Fot. © Tim De Waele / Etixx Quick Step

W ciągu ostatniej dekady drużyna, która od dwóch lat jeździ pod szyldem Deceuninck Quick-Step zdominowała klasyfikację zwycięstw w wyścigach zaliczanych do UCI. W latach 2011-20 wygrała ją aż osiem razy na dziesięć możliwych. Z czego to wynika? Jednym głównych powodów tego stanu rzeczy są występy sprinterów, którzy w ekipie Patricka Lefevere’a mają jak u Pana Boga za piecem.

Nie zawsze tak jednak było. W drugą dekadę XXI wieku drużyna nazywająca się wówczas Quickstep Cycling Team weszła w bardzo słabym stylu. Już rok 2010 był dla niej przeciętny, a w 2011 było jeszcze gorzej. 

Tom Boonen nie wygrywał już tak często jak kiedyś, z ekipy odeszli m.in. Wouter Weylandt i Stijn Devolder, a nowi zawodnicy, jak Zdenek Stybar, Matteo Trentin czy Niki Terpstra, którzy w przyszłości mieli odegrać bardzo ważną rolę w ekipie, wciąż jeszcze czekali na swój gwiezdny czas. Jednak prawdopodobnie największym problemem Patricka Lefevere’a były inne nowe nabytki, dwaj sprinterzy – Francesco Chicchi oraz Gerald Ciolek.

Obaj należeli do kolarzy, których ciężko było nazwać wielkimi gwiazdami. Jednak wydawało się, że stać ich na dobre występy. Dotyczyło to zwłaszcza Chicchiego. Włoch w swoim dorobku miał zwycięstwa na etapach wyścigów takich jak Volta a Catalunya, Tour Down Under czy Tour of California (podczas tego ostatniego wyścigu za rywala miał samego Marka Cavendisha), a poprzedni sezon zakończył z siedmioma triumfami.

Ciolek był zdecydowanie większą niewiadomą. Jako mistrz świata młodzieżowców z 2006 roku był uważany za wielki talent, tyle że jego umiejętności nie rozwijały się do końca tak jak wszyscy by tego oczekiwali. Co prawda on również miał na swoim koncie sporo zwycięstw, ale większość z nich odniósł w mniejszych wyścigach w Austrii i Niemczech. Gdy w 2009 roku wygrywał etap Vuelta a Espana można było mieć nadzieję, że nastąpi przełom – nie nastąpił, w ciągu kolejnych 12 miesięcy odniósł zaledwie jedno zwycięstwo i opuścił szeregi Milram, by w grupie Lefevere’a udowodnić, że jednak drzemie w nim jakiś potencjał.

Sam szef zespołu nie ukrywał, że wiąże z nimi spore nadzieje:

Przybycie Ciolka i powrót Cicchiego sprawia, że jestem spokojny o to, że znów będziemy mocni na finiszach z peletonu. Dodatkowo Ciolek powinien być świetnym wzmocnieniem naszego zespołu na kampanię klasyków

– mówił w komunikacie prasowym ogłaszającym zakontraktowanie obu kolarzy.

To dopowiedziane przez niego zdanie było dość istotne dla przygody niemieckiego kolarza w belgijskiej ekipie. Ciolek bowiem nie mógł skupić się w pełni na tym, by walczyć na finiszach – podczas kampanii klasyków musiał pomagać Tomowi Boonenowi.

Oczywiście miałem kilka okazji, by powalczyć na własny rachunek, nie musiałem cały rok na kogoś pracować, ale przez dużą część roku byłem kimś w rodzaju domestique, co utrudniało mi sięganie po zwycięstwa

– przyznawał w 2013 roku w rozmowie z Cycling News.

Tyle że to i tak nie mogło tłumaczyć tego, że przez całe 12 miesięcy nie odniósł choćby jednego zwycięstwa, podobnie zresztą jak Chicchi. Kolejny rok zaczął się zdecydowanie lepiej – Włoch do połowy marca odniósł pięć zwycięstw, natomiast Niemiec w lutym wygrał etap Volta ao Algarve. Niestety gdy zaczęła się poważna rywalizacja, obaj panowie spuścili z tonu i już ani razu nie podnosili rąk w geście zwycięstwa. Nic więc dziwnego, że zostali bez żalu pożegnani przez szefostwo zespołu.

Manxman za Ciolka

To niewiarygodne! Niesamowity sukces dla naszej ekipy. Fantastyczny dzień. Byliśmy tutaj tylko gośćmi, a wyjeżdżamy z głównym trofeum

                                                                                 ~Gerald Ciolek

Przez moment Lefevere mógł żałować tej decyzji. Podczas gdy Tom Boonen, Niki Terpstra i reszta jego załogi bezskutecznie walczyli o zwycięstwo w którymś z monumentów, Ciolek podczas rozgrywanego miesiąc po debiucie w barwach nowego zespołu – MTN Qhubeka wystartował w szalonym, skróconym z powodu apokaliptycznych warunków Milano-Sanremo. Po wygraniu zawodów powiedział:

Kiedy wybrałem ten zespół, znajomi pytali, dlaczego związałem się z małą ekipą ProContinental. Teraz udowodniłem, że był to dobry ruch i potwierdziłem potencjał i kompetencje kierownictwa i personelu tej drużyny. Nigdy nie widziałem, by kolarze mieli tak dobrą opiekę. Jestem szczęśliwy, że mogę być częścią tego projektu.

Nie wiadomo jakie były jego intencje, ale słowa te można było odbierać jako szpilkę wbitą szefostwu byłego zespołu. I niewykluczone że jego sukces oraz wspomniane słowa mocno bolałyby jego byłego szefa, gdyby nie to, że ten w swojej ekipie miał już kogoś zdecydowanie lepszego

Kolarską supergwiazdę.

Człowieka, który choć miał zaledwie 27 lat, to nazywany był przez niektórych legendą.

Po prostu rakietę z wyspy Man – Marka Cavendisha.

