fot. Cofidis Team

Choć ostatni sezon był w wykonaniu Elii Vivianiego zatrważająco słaby, to Włocha wciąż trzeba uznawać za czołowego sprintera świata. Siedemdziesiąt osiem zwycięstw, w tym te odniesione na etapach wszystkich trzech wielkich tourów, a także w wielu bardzo prestiżowych klasykach, mówi samo za siebie. W bardzo obszernej rozmowie z 31-letnim kolarzem poruszyliśmy bardzo wiele kwestii, od samych początków jego kariery poczynając, a kończąc na aktualnych kwestiach, jak jego chęć powrotu na szczyt w kolejnym sezonie, opinia na temat Szymona Sajnoka, czy wreszcie katastrofalna kraksa w Katowicach. Zapraszamy do lektury!

Na początku chciałem zapytać, jak zaczęła się twoja przygoda z kolarstwem?

Miałem wtedy osiem lat. Jeden z moich kolegów zaczął trenować kolarstwo i zaproponował mi, bym do niego dołączył. Wcześniej trenowałem tylko piłkę nożną, która we Włoszech, mimo popularności kolarstwa, jest zdecydowanym numerem jeden. Jednak gdy wsiadłem na rower, poczułem, że to jest to. Bardzo polubiłem to, że wynik zależy tylko ode mnie – od tego czy jestem wystarczająco sprytny i szybki – w piłce nożnej odpowiedzialność za wynik rozkłada się na kilkunastu zawodników. Mimo wszystko przez kilka lat łączyłem obie dyscypliny sportu – generalnie wyglądało to tak, że latem głównie jeździłem na rowerze, a zimą grałem w piłkę. Dopiero gdy miałem 14 lat i musiałem wybierać, postawiłem całkowicie na kolarstwo

Mógłbyś zdradzić, kto był twoim pierwszym sportowym idolem?

Jeśli chodzi o piłkę nożną, pochodzę z północy Włoch, więc kibicowałem Juventusowi, a moim największym idolem był Alessandro Del Piero. A gdy zaczynałem jeździć na rowerze był 1998 rok, więc podobnie jak pozostali Włosi, zakochałem się w jeździe Marco Pantaniego, który wygrał wtedy Giro i Tour. Oczywiście później mój punkt widzenia uległ zmianie, ponieważ okazało się, że moje parametry fizyczne predestynują mnie do sprintów, a nie do jazdy po górach. Wtedy zacząłem podpatrywać Mario Cipolliniego, którego styl finiszowania bardzo mocno przypadł mi do gustu. 

Skoro twoim pierwszym kolarskim idolem był Marco Pantani, fakt, że jednym z twoich pierwszych zwycięstw w zawodowym peletonie, było to w jego memoriale, musiał być dla ciebie bardzo emocjonujący.

Zdecydowanie tak, zwłaszcza, że odniosłem je już w pierwszym roku swoich zawodowych startów. To zwycięstwo było dla mnie bardzo ważne, bo o ile z Mario Cipollinim widziałem się bardzo wiele razy, to niestety nie miałem nigdy okazji spotkać Pantaniego – urodziłem się zbyt późno, by mieć na to szansę. Wygrywając wyścig upamiętniający go, przebiegający po trasach, którymi on przejeżdżał jako młody chłopak, czułem się trochę tak, jakbym widział się z nim osobiście. Wciąż trzymam trofeum za tamto zwycięstwo.

Mówisz, że często widujesz się z Mario Cipollinim. Przy jakich okazjach?

Gdy przyjeżdża na Giro d’Italia, zawsze przychodzę się z nim przywitać. Czasem spotykamy się też w zimie, podczas różnych uroczystości. Poza tym razem współpracujemy z marką DMT [firma produkująca buty kolarskie – przyp.red.], która czasem organizuje nasze spotkania. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że mamy bardzo dobre relacje, co bardzo mnie cieszy, ponieważ, jak już wspominałem, podziwiałem go już jako dziecko.

