fot. INEOS Grenadiers

Po niepozbawionych wzlotów i bolesnych upadków trzech tygodniach, włoski wielki tour powróci dziś do domu. Podczas zaciętej rywalizacji na ulicach Mediolanu my zaś poznamy odpowiedź na pytanie, na którego z trójki pozostających w grze kolarzy spadnie w niedzielne popołudnie deszcz różowego konfetti. Walka o zwycięstwo w 103. edycji Giro d’Italia trwa.

Pomimo bardzo niepewnych czasów, konieczności wykluczenia z dalszej rywalizacji całych składów dwóch ekip i dokonania innych, drobniejszych już kompromisów, w tę niedzielę uda się zakończyć drugi z wielkich tourów sezonu. Podczas pokonywania trasy prowadzącej z Sycylii na Nizinę Padańską nie brakowało bardzo zasadnych pytań o sens i znaczne organizacyjne niedociągnięcia, jednak dziś należy przymknąć na nie oko i celebrować, bo czeka nas jedno z najpiękniejszych świąt kolarstwa szosowego.

Zanim jednak wszystko utonie w różu, zapaść muszą najważniejsze rozstrzygnięcia, a do tych dojedzie na liczącej 15,7 kilometra trasie prowadzącej z przedmieść do centrum Mediolanu. Pozbawiony wzniesień, licznych nawrotów, z tylko jednym punktem pomiaru czasu na Via Padova (po pokonaniu 10,3 kilometra) i w dodatku pokonywany przy akompaniamencie słonecznej aury, przy bardziej klarownej sytuacji w klasyfikacji generalnej wyścigu ten odcinek z łatwością mógł zamienić w zwycięski pochód triumfatora tegorocznej edycji La Corsa Rosa. Ponieważ jednak w niedzielę rano ciągle nie znamy jego nazwiska, jego historię napisze trójka pozostających w grze zawodników, dodając mu pożądanego przez śledzących spektakl widzów dramatyzmu.

Oto, co na temat 21. etapu 103. edycji Giro d’Italia napisaliśmy przed rozpoczęciem wyścigu:

Etap 21, Cernusco sul Naviglio – Mediolan, 15,7km, płasko, ITT

Wyścig w tym roku zakończy się czasówką, prowadzącą do centrum Mediolanu. Jeśli po górskich etapach jeszcze coś będzie nierozstrzygnięte, tutaj poznamy ostateczne odpowiedzi. Trasa będzie jednak na tyle krótka, że lepsi czasowcy nie będą w stanie odrobić wiele czasu.

Najpierw udekorowany zostanie dziś triumfator etapu, więc od niego wypada zacząć, choć sprawa wydaje się prosta. Filippo Ganna (INEOS Grenadiers) wygrał już dwa odcinki jazdy na czas podczas tegorocznej edycji Giro d’Italia, dorzucając do tej puli jeden górski, w ostatnich dniach pracował nieco mniej, niż prawdopodobnie byłby w stanie, a dzisiejsza trasa wybornie wpisuje się w jego predyspozycje. Czy trzeba jeszcze coś dodawać? Może to, że Mediolan oddalony jest od jego rodzinnej Verbanii o skromne 100 kilometrów, co może być okazją do celebracji w szerszym niż zazwyczaj gronie.

Główny rywal w walce o etapowe zwycięstwo? Ścigający się w tych samych barwach Rohan Dennis (INEOS Grenadiers). O ile pierwszego dnia rozgrywania tegorocznego włoskiego wielkiego touru martwiliśmy się trochę o formę i poziom motywacji utytułowanego Australijczyka, po upływie trzech tygodni nie mamy już wątpliwości, że znalazł to, czego szukał. Obecna dyspozycja 30-latka z Adelaide nie budzi żadnych wątpliwości, ale wydaje się, że swoje szanse na dzisiejszy triumf poświęcił zdumiewającymi dokonaniami podczas wspinaczek do Sestriere i na Stelvio.

Innymi kandydatami do walki o etapowe zwycięstwo będą dziś Josef Cerny (CCC Team), Victor Campenaerts (NTT), Jonathan Castroviejo (INEOS Grenadiers), Alex Dowsett (Israel Start-Up Nation), Thomas de Gendt (Lotto Soudal) czy Mikkel Bjerg (UAE-Team Emirates).

Spośród walczącej o tytuł trójki, zdecydowanie najlepiej na dzisiejszej trasie powinien spisać się Wilco Kelderman (Sunweb), który przy dobrej dyspozycji dnia może mieć nawet szansę nawiązania do czasów najlepszych specjalistów. Jeśli jednak pozostałej dwójce nie przydarzy się na trasie nic nieoczekiwanego, ani nie przytłoczy ich presja, dzielący Holendra od różowej koszulki dystans 1:32 wydaje się niemożliwy do odrobienia.

Kto więc sięgnie w niedzielne popołudnie po swój życiowy triumf – Jai Hindley (Sunweb) czy Tao Geoghegan Hart (INEOS Grenadiers)? Stawiamy na Brytyjczyka, choć niepewnie. W końcu to rok 2020.