Lefevere wykorzystał fakt, że choć Brytyjczyk stanowił olbrzymią wartość marketingową, to Team Sky, do którego przeniósł się rok wcześniej, właściwie go nie potrzebowało. Cel Brytyjczyków był jeden – zwycięstwa w klasyfikacjach generalnych Tour de France. Triumfy na poszczególnych etapach przestały ich interesować, a już na pewno nie byli w stanie zapewnić Cavowi zadowalającego go wsparcia na płaskich finiszach.

Zamieszanie wokół transferu trwało długo – Brytyjczyka z rodzimą ekipą wiązał jeszcze dwuletni kontrakt. Cavendishowi bardzo zależało na zmianie pracodawcy, ale to, czy mu się uda, nie było przesądzone. Mówiło się o tym, że być może Sky zrezygnuje ze sprintera, w zamian za co Omega Pharma-Quick Step miałaby odstąpić im prawa do uważanego za wielki talent Andy’ego Fenna lub… Michała Kwiatkowskiego.

Tyle że Lefevere wcale nie kwapił się do wymiany. Szybko zdementował te plotki i jednocześnie powiedział, że wciąż czeka na to, aż Cav zdoła uwolnić się od kontraktu w Sky. W końcu mu się to udało – W połowie października władze brytyjskiego zespołu wydały oficjalne oświadczenie, w którym dziękowały kolarzowi za krótki pobyt w ich zespole, natomiast chwilę później w sieci pojawił się także komunikat Omegi Pharmy.

Mark zapewni nam olbrzymią jakość zarówno jeśli chodzi o kwestie sportowe, jak i wizerunkowe

– wieszczył w nim Lefevere i trudno było przypuszczać, że stanie się inaczej.

Choć, wbrew pojawiającym się plotkom, belgijski zespół nie zdołał zakontraktować ani Marka Renshawa, ani Bernharda Eisela, którzy we wcześniejszych zespołach wspierali gwiazdę z wyspy Man, to w zespole z Belgii i tak nie brakowało bardzo szybkich zawodników, Był wspomniany wcześniej Fenn czy Stijn Vandenbergh. Swoją pomoc zadeklarował nawet sam Tom Boonen.

Wciąż jestem głodny zwycięstw, ale dołożę wszelkich starań, by zrealizować również jego zadania dla dobra drużyny

– mówił Belg w Cycling News HD, choć jednocześnie zaznaczył, że nie wystartuje w żadnym z wielkich tourów.

Wzloty i upadki Rakiety z wyspy Man

Ten związek nie mógł się nie udać, a jego początek tylko to potwierdzał. Choć przed sezonem kolarz został potrącony przez samochód, to szybko doszedł do siebie i pierwsze zwycięstwo w nowych barwach odniósł już w swoim pierwszym starcie. Na finiszu 1. etapu styczniowego Tour de San Luis jego plecy mogli oglądać m.in Sacha Modolo, Peter Sagan czy Alessandro Petacchi. 

Kolejne starty, na czele ze zdominowanym przez niego Tour of Qatar, były niemal równie dobre. Kryzys nadszedł dopiero podczas kampanii klasyków – słabsze wyniki Cava w Milano-Sanremo i Gent-Wevelgem sprawiły, że atmosfera w drużynie zaczęła gęstnieć – pociąg sprinterski mimo wszystko wcale nie działał tak, jak powinien. Po kwietniowym Scheldeprijs miarka się przebrała i Lefevre udzielił rozprowadzającym ostrej reprymendy i powiedział im, że jeśli coś im się nie podoba, to mogą spadać do Accent.jobs – Wanty (belgijski zespół jeżdżący wówczas w drugiej dywizji).

Na szczęście w maju wszystko szybko wróciło do normy. Podczas Giro Cavendish zdominował rywalizację sprinterów. Zaczął spektakularnie – wygrał etap w Neapolu, choć rozpoczynał sprint z bardzo odległej pozycji. Jego łupem padły także pozostałe sprinterskie etapy, w tym ten ostatni, kończący się w Brescii, który zapewnił mu także zwycięstwo w klasyfikacji sprinterów.

Jego pociąg wciąż nie był niezawodny, ale szczególnie podczas 6. i 21. etapu bardzo mocno przyczynił się do jego triumfów. W Tour de France współpraca miała wyglądać jeszcze lepiej i rzeczywiście, wyglądała. Praktycznie wszyscy kolarze ekipy Lefevere’a brali udział w ułatwianiu Manxmanowi finiszu – nawet walczący o miejsce w czołowej “10” Michał Kwiatkowski.

To, że pomimo świetnej postawy Polaka, to właśnie Brytyjczyk był najważniejszą postacią w ekipie, której trzeba było się podporządkować, najlepiej pokazał 13. etap. Gdy od głównej grupy oderwała się 14-osobowa czołówka, z Cavendishem, ale też z kilkoma kolarzami liczącymi się w generalce, ekipa zaleciła będącemu z tyłu Kwiatkowskiemu, by odpuścił pogoń. To poskutkowało tym, że “Kwiato” spadł w generalce za Fuglsanga, ale jednocześnie sprinter wyborowy belgijskiej ekipy o zwycięstwo etapowe musiał rywalizować właściwie tylko z Peterem Saganem i ostatecznie sięgnął po swój drugi triumf etapowy w setnej edycji Wielkiej Pętli.

Tyle że tamten Tour nie musiał kojarzyć mu się wyłącznie dobrze. Dwa zwycięstwa to wprawdzie świetny wynik, ale na pewno nie dla niego. On przyzwyczaił się do swojej dominacji na finiszach, a po raz ostatni mniej niż trzy triumfy zanotował w 2007, gdy debiutował w wyścigu. Najgłośniej było o nim nie po którymś z wspaniałych występów, a po 10. etapie, gdy po kontakcie z nim upadek zaliczył Tom Veelers. Wprawdzie jury wyścigu uznało, że nie było w tym żadnej winy Brytyjczyka. Smród jednak pozostał – także w dosłownym znaczeniu tego słowa, ponieważ nazajutrz jeden z kibiców, prawdopodobnie w związku z tą sytuacją rzucił w niego butelką z moczem.

