fot. ASO / Alex Broadway

Miało być spokojnie i ewidentnie było. Trzeciego dnia rywalizacji w Tour de France kolarze dali sobie pierwszą chwilę wytchnienia. Czas na oceny.

Plusy:
Wykorzystana szansa
Przed startem tegorocznego wyścigu wiele mówiło się o tym, że sprinterzy nie będą mieli wielu szans na etapowe triumfy. Dziś nadarzyła się pierwsza z nich, choć przed startem nie było pewne, czy do przodu nie ruszy mocna ucieczka. Głównie dzięki ekipie Deceuninck – QuickStep doszło jednak do grupowego sprintu, na którym tak bardzo zależało najszybszym kolarzom w stawce. Najbardziej pochwalić należy jednak Caleba Ewana, który w końcówce pokazał, że obecnie nie ma na świecie sprintera lepszego od niego. Dzięki fantastycznej akcji na ostatnich kilometrach Australijczyk podniósł ręce w geście triumfu, w pewnym sensie rozliczając się już ze startu w całym wyścigu. Znakomity dzień dla kolarza Lotto Soudal.

Zawieszenie broni
Rzadko kiedy chwali się peleton za to, że na przestrzeni całego etapu niewiele się działo. Dziś jednak można to rozliczyć jako plus rywalizacji. Oznacza to bowiem, że mimo całkiem niezłej okazji do porwania stawki na wiatrach, liderzy zdecydowali się pojechać spokojniej, zachowując siły na jutrzejszy finisz pod górę. Pozostaje więc liczyć, że na podjeździe do Orcieres-Merlette walka będzie bardzo interesująca i nie będzie miała ona wiele wspólnego z partią szachów.

Minusy:
Sierpniowy sen
Po raz kolejny ekipa Jumbo – Visma pokazała, że wciąż daleko jej do taktycznego geniuszu ekipy Ineos za życia Nicolasa Portala. Choć Primoz Roglic i jego świta przez zdecydowaną większość etapu kontrolowali sytuację na czele stawki, w najważniejszym momencie nieco im się przysnęło, przez co w momencie niewielkiej kraksy z tyłu niewiele brakowało, by ich lider zanotował bliskie spotkanie z asfaltem. Kolejne poważne ostrzeżenie dla holenderskiego teamu.

Klątwa 2020
Nie da się w jednym miejscu zmieścić wszystkiego, co pół żartem, pół serio przyniósł światu rok 2020. Anthony Perez zdecydowanie jest zawodnikiem, którego dotknęła klątwa 2020. Kiedy Francuz był już pewny koszulki lidera klasyfikacji górskiej przydarzył mu się upadek, który wykluczył go z dalszej rywalizacji. Nie wiemy, czy można w życiu mieć większego pecha. Oby tylko potencjalny zwycięzca wyścigu nie musiał się wycofać na ostatnim etapie, kończącym się w Paryżu.

Absurdalni górale
Choć wspomnianego wyżej Pereza bardzo nam szkoda, musimy przyznać, że jego dzisiejsza walka z Benoit Cosnefroy o prowadzenie w klasyfikacji górskiej wyglądała co najmniej dziwnie. O ile bowiem sprinterów odpuszczających jazdę w ucieczce widzieliśmy już wielokrotnie, o tyle po harcownikach walczących o punkty na podjazdach zawsze spodziewać się było można walki do samego końca. Wspomniana dwójka zdecydowała dziś, że będzie inaczej, zachowując się w pewien sposób nie fair wobec Jerome’a Cousina, który liczył na dobrą współpracę w odjeździe, a ostatecznie musiał pędzić do mety samotnie, nie mając szans na etapowy triumf.