Zapewne często tematem waszych rozmów jest kolarstwo. Czy dostałeś od niego jakąś sprinterską poradę, która bardzo pomogła ci na finiszach?

Rzeczywiście, bardzo często rozmawiamy o kolarstwie, ale Mario rzadko udziela mi czysto technicznych porad, ponieważ w ciągu ostatnich kilku lat kolarstwo bardzo się zmieniło. Dziś finisze są zupełnie inne niż kiedyś. Panuje na nich zdecydowanie większy chaos. Ale dużo czerpię od niego choćby jeśli chodzi o podejście do wyścigów. Gdy jeszcze jeździł, jego wielkim marzeniem było zwycięstwo w Milano-Sanremo. Długo mu się nie udawało, ale wciąż próbował i w końcu, w 2002 roku, wygrał. Teraz, gdy rozmawiamy o Primaverze, często mi mówi: “nie poddawaj się, nawet jedno zwycięstwo w tym wyścigu jest czymś wspaniałym, więc próbuj i nie zrażaj się niepowodzeniami”. Trzymam się tego i bardzo mi to pomaga.

Innego wielkiego sprintera spotkałeś w Liquigasie. W tym samym sezonie, co ty, do zespołu przyszedł pewien młody słowacki kolarz – Peter Sagan. Jak układały się wasze relacje?

Uwielbiam go, jest jednym z moich najlepszych przyjaciół w peletonie. Poznaliśmy się jeszcze przed przybyciem do Liquigasu – jeździliśmy w jednym zespole u23. Gdy jesteś młody, łatwiej jest o nawiązywanie prawdziwych, koleżeńskich relacji, więc szybko się zaprzyjaźniliśmy. Spędziliśmy pięć lat w Liquigas/Cannondale. Mieliśmy inne programy startowe – on jeździł na Tour de France, ja na Giro d’Italia, ale czasem występowaliśmy razem w klasykach – na przykład w 2013 roku przejechaliśmy razem Gent-Wevelgem, co było dla nas bardzo fajnym doświadczeniem. Bardzo cieszy mnie to, że nasza przyjaźń nie umarła wraz z upadkiem grupy Cannondale. Dziś obaj mieszkamy w Monako i wykorzystujemy to – często się spotykamy, czasem nawet razem trenujemy.

Waszą więź było widać na 4. etapie Tour of Beijing 2011. Obaj walczyliście o zwycięstwo – ostatecznie on zajął 2. miejsce, a ty wygrałeś. Po przekroczeniu linii mety, najpierw podniosłeś ręce do góry, ale chwilę później popatrzyłeś na Petera i zbiłeś z nim piątkę.

Pamiętam ten moment – to był przykład prawdziwie zespołowego zwycięstwa. Gdy jedziesz obok przyjaciela, wystarczy jedno spojrzenie, by się porozumieć. Wszystko staje się prostsze, a ty czujesz, że jesteś niezwyciężony. My, zawodnicy raczej nie narzekamy na swój los, bo robimy to, o czym zawsze marzyliśmy, ale wiadomo, nasze życie oprócz licznych plusów, ma swoje minusy, jak częste przebywanie z dala od rodziny i wiele innych rzeczy. Na szczęście jeśli robisz to z ludźmi, których bardzo lubisz, jest to zdecydowanie łatwiejsze do zniesienia.

Jako kolarz Liquigasu zadebiutowałeś w Tour de Pologne. Jak podoba ci się nasz narodowy wyścig?