Na finiszach zdecydowanie szybszy był Marcel Kittel – zwycięzca czterech etapów Tour de Pologne 2011, który teraz, dwa lata później, zyskał sobie miano sprintera numer jeden na świecie. Cavendish jednak koniecznie chciał wrócić na tron. Z tego względu w kolejnym roku zrezygnował ze startu w Giro, by w pełni skupić się na Tour. Omega Pharma również się spisała, ponieważ  między sezonami ściągnęła doskonale znającego go Renshawa, który miał stanowić najważniejszego, obok pozyskanego pół roku wcześniej Petacchiego, rozprowadzającego brytyjskiej gwiazdy.

Do Wielkiej Pętli Cav przystępował więc z wielkimi nadziejami, tyle, że te szybko prysnęły jak bańka mydlana – już na pierwszym etapie spowodował kraksę. Etap oczywiście ukończył, ale gdy lekarze zrobili mu badania, diagnoza była jednoznaczna – złamany obojczyk i koniec wyścigu.

Umarł król, niech żyje nowy, lśniącowłosy król!

Upadek Cavendisha był dla włodarzy Quick-Stepu wielką tragedią, ponieważ znów był on zdecydowanym numerem jeden ekipy. Co gorsza po powrocie spisywał się bardzo słabo – zanotował zaledwie dwa zwycięstwa w Tour du Poitou. Zaufanie ekipy do niego bardzo znacząco ucierpiało, jednak początek kolejnego sezonu zwiastował, że Cavendish wraca na właściwe tory. Wydawało się, że przedłużenie jego kontraktu z Omega Pharma – Quick Step jest bardzo realne. Był jednak jeden warunek – dobry występ w Tour de France.

Brytyjczyk spełnił go tylko częściowo – jedno zwycięstwo to znów był wynik poniżej oczekiwań – zwłaszcza pod nieobecność Kittela. W dodatku ekipa po zakontraktowaniu Boba Jungelsa i Daniela Martina nie miała już pieniędzy na jego pensję. Musiała więc znaleźć tańszy zamiennik i co ciekawe okazał się nim nie kto inny, jak jego niedawny niemiecki rywal.

Niemiec był w podobnej sytuacji, co Cavendish. Gdy w 2015 roku sponsorem tytularnym jego zespołu zostawała marka szamponów Alpecin, wydawało się, że jego pozycja jest mocniejsza niż kiedykolwiek. Nie dość, że gwarantował bardzo wysoki poziom sportowy, to jeszcze ze swoimi zdrowymi blond włosami idealnie pasował do reklam Alpecinu, a już na pewno lepiej, niż jego łysiejący kolega – John Degenkolb.

Niestety szybko okazało się, że słynne spoty były dla wielu kibiców jedyną okazją, by zobaczyć Kittela na ekranie telewizorów. Niemiec na początku sezonu nabawił się tajemniczego wirusa, przez który musiał opuścić większość ważnych wyścigów. A jedynym jego zwycięstwem w tamtym sezonie był 1. etap Tour de Pologne. 

Lefevere uznał, że jest to dla niego olbrzymia szansa, by wyciągnąć wciąż niestarego sprintera o olbrzymich możliwościach. Najpierw jednak należało doprowadzić go do dawnej formy.

Moim zadaniem jest przywrócenie starego Kittela. Postaramy się ułożyć mu dobry harmonogram startów, Jeśli nie będzie w wysokiej formie, to nie powinien brać udziału w zawodach. Będziemy dbać o niego i nie popełnimy błędów z poprzedniego roku. Marcel niepotrzebnie się ścigał, gdy był chory i to go zniszczyło. Jeśli wróci do formy po chorobie wirusowej, to będzie ekscytujące. On ma coś, czego nie mają inni. Gdyby udało mu się znów wrzucać dodatkowy bieg, to znów będzie wygrywał wielkie wyścigi

– mówił w duńskiej prasie Brian Holm – dyrektor sportowy, który miał odpowiadać za prowadzenie Niemca.

Wprawdzie mówi się, że spaść ze szczytu jest o wiele łatwiej, niż później wejść na niego z powrotem, ale akurat przypadek Kittela pokazuje, że niekoniecznie musi tak być. Niemiec zadebiutował w nowych barwach w lutym, na pierwszym etapie Dubai Tour. Obok siebie miał same gwiazdy sprintu – Elię Vivianiego, Sachę Modolo czy wreszcie Marka Cavendisha, ale podobnie jak w najlepszym dla siebie okresie 2013-2014, w ogóle się tym nie przejął. Drugiego Brytyjczyka pokonał o długość roweru. 

Był to pierwszy znak wskazujący na to, że król Marcel wrócił z wygnania i niedługo znów przejmie władzę w sprinterskim królestwie.

IV obóz

Nie stało się to jednak od razu. Niemiec owszem, błyskawicznie potwierdził, że jego zwycięstwo na dwóch etapach Dubai Tour nie było przypadkiem, ale jego panowanie nie było niepodważalne. Trzeba przyznać, że na nowo stał się najszybszym zawodnikiem na świecie, wygrywając praktycznie każdy finisz, w którym wziął udział, triumfował w Scheldeprijs, dzięki czemu stał się samodzielnym rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę zwycięstw w tym wyścigu. Niestety stosunkowo rzadko miał okazję finiszować – po prostu często gdy dochodziło do najważniejszych rozstrzygnięć, on był już daleko z tyłu.

Pierwszym znakiem wskazującym na to, że Kittel ma duży problem, było Paryż-Nicea. Trzy z czterech pierwszych etapów tego wyścigu miały trasę, która pasowała sprinterom – z płaską końcówką i delikatnymi trudnościami na wcześniejszych kilometrach. Niestety za każdym razem trudności te przerastały Kittela, który pomimo wysiłków drużyny, ani razu nie zdołał stanąć w sprinterskie szranki z Niccolo Bonifazio, Arnaud Demarem, Nacerem Bouhannim czy Michaelem Matthewsem – po prostu ostatnie metry etapu pokonywał będąc daleko za główną grupą.

