Foto: NAMEDSPORT

Spowite we mgle Jezioro Como, lśniące od wilgoci szosy, długie cienie leniwie rzucane przez ogrzewające południową półkulę słońce i subtelnie nadgniła atmosfera schyłku. Ostatnie już z pięknych dni, ostatnie tchnienia kolarskiego sezonu i ostatnie podrygi formy. Odzieranie najpiękniejszego i najbardziej malarskiego monumentu ze stanowiącego istotny element jego tożsamości jesiennego anturażu łamie serce, bo zdaje się on nie istnieć bez swojej mniej dosłownej, misternie utkanej pajęczyny pozasportowych emocji, ale ma też dobre strony. Udowodni bowiem, że kiedy nad urzekającymi jeziorami północnej Italii gwiazdy spadają zamiast liści, a gra o najwyższą stawkę dopiero ma się rozpocząć, nieco anachroniczna i wyrzucana poza nawias Il Lombardia potrafi być najtrudniejszym z wszystkich wyścigów jednodniowych.

Istnieją kolarskie imprezy, które bardziej niż trasa definiuje specyficzne miejsce w kalendarzu, a Il Lombardia bez wątpienia musi być najważniejszym z nich. Jako jedyny z pięciu monumentów, nie stanowi ona części wiosennej kampanii wyścigów jednodniowych, a jeżeli nie poprzedzają jej mistrzostwa świata rozgrywane na zbliżonej charakterystyką trasie, nie może liczyć listę startową obfitującą w dysponujące wysoką formą gwiazdy peletonu. O ile więc wyjątkową rolę Klasyku Spadających Liści nie sposób przecenić, do niedawna miała ona wymiar przede wszystkim symboliczny, wraz z rozpoczynającym się nieopodal Milano-Sanremo zamykając cały kolarski sezon w kompozycyjną klamrę. To ze stolicy Lombardii w poszukiwaniu słońca wyrusza tryskający energią i pełen nowych nadziei peleton, by zaledwie kilka uderzeń serca później wrócić nad skrywające się we mgle jezioro Como i wśród umierających liści odegrać ostatni akord. A tak przynajmniej być powinno.

Wybuch pandemii i jej konsekwencje przewróciły kolarski kalendarz do góry nogami, ale nie ma chyba drugiego wyścigu, któremu nagła zmiana czasu akcji i scenografii tak diametralnie odmieniła by tożsamość. Można się oczywiście spierać, że świat staje na głowie, kiedy La Primavera rozgrywana jest w środku lata, jednak mimo niezaprzeczalnie nietypowej dla niego aury, Milano-Sanremo pozostał pierwszym monumentem sezonu i wyścigiem, o którego trudności stanowi konieczność rywalizacji na najdłuższej z tras. Nie zmieniła się też lista faworytów, ani stopień ich determinacji. Co natomiast pozostało z Il Lombardii, jaką znamy?

Nie będzie tym razem ostatnim monumentem sezonu, co odziera ją ze stanowiącego ważny element symbolizmu, choć w obliczu całej rywalizacji skumulowanej na dystansie zaledwie trzech miesięcy, nie można kwestionować sensu decyzji o połączeniu jej w jeden blok ze Strade Bianche, La Classicissimą i Gran Piemonte. Nie będzie też jesiennym klasykiem, co w mojej subiektywnej ocenie ujmuje jej bardzo wiele w warstwie emocjonalnej i wizualnej, ale ma też istotne przełożenie na czysto sportowy wymiar widowiska – tym razem jak najbardziej pozytywny. O ile bowiem idealny, październikowy dzień w północnej Italii nie tylko wydobędzie najbardziej nieprawdopodobne barwy z malowniczych okolic Jeziora Como, ale posłuży za godne ukoronowanie wielomiesięcznych zmagań, życie uczy, że idealne dni zdarzają się bardzo rzadko. Znacznie częściej Il Lombardia rozgrywana jest w aurze mgły, mżawki i zalegających na krętych szosach mokrych liści, które w połączeniu ze zbyt długim sezonem sprawiają, że kolarze, pomimo najlepszych chęci, nie są w stanie oddać należytych honorów jej trudnej trasie. Zbyt wielu polega w walce z wycieńczonym organizmem, zbyt wielu ulega pokusie przedwczesnego rozpoczęcia wymarzonych wakacji, zbyt wielu kończy rywalizację w kraksach. Kiedy jednak zamiast liści z drzew, z nieba spadają meteory z roju Perseidów, we Włoszech króluje gorące lato, a każde zwycięstwo jest na wagę złota, najlepsi górale zawodowego peletonu zmierzą się na odcinku z Bergamo do Como żądni walki i pozbawieni jakichkolwiek wymówek. A skoro tak, warto przyjrzeć się nieco bliżej zarówno jego przebiegowi, jak i stojącej za nim historią.

