fot. Ineos Grenadiers

Pierwszy etap Giro d’Italia 2020 za nami. Zgodnie z przewidywaniami, od samego początku La Corsa Rosa nie można być niczego pewnym. Czas na oceny.

Plusy:
Spełniony obowiązek
Nie było dziś zawodnika, na którym ciążyła większa presja, niż Filippo Ganna. Można być prawie pewnym, że jeszcze przed startem etapu, włodarze La Gazetta dello Sport mieli gotową pierwszą stronę z wielkim wizerunkiem mistrza świata w Maglia Rosa. Na swoje szczęście zawodnik Ineos Grenadiers nie zawiódł, dokładając rywalom z olbrzymią łatwością, dając do zrozumienia, że nie ma obecnie na świecie lepszego czasowca niż on. Znakomity start Ganny.

Zew młodości
O zmianie pokoleniowej mówiło się w ostatnim czasie bardzo dużo. Dziś zobaczyliśmy jednak na własne oczy, z jaką pewnością siebie młodzi zawodnicy pukają do światowej czołówki, wygryzając doświadczonych wyjadaczy. Może to być też znakiem, że przez całą resztę Giro d’Italia 2020 będziemy emocjonować się znakomitymi pojedynkami młokosów.

Profesorski początek
Nie od dziś wiadomo, że głównym celem Gerainta Thomasa jest zwycięstwo w całym Giro d’Italia 2020. Już dziś Walijczyk wykonał pierwszy, bardzo ważny krok ku triumfowi w Mediolanie. Lider Ineos Grenadiers pojechał bardzo dobrą czasówkę, zyskując bardzo dużo czasu nad największymi rywalami w walce o Maglia Rosa. Niewykluczone więc, że już jutro to właśnie on przejmie koszulkę lidera, której być może nie odda do samej mety.

Minusy:
Bogobojny czempion
Kiedy Rohan Dennis dojechał do Palermo, wydawało się, że warunki atmosferyczne stają się coraz gorsze i walka o dobre czasy będzie praktycznie niemożliwa. Okazało się jednak, że Australijczyk bał się nieco zaryzykować, a jego bogobojną jazdę znakomicie podsumował startujący po nim Filippo Ganna. Nie takiego Dennisa się spodziewaliśmy.

Księżniczka na ziarnku grochu
To, że trasa pierwszego etapu Giro d’Italia 2020 była niebezpieczna, nie ulega wątpliwości. Jednocześnie narzekanie płynące z ust Victora Campenaertsa zaczyna być już swoistym kolarskim viralem. Belg za każdym razem na coś narzeka, jednocześnie popełniając błędy i tracąc szanse na osiągnięcie czegoś więcej niż ustanowienie rekordu godzinnego, który ma mocno drugorzędne znaczenie.

Brak kontroli
Ciężko w łagodnych słowach opisać to, co zrobiła dziś ekipa Bardiani – CSF wraz z Lucą Covillim. Młody Włoch, który z pewnością powalczyłby w ucieczkach na poszczególnych etapach, pojechał tempem mocno śniadaniowym, wypadając z wyścigu zanim na dobre się on zaczął. Co ważne, aby zmieścić się w limicie, nie trzeba było wcale się bardzo zaginać. Średnia 46 km/h przy trasie w dużej mierze wiodącej w dół to wcale nie tak dużo.