Lubię ten wyścig, ponieważ składa się z wielu płaskich etapów, co bardzo odpowiada sprinterom. Świetnie wspominam edycję z 2012 roku, kiedy wygrał Moreno Moser. Moreno był moim kolegą z pokoju, więc doskonale widziałem jak cieszył się tym wyścigiem. Był wtedy bardzo mocny, co było widać na treningach i podczas samego wyścigu, gdzie wygrał generalkę i dwa etapy. Sam też kilka razy byłem bliski zwycięstwa – najbliżej w 2016 roku, kiedy ścigałem się z Fernando Gavirią i ostatecznie przegrałem o zaledwie kilka milimetrów. Ostatecznie pomimo kilku szans nie wygrałem jeszcze ani jednego etapu Tour de Pologne, więc kiedyś będę musiał to zmienić.

Pojedynek z Kolumbijczykiem przegrałeś już jako kolarz Team Sky, którego zawodnikiem stałeś się po upadku Cannondale (późniejsza nazwa Liquigasu). Jak z perspektywy czasu oceniasz swój pobyt w tej ekipie?

Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia, ale obiektywnie muszę przyznać, że zrobiłem tam duży krok do przodu. Myślę, że transfer do tej drużyny ułatwił mi zdobycie olimpijskiego złota w Rio [w omnium – przyp.red.], ponieważ sztab szkoleniowy tej ekipy ma olbrzymie doświadczenie w pracy z zawodnikami startującymi również na torze. Dzięki nim wygrałem swój pierwszy etap wielkiego touru, mogłem założyć Maglia Rosa w największym wyścigu w swoim kraju. 

Więc czułeś, że treningi aplikowane sprinterom również stoją tam na najwyższym możliwym poziomie? Sky jest znane jako zespół specjalizujący się w pracy z góralami.

Zdecydowanie, ćwiczyłem z Rodem Ellingworthem, który w przeszłości pracował także z Markiem Cavendishem i sporo wiedział na temat treningów dla sprinterów. Wszystko było dopięte na ostatni guzik i widziałem, że bardzo rozwinąłem także swoje umiejętności czysto sprinterskie. Niestety później był problem z całkowitym wykorzystaniem tego, co udało mi się wypracować. Jedyną rzeczą, której mi tam brakowało, było odpowiednie rozprowadzenie, ponieważ Sky jest ekipą, która stawia głównie na kolarzy walczących w klasyfikacji generalnej. Jakoś sobie radziłem, oprócz wspomnianego wcześniej etapu Giro d’Italia, wygrałem m.in. Cyclassics Hamburg i klasyk w Plouay, ale wiedziałem, że stać mnie na jeszcze więcej. 

Więc postanowiłeś odejść…

Naprawdę kochałem tę ekipę i nic dziwnego, w końcu każdy kolarz marzy o tym, by trafić do Team Sky. Byli świetnie zorganizowani, do bólu profesjonalni. Spotkałem w niej wielu wspaniałych ludzi i jednocześnie genialnych kolarzy, jak Rowe, “Kwiato”, Thomas, Froome. Przez chwilę jeździłem nawet z Wigginsem. Zaprzyjaźniłem się tam z wieloma ludźmi, przeżyłem trzy wspaniałe lata, ale też w końcu musiałem odejść, bo styl tej ekipy uniemożliwiłby mi dostanie się na sprinterski top.

No tak, każdy kolarz marzy o zostaniu zawodnikiem Team Sky, a każdy sprinter marzy o Quick-Stepie. Jak myślisz, dlaczego zespół ten jest tak skuteczny na finiszach?

Myślę, że kluczem jest mentalność tego zespołu. Chcą wygrywać wszędzie – w górach, w klasykach i oczywiście na finiszach. Ludzie tego nie doceniają, ale mentalność zwycięzcy jest w sporcie prawdopodobnie najważniejsza. To dzięki temu każdy kolarz, który tam przychodzi – nie tylko sprinter, zaczyna wygrywać. Oczywiście umiejętność pozyskiwania dobrych kolarzy jest bardzo ważna, zarówno ja, jak i Mark Cavendish, Marcel Kittel, Fernando Gaviria czy teraz Sam Bennett, jesteśmy dobrymi kolarzami, ale także my, dzięki mentalności panującej w tej ekipie, potrafimy wejść półkę wyżej. Jeżdżąc tam czujesz pewność siebie, spoczywającą na tobie odpowiedzialność.