Podczas gdy już same nazwy Milano-Sanremo, Paris-Roubaux i Liege-Bastogne-Liege niejako konstytuują ich przebieg i ograniczają pole manewru w zakresie modyfikacji ich tras, organizatorzy Il Lombardii bywają w tym zakresie zdecydowanie najmniej konserwatywni. Stanowiąc wizytówkę swojego regionu, bardziej przypomina pod tym względem Ronde van Vlaanderen, jednak o ile entuzjaści kolarstwa bardzo nerwowo reagują na wprowadzanie większych zmian w wyrytych w kamieniu sekwencjach hellingen, uczynienie największym symbolem ostatniego z monumentów sezonu jeziora przełożyło się na znacznie szersze spektrum możliwości. Podjazd do Madonny del Ghisallo i bijące tam kolarzom dzwony są oczywiście stałym punktem programu niezależnie od wybranego wariantu, jednak pozostałe elementy w ciągu ostatniej dekady zmieniały się regularnie, z miejscem startu i finiszu włącznie.

Wyścig po raz pierwszy rozegrany został w roku 1905 jako Milan-Milan, a dwa lata później otrzymał nazwę Giro di Lombardia, którą wielu z nas – jestem tego pewna – stosuje po dziś dzień. Od tego czasu z oczywistych przyczyn odwołane zostały zaledwie dwie edycje (1943, 1944), a odpowiedzialna za organizację imprezy Gazzetta dello Sport aż do lat ’60 trzymała się oryginalnego zamysłu, lokując start i metę w Mediolanie.

Przebieg trasy po raz pierwszy zasadniczo zmieniony został w roku 1961, kiedy pierwszoplanową rolę odegrało Como, jednak nie wpłynęło to na wypracowanie kolejnego utrwalonego przez lata schematu. Zamiast tego przywilejem goszczenia finiszu Wyścigu Spadających Liści cieszyły się ponownie Mediolan, Monza, Bergamo i Como, po czym w latach 2011-2013 przeniesiony on został do Lecco. Eksperyment rozgrywania imprezy na niemal jednakowej trasie nie potrwał jednak długo, a po zapomnianej z uwagi na nieprzystający do charakterystyki Il Lombardii poziom trudności edycji 2014, do łask ponownie powróciły Bergamo i Como. W tym samym czasie wykrystalizowała się również tendencja do czynienia ostatniego monumentu sezonu coraz cięższym, a tegoroczna trasa, poza jedną wprowadzoną w trybie last minute zmianą, stanowi kopię tej wykorzystywanej w ciągu minionych trzech lat – a zatem jednej z najtrudniejszych w historii wyścigu. Trzeba w tym miejscu doceniać trud podjęty przez organizatorów imprezy, bo zamknięcie jednych z najbardziej przeciążonych dróg nad słusznie kojarzonym z high endowym wydaniem turystyki Jeziorem Como w samym szczycie sezonu musiało być karkołomnym zadaniem.

Peleton wystartuje z pięknego, choć pozostającego nieco w cieniu innych atrakcji turystycznych regionu Bergamo, gdzie okazjonalnie rozgrywany bywa również finisz imprezy, a konieczny do pokonania dystans wyniesie w tym roku łącznie 231 km. Pierwszą przeszkodą na trasie 114. edycji Il Lombardii będzie znajdujący się na 55. kilometrze Colle Gallo (6 km, śr. 6.9%). Po krętym zjeździe nastąpi chwila wytchnienia w postaci przejazdu przez Val Seriana i ponownej wizyty w Bergamo, jednak pomimo konieczności pokonania rozpoczynającego się wkrótce po wyjeździe z miasta Colle Brianza (4 km, śr. 7.0%, max. 20%), wszystko to stanowić będzie jedynie przygrywkę do właściwej części rywalizacji.