Giro – pierwszy wielki cel Kittela w nowych barwach, tylko potwierdziło jego bolączki. Owszem, holenderskie Grande Partenza należało do niego – Niemiec wygrał oba sprinterskie etapy rozgrywane w płaskiej Holandii. Tyle że niestety kolejne etapy były nieco trudniejsze. Niemiec dwoił się i troił, ale prędzej czy później grupa mu odjeżdżała, a on sam swoje marzenia o trzecim zwycięstwie musiał odłożyć na później.

Na domiar złego, gdy na 7. etapie udało mu się przetrwać największe trudności, dopadł go pech – złapał gumę, a dwa dni później wycofał się z wyścigu, oświadczając:

Biorąc pod uwagę to, gdzie byłem jeszcze kilka miesięcy temu, muszę zwracać większą niż wcześniej uwagę na swoją kondycję fizyczną. Niestety, to Giro jest bardzo wymagające – nawet na etapach oznaczonych jako sprinterskie. Teraz naprawdę potrzebuję wypoczynku przed kolejnymi wyzwaniami, które na mnie czekają.

Mówiąc o “kolejnych wyzwaniach” Niemiec miał zapewne na myśli Tour de France – wyścig zapowiadający się dla niego bardzo obiecująco. Wielka Pętla miała dać sprinterom aż dziewięć szans – owszem, część z nich była raczej poza zasięgiem Kittela z powodu nieco pofałdowanej trasy, ale Niemiec spokojnie mógł skończyć wyścig z kilkoma etapowymi skalpami.

Jego najpoważniejszymi rywalami mieli być przeżywający drugą młodość Andre Greipel, a także Mark Cavendish, chcący utrzeć nosa dawnemu zespołowi. Jednak kolarz ekipy Lefevere’a miał nad oboma sporą przewagę psychologiczną – obu miażdżył w bezpośrednich pojedynkach. Z Greipelem na finiszu przegrał tylko podczas mistrzostw Niemiec, natomiast Cav przegrywał z nim za każdym razem.

A jednak Brytyjczyk podczas Tour de France, tak jak Albus Dumbledore w jednej z ostatnich scen Księcia Półkrwi, po raz ostatni pokazał, że stać go na potężne czary. Zaczęło się od pierwszego etapu. Pierwszym potężnym zaklęciem poraził rywali już na pierwszym etapie. Gdy wydawało się, że kwestię zwycięstwa etapowego rozstrzygną między sobą Kittel i Sagan, on w ostatniej chwili wyskoczył zza ich pleców i z drugim Kittelem wygrał o długość roweru. Kolejne etapy również należały do niego – zakończył wyścig z czterema zwycięstwami etapowymi, a jego dwaj główni rywale musieli zadowolić się jedną wiktorią.

Cavendish, podobnie jak Gerald Ciolek, krótko po odejściu z ekipy Lefevere’a do Dimension Data (wcześniej Qhubeka), przez moment znów znajdował się na szczycie. Kittel natomiast musiał wrócić do obozu IV i szykował się do tego, by w kolejnym sezonie znów przeprowadzić atak szczytowy.

Quick-Step dominuje!

Atak szczytowy, który tym razem zakończył się powodzeniem. Podobnie jak w poprzednim sezonie, Kittel kończył z przynajmniej jednym zwycięstwem niemal każdy wyścig, w którym startował, także Scheldeprijs. Natomiast szczyt swoich możliwości pokazał podczas Tour de France. Tamta Wielka Pętla była dla niego wyjątkowa, bo rozpoczynała się w Niemczech. Gdy po raz ostatni wyścig wjeżdżał do jego kraju, Marcel miał zaledwie roczek, więc raczej ciężko zakładać, że na własne oczy widział jak Lech Piasecki jako jedyny Polak w historii zakłada żółtą koszulkę Tour de France. Teraz mógł wziąć udział w wydarzeniu jako zawodnik i chciał wykorzystać to w pełni.

Moi rodacy są podekscytowani, mogąc znów zobaczyć Tour de France wjeżdżający do ich kraju. A my, Niemcy, chcemy dać im powody do dumy

– mówił przed rozpoczęciem wyścigu Kittel.

Na pierwszym etapie – 14-kilometrowej czasówce po Dusseldorfie, oczy wszystkich mieszkańców kraju Goethego były jednak skierowane nie na niego, a na innego rodaka – Tony’ego Martina, mistrza świata w tej specjalności. Martin nie wygrał  – był czwarty (co ciekawe Kittel dość niespodziewanie zajął 7. lokatę). Jednak dzień później, po etapie, który również zaczynał się w Dusseldorfie (choć jego meta znajdowała się już w belgijskim Liege) Niemcy mogli świętować. 

W związku ze nową strategią Quick-Stepu, Kittel rozpoczynał finisz z odległej pozycji, więc musiał przyspieszyć wcześniej niż rywale. Jego kibice mogli obawiać się, że w związku z tym, na ostatnich kilku metrach może za to zapłacić – że zabraknie mu mocy. Na szczęście wystarczyło i choć z lewej strony atakował Demare, Niemiec się wybronił i mógł podnosić ręce do góry.

Nie po raz ostatni – w podobny sposób wygrywał jeszcze wielokrotnie. Do 11. etapu, zdołał zgromadzić aż pięć zwycięstw, co już było najlepszym wynikiem od 2011 roku, gdy tyle samo wiktorii zgromadził Mark Cavendish. Niemiec miał jeszcze realne szanse na to, by wygrać także 19. i 21. etap, a także zdobyć zieloną koszulkę – po raz pierwszy w karierze. Niestety wszystko legło w gruzach po 17. etapie, gdy wziął udział kraksie, w której odniósł kontuzję barku. Po podjęciu decyzji o wycofaniu się mówił:

Jestem niepocieszony. Nie zabiorę do domu zielonej koszulki, nie powalczę na finiszu w Paryżu… naprawdę tego żałuję. Niestety muszę myśleć realistycznie – blizny na moich barkach i pośladkach są zbyt bolesne, bym mógł ukończyć górskie etapy, zwłaszcza, że od kilku dni towarzyszy mi także ból brzucha i przeziębienie. Robiłem wszystko, by dojechać do Pól Elizejskich. ALE – mam pięć zwycięstw – to dla mnie wielka duma.