Mają też doskonały pociąg, być może najlepszy na świecie…

Tak, są najlepsi. Zawsze możesz też liczyć na to, że obok ciebie będzie 3-4 kolarzy, którzy rozprowadzą cię lepiej niż ktokolwiek inny. Tak naprawdę każdy zawodnik z kadry Deceuninck-Quick Step, jest doskonałym rozprowadzającym – nawet górale potrafią być wartością dodaną naszego pociągu. Bob Jungels, Julian Alaphilippe to wielcy czempioni, odnoszący wielkie zwycięstwa, ale nawet oni przyłączają się czasem do pociągu i robią swoje. 

W innych zespołach zawsze jest dwóch-trzech kolarzy, którzy bardzo pomagają sprinterom, ale Quick-Stepie zawsze jest ich więcej. Za moich czasów mieliśmy na przykład Sabatiniego, Senechala, Richeze, Morkova, bardzo przydatnych na finiszach, a także Lampaerta, Jungelsa i Alaphilippe’a i wielu innych kolarzy, którzy bardzo pomagali sprinterowi nieco wcześniej. Taki pociąg to dla sprintera prawdziwy skarb. Wiesz, że nigdy nie będziesz sam, że zawsze masz kogoś do pomocy i to jest bardzo ważne. Można wymieniać poszczególnych zawodników – w tym roku największe wrażenie robi na mnie Morkov, w zeszłym Richeze, ale tak naprawdę najważniejsza jest grupa i jej zgranie – właśnie tym wygrywa Deceuninck.

Odniosłeś w ich barwach 27 zwycięstw, w tym aż osiem na etapach trzech wielkich tourów, jednak z tego okresu najmocniej w pamięć zapadł mi twój występ na mistrzostwach Europy 2019, gdy jechałeś w koszulce reprezentacji Włoch. Czy to było najdziwniejsze zwycięstwo w twojej karierze?

Nie nazwałbym tego szczególnie dziwnym zwycięstwem, ale fakt, tamten dzień był dla mnie szczególny, bo bardzo lubię zdobywać koszulki mistrzowskie – bardzo się cieszyłem, gdy wygrałem mistrzostwo Włoch, a mojemu zwycięstwu w tamtych mistrzostwach Europy towarzyszyły podobne odczucia. Byłem w znakomitej formie. Dopiero wróciłem z Tour de France, gdzie wygrałem jeden etap, ale też zająłem kilka miejsc w czołówce na pozostałych odcinkach i sporo pomagałem na podjazdach Julianowi Alaphilippe’owi. 

Dlatego nie byłem zaskoczony wygraną, choć sposób, w jaki to zrobiłem, rzeczywiście był trochę nietypowy. Byłem wspierany przez naprawdę mocny włoski zespół, a potem dość dobrze przeczytałem sytuację. Zabrałem się w odjazd, w którym byli także Pascal Ackermann i Yves Lampaert, a na końcu zostaliśmy tylko ja i Yves. On jest moim kolegą z zespołu, więc doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jest świetnym kolarzem, który doskonale radzi sobie na płaskim terenie, ale też wiedziałem, że jestem od niego szybszy. Może i to zwycięstwo nie zostało odniesione w typowo sprinterskim stylu, ale po Tour de France mój organizm był bardzo mocny i nie byłem szczególnie zdziwiony tym, czego dokonałem.

W belgijskiej ekipie wszystko układało się doskonale. Dlaczego więc już po dwóch latach postanowiłeś opuścić ten zespół na rzecz Cofidisu?