Ta rozpocznie się tuż po odcinku wiodącym wzdłuż brzegu jeziora Como, a tradycyjnie zainauguruje ją najbardziej ikoniczne wzniesienie Il Lombardii – stanowiący jeden z bardziej udanych mariaży kolarstwa i religii podjazd do kaplicy Madonna del Ghisallo (8.5 km, śr. 6.2%, max. 14%). I o ile zazwyczaj znajduje się on zbyt daleko od linii mety, by znacząco wpłynąć na ostateczne losy wyścigu, z pewnością uczyni to następujący po nim Colma di Sormano (5.1 km, śr. 6.6%) ze swoim najbardziej znanym odcinkiem Muro di Sormano (1.9 km, śr. 15.8%, max. 25/27%), nazwany przez Ercole Baldiniego (zwycięzcę Giro d’Italia z roku 1958) “zbędnym, bestialskim i niemożliwym do pokonania“. Współcześnie wykorzystywany sprzęt co prawda pokonanie go jak najbardziej umożliwia, jednak o ile błyskawiczna redukcja peletonu jest gwarantowana, przepuszczenie ataku na jego brutalnie stromych zboczach często okazuje się nie lada wyzwaniem.

Te na pewno będą miały miejsce na rozpoczynającym się 20 kilometrów od linii mety podjeździe prowadzącym do Civiglio (4.2 km, śr. 9.7%, max. 14%) i bezpośrednio ją poprzedzającym San Fermo della Battaglia (2.7 km, śr. 7.2%, max. 10%), jednak decydujących akcji spodziewać się można również na bardzo trudnym technicznie zjeździe z Muro di Sormano i płaskim odcinku dzielącym go od ostatnich dwóch podjazdów.

Il Lombardię wygrywa się solo. Wystarczy powołać się na statystyki mówiące, że spośród ostatnich 10 edycji imprezy, aż w ośmiu przypadkach zwycięzca dotarł do linii mety sam. Czy przesunięcie wyścigu, który tradycyjnie rozgrywany jest jako ostatni monument sezonu na sierpień wpłynie na prawdopodobieństwo ponownego zaistnienia takiego scenariusza? Może, ponieważ na papierze znacznie trudniej powinno być odjechać stawce zawodników, którzy dopiero zbliżają się do swojej optymalnej formy, są żądni rywalizacji i najważniejsze cele sezonu mają dopiero przed sobą. Z drugiej strony w tej stawce znajdzie się w sobotę Remco Eveneopel, który podobno tylko zaciera ręce na myśl o finałowych 50 kilometrach Klasyku Spadających Liści…

W przeddzień swojego debiutu w wyścigu jednodniowym zaliczanym do pięciu monumentów kolarstwa, to właśnie 20-latek z ekipy Deceuninck-Quick Step uznawany jest za faworyta, co ma związek przede wszystkim z faktem, że wygrał on wszystkie wyścigi, w których wziął w tym sezonie udział. Rachunek prawdopodobieństwa jest po jego stronie. Uważany za największy fenomen kolarstwa szosowego od czasu, kiedy kolejnym Eddym Merckxem okrzyknięty został Mathieu van der Poel, Evenepoel dysponuje niesamowitym silnikiem, który pozwala mu z łatwością odjeżdżać od rywali i rozstrzygać wyścigi atakami z bardzo dużego dystansu. To w kontekście sobotniej Il Lombardii bardzo dobra wiadomość, ponieważ konfiguracja trasy jak najbardziej sprzyja takim rozwiązaniom, czego dowodzą przywoływane już statystyki. Problematyczny może okazać fakt, że rywale doskonale zdają sobie sprawę z preferowanej strategii ekipy Deceuninck-Quick Step, a ich głównym zadaniem powinno być jedynie utrzymanie koła Belga – ze względu na to, że nie jest on najmocniejszy ani na sztywnych podjazdach, ani w sprinterskich pojedynkach, wielu z nich powinno czuć się dość komfortowo, formując z nim tymczasową koalicję. To samo tyczyło się jednak decydującego etapu Tour de Pologne, a i tak nikt na Evenepoela nie znalazł recepty. Występ w Vuelta a Burgos dowiódł natomiast, że być może genialny 20-latek również z zakresie górskich wspinaczek ma jeszcze do uwolnienia pewne rezerwy. Wydaje się, że wszystko w jego nogach.