Właśnie, pięć zwycięstw musiało budzić podziw, nawet mimo tego, że jego dwaj rywale – Cavendish i Sagan musieli zakończyć swój udział w wyścigu już po 4. etapie, co było spowodowane ich słynnym starciem na finiszu w Vittel.

Ten podziw nie był jednak na tyle duży, by Quick-Step Floors robił wszystko by go zatrzymać. Niemca przechwyciła Katiusza, której sponsorem od kilku miesięcy był Alpecin – firma, której z oczywistych względów zależało na tym, by jej twarzą znów stał się Kittel. W dodatku w zespole był już dobry kolega Kittela – Tony Martin, jednak kto wie, czy nie pozostałby w belgijskiej ekipie, gdyby Patrick Lefevere mocniej zaangażował się w walkę o utrzymanie go. Nie tylko oferując mu korzystniejszą finansowo ofertę, ale dając konkretne obietnice i stuprocentową pewność co do jego roli w kolejnym sezonie.

Niestety nie mógł tego zrobić. Pięć zwycięstw Kittela w Wielkiej Pętli owszem, robiło gigantyczne wrażenie, ale niekoniecznie na tle pozostałych sprinterów zespołu. Trzech najszybszych kolarzy ze stajni Patricka Lefevere’a odniosło łącznie aż… 13 zwycięstw w wielkich tourach. 

I o ile Trentin, który podczas Vuelty mocno skorzystał na swojej wszechstronności i jednocześnie żałosnej obsadzie sprinterskiej tamtego wyścigu, nawet gdyby nie postanowił odejść po sezonie do Mitchelton-Scott, nie stanowiłby dla pozycji Niemca wielkiego zagrożenia, to tego samego nie można było powiedzieć o złotym dziecku Quick-Stepu. O Fernando Gavirii.

Kolumbijski sprinter

Gaviria był dość wyjątkowym Kolumbijczykiem. Podczas gdy większość jego rodaków, Quintana, Uran czy Chaves, kojarzona była z górami, on dysponował olbrzymią szybkością, na co pewien wpływ miała jego kariera na torze – w latach 2015-16 zostawał mistrzem świata w omnium.

Kolarskiemu światu przedstawił się już w 2015 roku, podczas Tour de San Luis, gdzie jako bardzo młody, zaledwie 20-letni kolarz dwukrotnie pokonywał na finiszach Sachę Modolo a także… Cavendisha, który, przypomnijmy, jeździł jeszcze wtedy w Etixx-Quick Step. Kilka miesięcy później ekipa Lefevere’a przygarnęła go do siebie na staż, a potem wszystko poszło jak z płatka. Już w maju 2016 roku, a więc pięć miesięcy po tym, jak stał się pełnoprawnym członkiem tego zespołu,  w jednym z tekstów dotyczących Giro d’Italia Cycling News pisało:

Spośród najlepszych sprinterów na świecie, na liście startowej Giro d’Italia brakuje tylko Marka Cavendisha, Petera Sagana, Alexandra Kristoffa i Fernando Gavirii.

Tak, Kolumbijczyk szybko zasłużył sobie na miano czołowego sprintera globu. Zresztą nie ma co się dziwić. Już jako stażysta Quick-Stepu wystąpił w Tour of Britain i na jednym z finiszów pokonał Andre Greipela, Elię Vivianiego i Edvalda Boassona Hagena. Później, wiosną 2016, wygrał jeden z etapów Tirreno-Adriatico, a już po Giro d’Italia, w sierpniu, wygrał dwa odcinki Tour de Pologne i Paryż-Tours.

Jednak w 2016 wciąż nie było wątpliwości, że młody sprinter przegrywa jeszcze wewnętrzną rywalizację z Marcelem Kittelem. Te pojawiły się dopiero w kolejnym sezonie. Gaviria znów zaczął od zwycięstw w Argentynie i jednego triumfu w Wyścigu Dwóch Mórz. Potem przyszło świetne piąte miejsce w Milano-San Remo, aż w końcu nadszedł czas na debiut 22-letniego Kolumbijczyka w Wielkim Tourze – na Giro d’Italia.

Był współliderem zespołu – kolarzem walczącym w generalce miał być Bob Jungels, który rok wcześniej zajął 6. miejsce i chciał poprawić swój wynik, natomiast on sam miał oczywiście walczyć na finiszach. I o ile Luksemburczyk, choć przez 5 dni był właścicielem różowej koszulki, to ostatecznie zakończył wyścig dopiero na rozczarowującym nieco 8. miejscu, to już Kolumbijczyk spisał się zdecydowanie lepiej.

Brakowało mu doświadczenia, ale nie jakości. Wprawdzie walka o Maglia Ciclamino nie zaczęła się dla niego najlepiej – kraksę w końcówce pierwszego etapu wykorzystał Lukas Postlberger, który niespodziewanie oderwał się od grupy, a chwilę później mógł podnieść ręce w geście zwycięstwa, a dzień później Kolumbijczyk na finiszu starł się z Calebem Ewanem, co odebrało mu nieco impetu i szanse na zwycięstwo, to  na 3. etapie nie pozostawił rywalom żadnych złudzeń. 

Wykorzystał kapitalną pracę Boba Jungelsa (tak, tego drugiego lidera), który rozerwał grupę, dzięki czemu z walki o zwycięstwo wypadli m.in. Ewan i Greipel, później skorzystał z niesamowitego rozprowadzenia Maximiliano Richeze, by w końcu samemu odpalić rakietę i pokonać drugiego Rudigera Seliga o dobre dwie długości roweru.

