fot. ASO / Alex Broadway

14. etap Tour de France 2020 za nami. Kolarze, jak przystało na tegoroczną edycję imprezy, znów sprawili nam w końcówce sporo frajdy. Czas na oceny.

Plusy:
Rock’n’roll
Choć klasyfikacja drużynowa na pewno nie wskaże tego na koniec wyścigu, ekipa Sunweb jest bez dwóch zdań najlepszą drużyną tegorocznego Tour de France. Ciężko w jej składzie znaleźć kolarza, który nie byłby choć raz względnie blisko etapowego triumfu. Dziś niemiecki team fantastycznie rozegrał ostatnie kilkanaście kilometrów, co doprowadziło do solowego triumfu Sorena Kragha Andersena. Kapitalna jazda!

Kto nie ryzykuje, nie pije szampana
Choć ekipa BORA – hansgrohe wciąż czeka na sukces, którego bez dwóch zdań brakuje jej w tegorocznym wyścigu, na jazdę niemieckiego teamu nie można powiedzieć złego słowa. Po raz kolejny Peter Sagan i spółka podjęli ryzyko i rozkręcili walkę na całym etapie, będąc ostatecznie o włos od wygranej. Jeśli komuś w tym wyścigu należy się jeszcze triumf, to na pewno podopiecznym Ralfa Denka.

Strategia matką sukcesu
Kiedy wiadome było, że ucieczka nie będzie dziś miała szans na dojechanie do mety, przed faworytami do wygrania całego wyścigu pojawiła się szansa powalczenia o zyskanie kilku sekund nad rywalami. Zastanawialiśmy się więc, czy ktoś z czołówki będzie gotów nieco więcej zaryzykować w końcówce. Jak się okazało, próbę podjął Egan Bernal, co tylko pokazuje, że ekipa Ineos poważnie szuka szansy na wygranie wyścigu w rozwiązaniach taktycznych. To zapowiada, że ekipę Jumbo – Visma czeka kilka bardzo trudnych dni.

Minusy:
Praca po nic
To, że ekipa CCC próbowała dziś ugrać coś dla siebie nie ulega wątpliwości. Szkoda tylko, że w samej końcówce Pomarańczowi kompletnie nie pojechali tak, jak powinni. Co prawda Greg van Avermaet skasował próbę odjazdu Petera Sagana, lecz ani przez moment nie spróbował indywidualnej akcji, o którą aż się prosiło w sytuacji, kiedy na samym finiszu walczył Matteo Trentin. W taki sposób etapu się nie wygra.

Cichy Słoweniec
Wczoraj z nieskrępowaną radością chwaliliśmy Primoza Roglica i Tadeja Pogacara, którzy są obecnie dumą Słoweńców. Dziś jednego z ich rodaków wpiszemy w minusach. Mowa o Mateju Mohoricu, który co prawda musi się nieco opiekować Mikelem Landą, lecz do tej pory jedzie wyjątkowo cichy wyścig. W szczególności na jego szaloną akcję można było liczyć dziś, lecz młody specjalista od klasyków dojechał do mety kilka minut po zwycięzcy.

Biała flaga
Ostatecznie co by nie mówić, powyższe minusy nie mogą się równać z tym, który właśnie zamierzamy opisać. Chodzi nam o aktywność zawodników specjalizujących się w ucieczkach, którzy dziś nie zrobili absolutnie nic, by dać sobie chociaż szansę na walkę o etapowe zwycięstwo. Oczywiście każdy spodziewał się mocnej jazdy ekipy BORA – hansgrohe, lecz przy około 10 zawodnikach w odjeździe można było z powodzeniem sięgnąć po triumf. Ostatecznie absolutnie zasłużonym właścicielem czerwonego numeru został Stefan Kung, który jako jedyny miał dziś wystarczająco duże cojones.