Cofidis zapewnił mnie, że będę bezdyskusyjnym liderem zespołu. Zagwarantowali mi mój własny pociąg, który mógłby mi ułatwić odniesienie zwycięstw w wyścigach, których jeszcze nie udało mi się wygrać. Wciąż brakuje mi choćby Milano-Sanremo, Gent-Wevelgem i przede wszystkim większej liczby zwycięstw etapowych w Tour de France [na razie Viviani ma tylko jedno – przyp. red]. Cofidis jest francuskim zespołem, więc dla nich ten ostatni wyścig również jest bardzo ważny, natomiast przybycie na Primaverę z całkowicie podporządkowaną mi szóstką kolarzy bardzo zwiększyłoby moją szansę na zwycięstwo – w Deceunincku zawsze mieliśmy wielu zawodników celujących w ten wyścig.

Duże wrażenie zrobiło na mnie także to, kto wraz ze mną przychodzi do zespołu. Mogłem wziąć kogo chciałem – Sabatiniego, Consonniego, mojego brata Attilio, moich mechaników i soigneurs. To właśnie dlatego bardzo zależało mi na tym ruchu i nie zamierzam zniechęcać się po zakończonym kilka tygodni temu sezonie. Nie ukrywam, to był dla mnie bardzo słaby rok – nie mam żadnych podstaw, żeby twierdzić inaczej. 

To jednak tylko pokazuje, że musimy pracować jeszcze ciężej, niż wcześniej. Musimy zgrać się ze sobą, nauczyć się robić pociąg, bo choć na treningach mocno nad tym pracowaliśmy, to podczas wyścigów wszystko jest zdecydowanie bardziej skomplikowane. W tym roku z wiadomych powodów ciężko było mocniej poprawić ten element i w efekcie zwycięstwa nie przychodziły, pomimo wielu prób. Wciąż jednak wierzę w ten projekt. Z mojego powodu wspiera nas wielu włoskich sponsorów, jak: De Rosa, Fullcrum, Selle Italia, Vision Techusa i Nalini. To sprawia, że czuję się dumny, no ale teraz pora na zwycięstwa

Twój brat Attilio jest od ciebie młodszy o niemal osiem lat. Myślisz, że to, że podobnie jak ty postanowił zostać kolarzem, do tego sprinterem, wynikało z tego, że traktował cię jak kogoś w rodzaju idola?

Oczywiście, że tak, jestem jego starszym bratem, więc od dziecka byłem dla niego wzorem. Gdy dorastał, patrzył na mnie i często naśladował to, co robię. Gdy widział, że idę potrenować, chciał iść ze mną, a ja czasami zabierałem go ze sobą. Teraz jest razem ze mną w zespole, ale nie ciągnę go na siłę ze sobą, nie jeździ razem ze mną na wszystkie wyścigi – musi znaleźć własną drogę. Już teraz ma na swoim koncie dwa zwycięstwa jako zawodowiec i to napawa mnie dumą, bo pokazuje, że mój brat nie jest tu tylko ze względu na mnie, ale też dlatego, że jest po prostu dobrym kolarzem.

Jak myślisz, co jeszcze może wpływać na to, że w kolarstwie mamy tak wiele par braci? 

W kolarstwie bardzo ważna jest jakość i to ona decyduje o wszystkim, ponieważ bez niej nigdy nie zostaniesz profesjonalnym kolarzem. Dlatego to na pewno nie jest tak, że brat znanego kolarza dostanie za darmo miejsce w składzie, ale rzeczywiście, to dość ciekawe zjawisko, bo tych par braci jest naprawdę bardzo dużo. Są bracia Yates, Sagan, Nibali, Oliveira, a to tylko część przykładów. Być może jest to spowodowane tym, że w rozwój kolarza angażują się nieraz całe rodziny. Zanim zacząłem uprawiać kolarstwo, moi rodzice niemal w ogóle nie jeździli na rowerze – ja zaraziłem kolarstwem nie tylko Attilio, ale też mojego tatę, który teraz często wykorzystuje weekendy, by spędzić na rowerze długie godziny. Zresztą dla mnie, ale też dla większości kolarzy, wsparcie rodziny jest bardzo ważne.