Później Gaviria był już w zasadzie bezkonkurencyjny. Gdy meta etapu kończyła się łatwiejszym odcinkiem, Kolumbijczyk niemal za każdym razem pokazywał rywalom miejsce w szeregu, ku rozpaczy Jakuba Mareczki, który dwukrotnie był o krok od zwycięstwa, ale w obu przypadkach na drodze stawała mu nowa sprinterska gwiazda. Między trzecim, a ostatnim etapem przegrał finisz tylko raz. Podczas siódmego dnia rywalizacji przekroczył kreskę kilka setnych sekundy po innym sprinterskim wonderkidzie – Calebie Ewanie.

Ostatecznie bilans jego występu we Włoszech był imponujący – cztery wygrane etapy, Maglia Ciclamina i Ewan, Nizzolo, Modolo oraz Greipel na rozkładzie (no i jeszcze Bennett, który jednak najlepsze lata wciąż miał dopiero przed sobą). Wszystko wskazywało na to, że Gaviria jest gotowy na walkę w Tour de France.

Il Vigente zastępuje bestię z Niemiec

Jednak to, czego w lipcu dokonał Kittel, zmieniło nieco optykę  – w końcu na Tour de France musiał mierzyć się z trudniejszymi rywalami, a i tak odniósł o jedno zwycięstwo więcej. W lipcu przekaz medialny płynący z Quick-Stepu był jasny:

Zapewnienie satysfakcji zarówno Kittelowi, jak i Gavirii jest możliwe – kalendarz składa się z 300 dni wyścigowych i trzech wielkich tourów. Potrzebujemy dwóch sprinterów. Gaviria jest młodszy od Kittela o siedem lat, więc spokojnie może znów pojechać w Giro

 

– mówił Lefevere Cycling News po czwartym etapowym zwycięstwie Kittela w Tour de France 2017. Tyle że wewnątrz zespołu sytuacja wyglądała zdecydowanie inaczej.

Chciałem uniknąć dyskusji na temat moich kolejnych startów w Tour de France i mojej roli pierwszego sprintera. Niestety zarząd zespołu nie mógł mi tego zapewnić, co doskonale rozumiem. Po tym, jak Fernando wygrał cztery etapy Giro, wiadome było to, że on także będzie chciał wystąpić w Giro. Nie mogę mieć o to do nikogo pretensji

 – pisał w swoim oświadczeniu po ogłoszeniu transferu do Katiuszy.

Niestety rozwód ten nie wyszedł na dobre żadnej ze stron. Kittel w Katiuszy odniósł tylko trzy zwycięstwa, a Gaviria w Tour de France nie spisał się równie dobrze co jego starszy ex-kolega z zespołu. Owszem, zaczął wspaniale. Wygrał pierwszy i czwarty etap, a drugi też mógłby paść jego łupem, gdyby nie kraksa, w którą zaplątał się w końcówce. Wydawało się, że jest na najlepszej drodze do tego, by ukończyć wyścig z podobną liczbą zwycięstw, co Niemiec rok wcześniej.

Niestety później szło mu już gorzej. Na finiszu 7. etapu, kończącego się  600 metrowym wzniesieniem o 4-procentowym nachyleniu zdecydowanie szybszy od niego był Dylan Groenewegen. Nazajutrz Holender znów okazał się najlepszy, a Gaviria, przepychający się z Greipelem został przesunięty na koniec peletonu.

Trzy dni później, na bukowanym odcinku z metą w Roubaix długo wszystko szło po jego myśli – jechał w wyselekcjonowanej czołówce, ale nie był w stanie zareagować, gdy  w końcówce oderwało się od niej siedmiu zawodników. To była jego ostatnia realna szansa na zwycięstwo. Później przyszły góry, które bardzo go wymęczyły i skłoniły do tego, by podczas wspinaczki pod Croix de Fer na 12. etapie powiedzieć “pas”.

Solidny, acz nie wybitny występ Gavirii mógł nieco rozczarować fanów “Watahy”, ale na szczęście humory bardzo poprawił im Elia Viviani. Historia Włocha w ekipie Patricka Lefevere’a zaczęła się od łez po tym, jak na finiszu Gent-Wevelgem minimalnie przegrał ze swoim przyjacielem – Peterem Saganem.

 

Ale później, być może uświadomiwszy sobie, jak dużo strat emocjonalnych kosztują go porażki, postanowił sobie, że nie będzie już przegrywał. I rzeczywiście, od tego czasu przegrane przez niego sprinterskie finisze można policzyć na palcach lewej stopy Henryka Pobożnego*.

Zwycięstw było za to zdecydowanie więcej. Giro d’Italia? Cztery etapowe triumfy na sześć możliwych – dwukrotnie przegrywał tylko z Samem Bennettem. Vuelta a Espana? Trzy triumfy, na pięć możliwych. Do tego wszystkiego doszło jeszcze m.in.: zwycięstwo w klasyku w Hamburgu, a także mistrzostwo Włoch, dzięki któremu cztery spośród swoich 18 zwycięstw w sezonie 2018 nowy król sprinterów odniósł w przepięknie się prezentującej zielono-biało czerwonej koszulce.

*Henryk Pobożny – śląski książe dzielnicowy, żyjący w XIII w., który urodził się z sześcioma palcami u lewej stopy

 

Sezon przejściowy

Dlatego, choć Kittela nie udało się zastąpić w skali 1:1, to 2018 był dla Quick-Step Floors kolejnym świetnym sprinterskim sezonem. Po 12 wielkotourowych triumfach w 2017, teraz wynik był tylko nieco słabszy. Niestety, wiadomo było, że kolejny może być zdecydowanie bardziej ubogi w etapowe triumfy. Wszystko przez problemy finansowe ekipy Patricka Lefevere’a, która z tego powodu musiała oddać do Direct Energie zwycięzcę ostatniego Wyścigu Dookoła Flandrii – Nikiego Terpstrę i przede wszystkim Gavirię, za którego nie udało się nikogo sprowadzić.

Patrick Lefevere podchodził jednak do całej sytuacji ze stoickim spokojem:

Nie jest to coś, co nas zniszczy. Mamy przecież Elię Vivianiego i dwóch młodych sprinterów, którzy po prostu będą musieli wejść na jeszcze wyższy poziom

– mówił w Het Nieuwsblad.

