Fot. UCI

W trakcie Tour de France miałam zamiar napisać, że oto czeka nas dalszy ciąg ery kolarskich cyborgów.

Po latach zwycięstw Chrisa Frooma, który zawsze jeździ zapatrzony w swój komputer pokładowy, nadejść miał czas Primoža Rogliča, który – jak wiemy – też wielką wagę przykłada do pomiaru mocy, też lubi wykorzystywać te słynne „marginal gains”, który też ma swój pociąg Jumbo-Visma, pracujący jak Sky w swoich najlepszych czasach, gdzie żaden z trybów nie zaciera się do końca rywalizacji. A jednak. Wszystko to stało się nieważne wobec wyczynu Tadeja Pogačara na czasówce. Pomińmy już nawet to, że ostatni odcinek przejechał bez miernika mocy. On po prostu zrobił coś niewyobrażalnego – pokonał cyborgów – nie tylko Rogliča, ale i Wouta Van Aerta oraz Toma Dumoulina, jadąc jak wariat na limitach i nie kalkulując, czy padnie, czy wygra. Może więc mamy jednak koniec ery cyborgów w światowym peletonie?

To pytanie istotne zwłaszcza po tym, co zrobił w niedzielę Julian Alaphilippe. Znów kolarz niebanalny, nie kalkulujący, nawet czasem niezbyt przykładający się do treningów i zdrowego stylu bycia. Na jednym z poprzednich Tour de France, kiedy zdobywał koszulkę najlepszego górala, po jednym z etapów widziano go wieczorem w nocnym klubie. Bo taki jest „LouLou”, czy też „Muszkieter”, choć bardziej pasowałoby określenie „D’Artagnan”.

W niedzielę był D’Artagnanen wraz z muszkieterami. Francuska kadra pracowała na niego bez żadnych zastrzeżeń – nikt tam chyba nie miał wątpliwości, że jeśli ktoś może ten medal wywalczyć, to jest to właśnie Alaphilippe. Król Julian. Od dawna go tak nazywano, ale teraz w końcu tę koronę na swoją głowę założył, bo czym innym, jak nie koroną, jest tęczowa koszulka w kolarstwie. Owszem, Alaphilippe w zeszłym roku przegrał ranking UCI z Rogličem (w tym sezonie znów prowadzi Słoweniec, a Alaphilippe zajmuje odległe 11. miejsce), ale przecież wszyscy wiemy, że to Francuz bardziej przykuwa wzrok kibiców. I wtedy, gdy płacze po zwycięstwie na Tour de France i teraz, kiedy zdobywa złoto w Imoli. Bo też Alaphilippe ma charyzmę, wdzięk i wielki talent. Już nas trochę przyzwyczaił do swojej beztroski, ale podoba się nam również wtedy, gdy zwyciężając, płacze z emocji po swojej wielkiej stracie, jaką była śmierć ojca.

Rzecz jasna trochę mi przykro, że Michał Kwiatkowski nie dał rady dłużej pociągnąć na tym podjeździe, bo wolałabym, żeby to Polak zamiast Francuza samotnie mknął na tor Imola i do mety. Ale jeśli jest jakiś kolarz, który ten zawód mógłby nieco wynagrodzić, to z pewnością jest to Alaphilippe.

Co więc z tymi cyborgami w kolarstwie? Będzie więcej romantycznego ścigania a mniej cyborgów? Będziemy widzieć więcej takich ataków jak ten Remco Evenepoela podczas Tour de Pologne (dodajmy ataków rodem z kobiecego kolarstwa)? Nie wiem, ale też nie sądzę, byśmy w przyszłości na zawsze zapomnieli o cyborgach, zorganizowanej taktyce i mocnych pociągach na wielkich tourach.

Ten sezon jest zupełnie inny niż poprzednie, przecież powinniśmy już być po Vuelcie, a czekać na Il Lombardię. Tymczasem Lombardia już się odbyła, a przed nami i Vuelta, i „wiosenne klasyki”, i nawet Giro d’Italia.

Bardzo się bałam, że tegoroczny Tour de France nie dojdzie do skutku, teraz lękam się o Giro. Wiadomo, włoski temperament, do tego ten śnieg (już!) leżący na Stelvio, powodują, że mam sporo wątpliwości, co do przebiegu włoskiego wielkiego touru. Nie wspomnę nawet o tym, że 1 listopada kolarze mają wjeżdżać na Angliru, a przecież tam nawet w sierpniu bywa deszczowo i mglisto.

Przed nami wielka kolarska gorączka. Od wtorku 29 września do 8 listopada (oczywiście o ile wszystkie wyścigi da się rozegrać) nie będzie ani jednego – powtarzam – ani jednego dnia – bez wyścigu rangi World Tour. Jeśli dalsza część tego sezonu ma wyglądać tak, jak dotychczasowe ściganie od reaktywacji po wiosennym lockdownie, to jestem na tak.

Nawet jeśli w 2021 r. wrócimy do cyborgów, kolarskich nudziarzy, zawodników, nawet wielkich, ale bez właściwości, to chcę się cieszyć tym, co jest. A może i Polacy jeszcze pokażą, na co ich stać. Piękne i emocjonalne zwycięstwo w Tour de France Michała Kwiatkowskiego (też bardzo „romantyczne”), jego czwarte miejsce na mistrzostwach świata to już są powody do wielkiej radości. A wierzę, że Michał Kwiatkowski i Rafał Majka, a także inni polscy kolarze, jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa w tym naprawdę pokręconym sezonie.

Jednego jestem pewna. Kolarstwo bardzo potrzebuje tego „romantyzmu”, wielkich emocji i takich kolarzy jak Alaphilippe czy Pogačar. Chwilo, trwaj!