnie różne podmioty. Dzięki temu większość projektów potrafiło przetrwać trudne chwile. Tutaj zdecydowanie najlepszym przykładem jest obecny zespół Qhubeka ASSOS, który w ciągu kilku ostatnich lat już trzeci raz uciekł spod topora lub po prostu zmienił sponsora głównego. Jest organizacja odpowiedzialna za budowę i prowadzenie zespołu? Jest. Są sponsorzy chętni na wypromowanie się i wyłożenie odpowiednich pieniędzy? Są.

Oczywiście tego typu przykładów jest zdecydowanie więcej. Absolutnym mistrzem w biznesowych fikołkach przez lata był Eusebio Unzue, który prowadząc swój zespół współpracował z kilkoma naprawdę dużymi sponsorami, takimi jak Banesto czy Movistar. Dlaczego więc nie możemy brać przykładu od najlepszych?

W tym miejscu warto wrócić do kraju i spojrzeć na to, co mamy obecnie. Na polu bitwy zostały w tym momencie dwa zespoły. Jeden z nich – Mazowsze Serce Polski – wciąż jest budowane na „starych”, polskich zasadach czyli drobni sponsorzy i prywatne środki Dariusza Banaszka zaangażowane w budowanie grupy. Oczywiście trzeba tu oddać cesarzowi co cesarskie i przyznać, że szef grupy robi wszystko, by jego młody twór faktycznie do czegoś doszedł. W końcu w ostatnim sezonie “czerwoni” prezentowali się absolutnie świetnie i bardzo miło się ich oglądało. Do tego organizacyjnie zespół wygląda jak niejedna ekipa z wyższej ligi. Problemem jest jednak to, że w przypadku konieczności zakręcenie kurka przez głównego decydenta, zespół momentalnie przestanie istnieć.

Inaczej wygląda to w przypadku ekipy Voster – ATS Team, gdzie Krzysztof Parma i Mariusz Witecki robią wszystko zgodnie z międzynarodową szkołą prowadzenia zespołów. Tym bardziej cieszy więc, że ich twór ciągle się rozwija i ma olbrzymią szansę na poważniejsze zaistnienie w peletonie. Pytanie tylko, czy firma Voster będzie w stanie utrzymać zespół drugiej dywizji, czy też konieczne będzie poszukiwanie większego sponsora?

W nowy sezon, choć z pewnością smutni ze względu na to, jak niezwykle wąski będzie polski peleton, wchodzimy więc z nadzieją. Nadzieją na to, że w końcu w krajowym peletonie pojawi się więcej projektów opartych na międzynarodowym systemie, a nie tworów osobistych, które są warte pochwały, lecz nie mają szansy na konkretniejsze działanie.