Tymi młodymi sprinterami byli Fabio Jakobsen i Alvaro Hodeg – dwaj zawodnicy z rocznika ‘96, którzy coraz śmielej poczynali sobie w zawodowym peletonie. Ten pierwszy na jednym z etapów BinckBank Tour 2018 na pokonanym polu zostawił m.in. Marcela Kittela i Caleba Ewana, a zwycięstwa odnosił także w Gree-Tour of Guangxi i, wzorem byłej niemieckiej gwiazdy Quick-Stepu, w Scheldeprijs.

Jednak wtedy jeszcze polskim kibicom najlepiej znany był ten pierwszy, który zanotował znakomity występ w Tour de Pologne 2018, z dwoma drugimi miejscami i zwycięstwem na finiszu w Zabrzu.  Ponadto triumfował na etapach Volta a Catalunya i Tour of Turkey. 

Wydawałoby się, że Hodeg byłby idealnym następcą swojego rodaka, jednak w pierwszej części sezonu to Holender prezentował się lepiej, dzięki czemu to on wywalczył sobie miano drugiego sprintera i udział w Vuelcie, gdzie był jednym z najmłodszych uczestników i podobnie jak inni zaliczani do tego grona zawodnicy, a więc Sergio Higuita, Tadej Pogacar, Neilson Powless czy nawet nasz Szymon Sajnok, spisał się bardzo dobrze.

Bardzo dzielnie walczył z Samem Bennettem – być może najlepszym trzecim sprinterem w historii kolarstwa. W tamtym sezonie Irlandczyk odniósł 13 zwycięstw, co musiało imponować, biorąc pod uwagę to, że w hierarchii BORA-hansgrohe zajmował miejsce po Pascalu Ackermannie i Peterze Saganie. A jednak z bezpośrednich pojedynków to Jakobsen wychodził zwycięsko. Tak naprawdę tylko dwa razy zdołał wziąć udział w walce o triumf etapowy i w obu przypadkach wykorzystał genialne rozprowadzenie ze strony Maximiliano Richeze. Scenariusz obu etapów wyglądał bardzo podobnie – Argentyńczyk doprowadza Holendra do dogodnej pozycji, on zaczyna finiszować i choć kolarz Bory odrabia dystans, to za każdym razem przegrywa o błysk szprychy.

Z Vuelty Deceuninck mógł być więc umiarkowanie zadowolony – gorzej z pozostałymi wielkimi tourami, za które odpowiadał Viviani. W Giro d’Italia i Tour de France odniósł łącznie… jedno zwycięstwo. Dużą rolę w tym odgrywała zdecydowanie większa konkurencja, z którą musiał się mierzyć. Tak jak w 2018 roku w Giro d’Italia, Vuelta a Espana i pozostałych najważniejszych wyścigach musiał mierzyć się głównie ze sprinterami spoza ścisłego topu – przede wszystkim takimi kolarzami jak Modolo, Van Poppel czy dopiero wbijający się do czołówki Bennett, to w 2019 poruszał się już w bardzo ekskluzywnym gronie.

Demare, Ackermann, Ewan i Gaviria – z tymi rywalami walczył już w Giro. To był dopiero prawdziwy test i Włoch go niestety oblał. Owszem, raz przekroczył linię mety jako pierwszy, ale przy okazji niemal spowodował upadek młodego Matteo Moschettiego, co sprawiło, że sędziowie przesunęli go na koniec grupy, a zwycięstwo wpadło w ręce Gavirii. Wprawdzie Kolumbijczyk po zakończeniu etapu mówił:

– Trudno się uśmiechać czy cieszyć, kiedy coś takiego spotyka przyjaciela. Elia nie zrobił nic złego i dla mnie jest zwycięzcą. Decyzja o odebraniu mu pierwszej pozycji jest kuriozalna. Nie rozpychał się łokciami. Chciał wygrać – nie kogoś skrzywdzić. Przykro mi z jego powodu

– jednak słowa te nie mogły już nic zmienić, więc gdy po 11. etapie Włoch wycofywał się z wyścigu, na jego liście zwycięstw w Giro 2019 wciąż widniało okrągłe zero. 

W Tour de France poszło mu już nieco lepiej – wygrał jeden etap, a na kilku innych walczył o zwycięstwo. Bez wątpienia był to dla Włocha sezon słabszy niż poprzedni, ale na pewno nie słaby. Spełnił kilka swoich sprinterskich marzeń. Pierwszy skalp etapowy Wielkiej Pętli, wygrana w dwóch worldtourowych sprinterskich klasykach, których nie miał jeszcze w swoim dorobku – Cadel Evans Great Ocean Race i Ride London-Prudential Classic, a także Mistrzostwo Europy odniesione w niesprinterskim stylu – po pojedynku i Yvesem Lampaertem.

Zielona koszulka

Włoch uznał jednak, że o odhaczenie kolejnych pozycji na jego liście celów – Gent-Wevelgem, następne zwycięstwa etapowe w Tour de France oraz Milano-San Remo. Dlatego już 5 sierpnia ogłosił swoje przejście do Cofidisu. Deceuninck musiał więc szukać nowego sprintera i ostatecznie padło na Sama Bennetta.

Irlandczyk wydawał się kandydatem idealnym. Pomimo 30 lat na karku wciąż się rozwijał, a w sezonie 2019 był jednym z najlepszych sprinterów na świecie. Z pewnością nie był kolarzem jednowymiarowym – na jednym z etapów Vuelty potrafił walczyć o zwycięstwo z Philippem Gilbertem, a kilka miesięcy wcześniej, podczas Tour of Turkey niewiele brakowało, by wygrał etap po… samotnym ataku na ostatnim wzniesieniu. I wreszcie najważniejsze – jak już pisaliśmy wyżej – był w Borze sprinterem numer 3, co oczywiście nie mogło mu odpowiadać.

