lavuelta.es

W kraju zamiast najcichszego ze wszystkich świąt zrobiono nam psikus, ale sympatycy kolarstwa nie będą mieli problemu z zagospodarowaniem nadmiaru czasu w ciągu kolejnych dwóch dni. Przypadają one bowiem na weekend, podczas którego rozgrywany jest pomału stający się tradycją hiszpańskiego wielkiego touru blok górskich etapów w Asturii. 

Jedynym piekłem północy, jakie w tym roku przyjdzie nam obejrzeć, będą pojedynki uczestników ostatniego wielkiego touru sezonu na stromo opadających w kierunku wybrzeża podjazdach soczyście zielonych Gór Kantabryjskich. Na pierwszy ogień pójdzie etap pozbawiony najbardziej ikonicznych wzniesień, a tym samym skupiający na sobie nieco mniej uwagi, ale doskonale wiemy, że we Vuelcie najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie wtedy, kiedy nikt się ich nie spodziewa.

Sobotni odcinek rozpocznie się w położonej na skraju kolejnego, charakterystycznego dla północy Półwyspu Iberyjskiego riasu Villaviciosie, jednak tym razem peleton od samego startu podąży w głąb lądu. Pierwszy z aż pięciu kategoryzowanych podjazdów, które umieszczone zostały na trasie 11. etapu tegorocznej Vuelty, na tle następujących po nim przeszkód wygląda bardzo niepozornie, ale to właśnie na nim mogą zapaść rozstrzygnięcia dla losów dzisiejszej rywalizacji absolutnie kluczowe. Wspinaczka na Alto de la Campa (6,8 km, śr. 4,4%) rozpocznie się bowiem wraz z gwizdkiem i będzie szansą na odjazd nie tylko licznej, ale również satysfakcjonującej jakościowo grupy zawodników w silnie niekontrolowanym środowisku. A jeśli do tego dojdzie, koledzy z peletonu zobaczą ich dopiero przy kolacji.

Przeprawa przez Góry Kantabryjskie rozpocznie się nieco później, za sprawą Alto de la Colladona (7 km, śr. 6,5%), ale ich prawdziwy smak rywalizujący na trasie hiszpańskiego wielkiego touru kolarze poznają tuż za półmetkiem liczącego 170 kilometrów etapu, kiedy przyjdzie im się zmierzyć z Alto de la Cobertoria (9,8 km, śr. 9%). Średnie nachylenie wynoszące 9% zawdzięcza on relatywnie łagodnemu pierwszemu i ostatniemu kilometrowi, bo wszystko, co znajduje się pomiędzy, jest bólem w najczystszej postaci. Można żałować, że szczyt tego piekielnie stromego podjazdu znajduje się blisko 75 kilometrów od linii mety, ale Vuelta to nie Tour de France – już nie takie harce widywaliśmy na jej trasach.

Wieńczącymi sobotni etap punktami programu będą natomiast pokonywane w krótkiej sekwencji Puerto de San Lorenzo (10 km, śr. 8,6%) i Alto de la Farrapona (16,5 km, 6,2%). Na pierwszy rzut oka finałowy podjazd dnia nie imponuje swoimi parametrami, ale jeśli czegoś dotąd nauczyła nas tegoroczna edycja ostatniego wielkiego touru sezonu, to właśnie tego, że na przełomie października i listopada ilość (w tym przypadku kilometrów) jest jakością samą w sobie. Do tego profil wzniesienia jasno wskazuje, że można podzielić go na dwie odmienne w charakterystyce części, a decydujące 6 kilometrów Farrapony to już zabawa dla dużych chłopców (śr. ok. 9%).

Nad szczytami zawisną dziś miejscami gęste chmury, ale padać z nich nie powinno, dlatego jedyny związany z aurą dyskomfort tworzyć będzie czołowy na znacznej części dystansu wiatr.

Oto, co na temat 11. etapu 75. edycji Vuelta a España napisaliśmy przed rozpoczęciem wyścigu:

Etap 11, 31 października: Villaviciosa › Alto de la Farrapona (170k)

Ostatnimi laty Vuelta w przedostatni weekend rozgrywania wyścigu ma zwyczaj odwiedzać góry Asturii i Kantabrii. Należy się więc cieszyć, że nawet w pełnym zwrotów akcji sezonie 2020 tradycja ta została podtrzymana – nawet, jeśli blok ten został skrócony z trzech do dwóch dni. Podczas gdy całą uwaga z pewnością skierowana będzie na niedzielny pojedynek faworytów na Angliru, nie wolno zbagatelizować skali trudności sobotniej potyczki na południu Asturii, podczas której pokonane zostaną Alto de la Colladona, Alto de la Cobertoria, Puerto de San Lorenzo i Alto de la Farrapona. Ok. 5000 metrów przewyższenia na dystansie 170 kilometrów mówi samo za siebie.

Alto de la Colladona

 

Alto de la Cobertoria

Puerto de San Loranzo

Alto de la Farrapona

Ultimo kilometro

Ta sobota to nie tylko wspaniały dzień na walkę o etapowy triumf z odjazdu dnia, ale też na umieszczenie w nim swoich stacji przekaźnikowych, a nawet kolarzy z relatywnie niewielkimi stratami w klasyfikacji generalnej – o ile wszyscy zainteresowani zdołają zmontować tę akcję bardzo wcześnie.

Niezależnie od tego, co wydarzy się na pokonywanych nieco później podjazdach, liczna ucieczka jest dzisiaj gwarancją sukcesu jednego z harcowników, ale w poszukiwaniu potencjalnego triumfatora zawężamy dzisiaj kryteria jedynie do wyśmienitych górali.

O etapowy sukces mogą dziś więc walczyć Guillaume Martin (Cofidis), Clement Champoussin, Nans Peters (AG2R-La Mondiale), Davide Formolo (UAE-Team Emirates), Michael Woods (EF Pro Cycling) czy Ion Izagirre (Astana).

Równie prawdopodobnym wariantem wydaje się atak na finałowym podjeździe jednego z kluczowych pomocników lub zawodników z czołowej 20 klasyfikacji generalnej, którzy nie zagrażają bezpośrednio liderowi wyścigu. Może on przynieść etapowy sukces Seppowi Kussowi, George’owi Bennettowi (Jumbo-Visma), Aleksandrowi Vlasovowi (Astana), Mikelowi Nieve (Mitchelton-Scott) czy Davidowi Gaudu (Groupama-FDJ).

Osobną kategorią do prowadzenia rozważań na temat taktycznych posunięć jest dziś Movistar, który dostaje w ręce teren pełen miejsc do zastawiania pułapek lub przeprowadzania akcji zaczepnych. Pytanie jednak, czy nawet jeśli hiszpańska drużyna podejmie próbę rozerwania grupy lidera, może to jednocześnie doprowadzić do etapowego triumfu jednego z trójki jej czołowych zawodników? Z wyliczeń w głowie wynika, że może się to przydarzyć tylko Marcowi Solerowi, bo Enric Mas i Alejandro Valverde za sprawą samej formy na podjazdach wystarczającej przewagi nie zyskają, a nikt raczej nie zechce przymknąć na ich ewentualne ataki oka.

Jeśli zaś dojdzie do pojedynku najlepszych kolarzy klasyfikacji generalnej Vuelty, kolejny raz postawić trzeba na Primoza Roglica (Jumbo-Visma), który znowu jest na topie – zarówno fizycznie, jak i mentalnie.