George Bennett (Jumbo-Visma) w innych okolicznościach pełniłby rolę czarnego konia, a nie wymienianego zaraz po Evenpoelu pretendenta do odniesienia triumfu w Il Lombardii, ale takie już mamy czasy, że przeciwko ekipie Jumbo-Visma stawiać nie wypada. Drobny Nowozelandczyk wystartuje w sobotę z dużą pewnością siebie, którą zbudował zarówno niedawnym triumfem w jednodniowym Gran Piemonte, jak i 5. miejscami w klasyfikacjach generalnych Vuelta a Burgos i świetnie obsadzonego Tour de l’Ain, w dodatku wywalczonymi pomimo pełnienia tam roli pomocnika. Szczególnie imponujący i świadczący o bardzo wysokiej dyspozycji jest jednak pierwszy z wymienionych rezultatów, bo Bennettowi udało się zwyciężyć w wyścigu, którego trasa niekoniecznie uwypuklała jego najmocniejsze strony. Jeśli w sobotę 30-latkowi nie przydarzy się jeden z charakteryzujących go dołków formy, będzie piekielnie trudnym rywalem na sztywnych podjazdach w decydującej części wyścigu.

Innym zawodnikiem, który od początku roku zachwycał formą i świetnie się wspina, a do tego ma udokumentowane wyśmienite rezultaty w dedykowanych góralom wyścigach jednodniowych, jest Jakob Fuglsang (Astana). Duńczyk z dobrej strony pokazał się podczas restartu sezonu w Strade Bianche, a w Tour de Pologne uległ już tylko Evenepoelowi, w czym nie ma wstydu. Na papierze powinien on dysponować najmocniejszym wsparciem drużyny w decydującej fazie wyścigu, a do tego należy do garstki zawodników zdolnych uporać się z 20-letnim Belgiem na podjeździe pod Civiglio. W sobotę Fuglsang stanie więc przed szansą, aby stać się zaledwie trzecim aktywnym kolarzem mającym w swoim portfolio obydwa dedykowane góralom monumenty.

Wypada też wspomnieć o Richardzie Carapazie (Team INEOS), który w dużej mierze za sprawą pecha nie był w stanie przełożyć swojej rosnącej dyspozycji na w pełni odzwierciedlający ją wynik w klasyfikacji generalnej Tour de Pologne. Jeśli tylko udało mu się wydobrzeć po niedawnej kraksie, ma spore szanse na triumf w Il Lombardii – tym bardziej, że z wymienionych dotąd zawodników dysponuje najlepszym sprintem.

Liczymy też na rosnącą formę Rafała Majki (Bora-hansgrohe), który nie dał się zepchnąć w cień podczas Tour de Pologne, a już w początkowych latach swojej kariery udowodnił, że na trasie prowadzącej z Bergamo do Como czuje się jak ryba w wodzie. W pojedynku z wcześniej wymienionymi kolarzami nie jest bez szans ani na najtrudniejszych podjazdach, ani w ewentualnym sprincie, a do tego powinien mieć nieco więcej taktycznej swobody w sytuacji, kiedy wszystkie oczy zwrócone będą na Evenepoela i Fuglsanga.

W gronie pretendentów do tytułu nie sposób nie wymienić Vincenzo Nibalego (Trek-Segafredo), który triumfował w Il Lombardii już dwukrotnie. Doświadczony Włoch nie ukrywał, że “jesienny” monument będzie dla niego jednym z głównych celów wznowionego sezonu, a forma zaprezentowana podczas Milano-Sanremo i Gran Piemonte nie była wcale daleka od optymalnej. Aby odnieść kolejne zwycięstwo, Sycylijczyk najprawdopodobniej będzie musiał postawić na solowy atak, co może okazać się trudne w tak agresywnie nastawionej stawce, ale pomocna może okazać się bardzo silna drużyna z broniącym tytułu Bauke Mollemą na czele.

Wśród innych pretendentów do zwycięstwa warto również wymienić Michaela Woodsa (EF Pro Cycling), Aleksandra Vlasova, Iona Izagirre (Astana), Tao Geoghagana Harta, Ivana Ramiro Sosę (Team INEOS), Maximiliana Schachmanna (Bora-hansgrohe) czy Diego Ulissiego (UAE-Team Emirates).

114. edycja Il Lombardii rozegrana zostanie w sobotę, 15 sierpnia.

Transmisję na żywo z wyścigu będzie można śledzić na kanale Eurosport 2 od godz. 16.50