Zakończyłeś sezon dwa miesiące temu, występem w Giro d’Italia. Zdążyłeś już wznowić treningi, czy wciąż jeszcze odpoczywasz po ostatnim, zwariowanym sezonie?

Zacząłem treningi dwa tygodnie temu. Nic specjalnego, po prostu wróciłem do jazdy na rowerze po miesiącu nie robienia niczego. Na specjalistyczne treningi przyjdzie jeszcze czas, teraz wypracowuję bazę, jeżdżę po 3-4 godziny dziennie i staram się przygotować moje mięśnie do większego wysiłku. 

Na kiedy planujecie pierwsze zgrupowanie?

Zaczniemy je już niedługo, bo 11 grudnia. Pojedziemy w okolice Nicei i nie spędzimy tam tydzień – do 17 grudnia. Nie będzie to typowy obóz treningowy, bo będziemy tam głównie udzielać wywiadów, pozować do zdjęć, ustalimy plany na najbliższy sezon i zapoznamy się z nowymi kolegami z drużyny.

Będzie się z kim zapoznawać, ponieważ przed sezonem do dołączyło do was aż 10 kolarzy. Jak oceniasz te wzmocnienia? Jak sądzisz, którzy kolarze będą najbardziej przydatni w twoim pociągu?

Ostatnie miesiące są dla Cofidisu bardzo intensywnym czasem. Bardzo szybko się rozwijamy. Przed poprzednim sezonem przyszedłem ja oraz Guillaume Martin, a także kilku kolarzy, którzy mogą nam pomóc w osiągnięciu dobrych wyników. Teraz ekipa skupiła się na uzupełnieniu składu o kolejnych wartościowych pomocników. Jest Jempy Drucker, jest Szymon Sajnok, jest Tom Bohli. Na papierze wszystko wygląda naprawdę dobrze – teraz trzeba tylko poukładać te wszystkie klocki. Musimy ciężko pracować, zgrywać się, by Cofidis na nowo stał się zespołem, który wygrywa. 

Jak już wspominałem, ten sezon był dla nas bardzo trudny. Staliśmy się ekipą World Touru, co oznaczało, że trzeba było zmienić wiele rzeczy. Już nie można było się skupić wyłącznie na Tour de France, bo trzeba było wystartować także w Giro, Vuelta a Espana i 20 kolejnych wyścigach. Trzeba czasu, by się do tego przygotować, ale myślę, że jeśli w tym sezonie utrzymamy odpowiednią harmonię między grupą liderów – mną, Herradą, Laportem i Martinem, a pomocnikami i młodymi wilczkami, będzie dobrze, a Cofidis znów wkroczy na zwycięską ścieżkę.

Chciałbym dopytać cię szczególnie o jeden nowy nabytek – Szymona Sajnoka. Znałeś go wcześniej? Jaki wpływ miałeś na jego przybycie?

Oczywiście znałem Szymona już przed przejściem do naszego zespołu – także dlatego, że podobnie jak ja startuje na torze. Dlatego gdy Cedric Vasseur zapytał mnie, co sądzę o sprowadzeniu go, odpowiedziałem: “Dlaczego nie, dobrze radzi sobie na welodromie, a to zawsze bardzo dobry znak”. Już mi mówił, że chce ze mną potrenować, by zobaczyć, jak pracuję i tym samym poprawić swoje umiejętności. Jest dość wszechstronny i fajnie jest mieć go w zespole, który dzięki niemu jest jeszcze mocniejszy

Wiem, że więcej na ten temat będziesz mógł powiedzieć później, już po pierwszym zgrupowaniu, ale czy już teraz wiesz, co mógłbyś mu doradzić, jako starszy kolega?