Był jednak jeden problem – wszystko wskazywało na to, że Irlandczyka w 2020 wciąż będzie wiązał kontrakt z niemieckim zespołem. Co w takiej sytuacji zrobił Patrick Lefevere? To samo co w przypadku Marka Cavendisha, a więc… siedział z założonymi rękami, a przynajmniej taki był oficjalny przekaz medialny ze strony zespołu. Odrzucał wszelkie oferty wymiany, choćby za nieco rozczarowującego Alvaro Hodega i podkreślał, że czeka na ruch Irlandczyka, sam nie zamierza robić niczego niezgodnego z regulaminem.

Rozwiązanie całej sytuacji było jednak nieco inne niż w przypadku Brytyjczyka. O ile Cavendish w 2012  w końcu rozwiązał swój kontrakt za porozumieniem stron, to Bennett… udowodnił, że jego kontrakt wygasa w grudniu 2019 roku. Kolejny sezon mógł więc rozpocząć nie jako sprinter numer 3 Bory, a zdecydowany lider wśród sprinterów najlepszego sprinterskiego zespołu na świecie.

To doprowadziło go do zdobycia Maillot Vert – skalpu, o którym marzy każdy sprinter, a którego żadna z wcześniejszych gwiazd jeżdżących w Quick-Stepie w ciągu ostatniej dekady, nie potrafiła zdobyć – a to z powodu dominacji Petera Sagana, a to z uwagi na kłopoty zdrowotne Marcela Kittela (a m.in. o tym, jak udało się tego dokonać Irlandczykowi, możecie przeczytać TUTAJ). 

…………………………………………………………………………………………………………………

Sukces Bennetta był idealnym zwieńczeniem sprinterskiej dekady Quick-Stepu. Od 2013 roku sprinterzy ekipy Lefevere’a są widoczni niemal na każdym wyścigu. Nie zawsze są dominatorami, takimi, jak Marcel Kittel, ale rokrocznie zapewniają przynajmniej solidny (rzadziej), jak nie bardzo dobry (częściej) poziom, a to wszystko w zespole, który wcale nie należy do najbogatszych w World Tourze (na brak pieniędzy chronicznie narzeka sam Lefevere, a i kolejne wykazy budżetów pokazują, że Quick-Step nie należy do ścisłej czołówki).

Jak zatem Lefevere przekonuje ich do podpisania kontraktu akurat z nim? Cóż, ma na to dwa sposoby – albo zatrudnia młodych i utalentowanych, jak Gaviria, Jakobsen czy Hodeg, albo daje szansę kolarzom, którzy mają swoje problemy. W ten sposób do ekipy przyszli nie tylko Bennett i Cavendish (ten drugi – przypomnijmy – w Sky musiał godzić się na pozostawanie w cieniu górali), ale też Kittel (przyszedł po swoim przejściowym kryzysie w 2015 roku) i Viviani (w zasadzie miał taki sam problem, jak Cavendish).

Jednak zatrudnienie dobrego sprintera, to nie wszystko. Trzeba umieć doprowadzić go do odpowiednich wyników. A w tym drużyna Lefevere’a jest być może najlepsza na świecie. Jaki jest jej sekret? Zdaniem Elii Vivianiego (odsyłamy was do całej rozmowy) najważniejsze są kwestie psychologiczne.

Myślę, że kluczem jest mentalność tego zespołu. Chcą wygrywać wszędzie – w górach, w klasykach i oczywiście na finiszach. Ludzie tego nie doceniają, ale mentalność zwycięzcy jest w sporcie prawdopodobnie najważniejsza. To dzięki temu każdy kolarz, który tam przychodzi – nie tylko sprinter, zaczyna wygrywać. Oczywiście umiejętność pozyskiwania dobrych kolarzy jest bardzo ważna, zarówno ja, jak i Mark Cavendish, Marcel Kittel, Fernando Gaviria czy teraz Sam Bennett, jesteśmy dobrymi kolarzami, ale także my, dzięki mentalności panującej w tej ekipie, potrafimy wejść półkę wyżej. Jeżdżąc tam czujesz pewność siebie, spoczywającą na tobie odpowiedzialność

– mówił w rozmowie z nami Włoch, który doceniał także oczywiście to, co najłatwiej wychwycić kibicom – pociąg.

Są najlepsi. Zawsze możesz też liczyć na to, że obok ciebie będzie 3-4 kolarzy, którzy rozprowadzą cię lepiej niż ktokolwiek inny. Tak naprawdę każdy zawodnik z kadry Deceuninck-Quick Step, jest doskonałym rozprowadzającym – nawet górale potrafią być wartością dodaną naszego pociągu. Bob Jungels, Julian Alaphilippe to wielcy czempioni, odnoszący wielkie zwycięstwa, ale nawet oni przyłączają się czasem do pociągu i robią swoje. 

– dodawał.

Przy tym wszystkim jednak, zespół jest bardzo elastyczny i bierze pod uwagę spostrzeżenia swoich sprinterów. Gdy przed Tour de France 2017 Marcel Kittel poprosił o zmniejszenie roli pociągu, bo zauważył, że lepiej mu się finiszuje z drugiego szeregu – rzeczywiście tak się stało. Kolarze Watahy wspierali go, jak mogli do ostatnich metrów, a potem zostawiali samego, ufając w jego umiejętności odnalezienia się na finiszu. Efekt? Wszyscy pamiętamy.

Być może to właśnie dlatego ostatnie trzy sprinterskie gwiazdy, które opuściły zespół – Kittel, Gaviria oraz Viviani u swoich nowych pracodawców praktycznie przestali wygrywać. Być może przyzwyczajeni do standardów panujących w belgijskiej ekipie, po zmianie środowiska, nie są w stanie pokazywać tego, co wcześniej?

Natomiast Wataha wręcz przeciwnie. Praktycznie zawsze potrafiła znaleźć następcę, który nawet jeśli nie gwarantował aż tak dobrych wyników, co poprzednik, to zawsze potrafił zapewnić drużynie kilka, jeśli nie kilkanaście istotnych zwycięstw. I nic nie wskazuje na to, by w kolejnej dekadzie ten mechanizm miał ulec zmianie.