Na pewno musi w końcu zacząć wygrywać. Sprinter bez zwycięstw traci i pewność siebie, i zadowolenie ze swojej jazdy, i masę innych rzeczy. Natomiast wygrywając zyskujesz doświadczenie i czujesz się mocniejszy, co przekłada się na… kolejne zwycięstwa. Obserwując mnie może zobaczyć, jak pracuję, by być wśród najlepszych sprinterów na świecie, co robię, gdy wygrywam, jak reaguję na porażkę.

Poza tym przysłuchując się naszym analizom również może wyciągnąć dużo rzeczy, ponieważ jestem zawodnikiem, który przykłada dużą wagę do technicznej strony sprintu – zastanawiam się, co zrobić, by ułatwić sobie zwyciężanie. 

Często będzie ci towarzyszyć podczas wyścigów, czy wasze plany startowe będą się mocno różnić?

Z całkowitą pewnością będę mógł stwierdzić to dopiero po wspomnianym zgrupowaniu, ale Szymon na pewno będzie obok mnie podczas kilku wyścigów, by czegoś się ode mnie nauczyć i jednocześnie pomóc mi w odnoszeniu zwycięstw. Bardzo możliwe, że wśród nich będą głównie wyścigi w pierwszej części sezonu, ale więcej dowiemy się podczas zgrupowania.

Na koniec chciałbym cię jeszcze zapytać o incydent, do którego doszło podczas ostatniego Tour de Pologne między Fabio Jakobsenem, a Dylanem Groenewegenem. Na ile winę za to, co się stało ponosi kolarz Jumbo-Visma?

Na finiszach takie sytuacje zdarzają się naprawdę często. Gdy widzisz, że z boku nadjeżdża kolarz, który jest od ciebie szybszy, reagujesz. Oczywiście drugi ruch, który wykonał Groenewegen, to było zbyt wiele, ale byłbym ostrożny z osądzaniem go, ponieważ bardzo łatwo jest oceniać z zewnątrz. Gdy finiszujesz, masz mikrosekundy na reakcję, więc łatwo o błąd. 

Fakty są takie, że podobne sytuacje zdarzają się w sprinterskich potyczkach notorycznie. Niestety tutaj dużą rolę odegrał pech. Jakobsen nie zareagował na ruch Groenewegena. Zazwyczaj sprinterzy w takich sytuacjach hamują, a on dalej naciskał na pedały. Swoje zrobiła prędkość, ponieważ finisz znajdował się na zjeździe. Nawet przy tej prędkości zastanawia mnie jednak to, jak to się stało, że barierki nie wytrzymały obciążenia. Niestety, wszystko poszło źle i ciężko obwiniać kogoś za całą tę tragedię – niestety za większość odpowiada zwyczajny pech.

To oczywiście nie oznacza, że nie powinniśmy się tym przejąć – wręcz przeciwnie. Myślę, że dla nas, sprinterów był to kubeł zimnej wody. Chyba musimy zrozumieć, że na finiszu wcale nie ma tyle miejsca, ile się nieraz wydaje. Oczywiście wciąż nie zgadzam się z tym, co usłyszałem po raz kolejny jakiś tydzień temu, że w czasie sprintów, nie możemy ruszać się na boki – to niemożliwe. Musimy jechać najszybciej jak się da, a w takiej sytuacji nie ma możliwości, byśmy jechali całkowicie prosto. To niestety nie jest kwestia woli – robisz to bezwiednie.

Jednak nie chciałbym komentować zawieszenia Dylana – nie sądzę, by było to potrzebne. Natomiast z Fabio wymieniłem kilka wiadomości. Bardzo mu współczuję, spędziliśmy razem dwa lata w Deceunincku, więc tym bardziej było mi przykro, gdy to wszystko się wydarzyło i tym bardziej cieszę się, że wrócił już na rower.

Rozmawiał Bartek Kozyra