Rafał Majka był jednym z najlepszych zawodników w całej historii polskiego kolarstwa. Był, ponieważ w sobotę zakończył swoją kolarską karierę. Podczas Il Lombardia mieliśmy okazję pożegnać go razem z wieloma innymi polskimi kibicami.
Nie do końca tak miał wyglądać moment, gdy tuż po przejeździe Tadeja Pogačara podchodziliśmy wraz z bratem pod parking autokarów. Nastoletni Miś liczył na to, że wróci do hotelu w Bergamo z workiem pełnym bidonów, a przy odrobinie szczęścia, być może zrobi sobie zdjęcie z samym Tadejem Pogačarem. Problem w tym, że chętnych jak zwykle było więcej niż bidonów, zaś tłum ludzi pod busem UAE Emirates skutecznie zniechęcił nas do dalszego oczekiwania. Młodszy brat musiał zadowolić się tylko jednym zdjęciem z Fabianem Cancellarą, którego występów na szosie nie miał prawa pamiętać.
Ostatecznie wracaliśmy więc z pustymi rękami. Na domiar złego, coraz mocniej zaczynał narzekać: – Bartek, naprawdę bolą mnie nogi – powiedział w pewnym momencie. Usiedliśmy więc na stojącej nieopodal ławce i nawet zaczęliśmy rozglądać się za rowerami miejskimi.
Zrezygnowani ruszyliśmy dalej dopiero po 15 minutach. Bez rowerów, bo w końcu doszliśmy do wniosku, że skorzystanie z potrzebnej do wypożyczenia jednośladów aplikacji całkowicie zrujnowałoby kurczące się z każdą minutą coraz szybciej zasoby energii w naszych telefonach. Ja i mój wciąż zmęczony młodszy brat wstaliśmy więc z ławki i niespiesznie ruszyliśmy w kierunku bergamskiego Citta Alta. Tylko że ledwie zdążyliśmy wykonać parę kroków, a za swoimi plecami usłyszeliśmy coś, co zwróciło naszą uwagę.
Tupot biegnących ludzi, głośne, trudne do zidentyfikowania okrzyki oraz charakterystyczny, lecz nieco niknący w ogólnym gwarze dźwięk kręcącego się koła szosówki. Obejrzeliśmy się za siebie. To tylko kilku ludzi biegnących za jakimś kolarzem. Tylko że już po kilku mikrosekundach (albo nanosekundach, milisekundach… w każdym razie bardzo szybko), stało się jasne: to nie jakiś tam kolarz. To ON. To “Kanibal Słowiańszczyzny”. Tadej Pogačar we własnej osobie, prawdopodobnie wracający po kontroli antydopingowej.
Nie pozostało nam nic innego, jak dołączyć do biegnących i na moment zamienić się w rozhisteryzowanych fanów. Ja biegnę wolniej – w rytmie pozostałych kilku uczestników gonitwy. Zdecydowanie wystarczała mi sama atmosfera roztaczającego się wokół fanatyzmu. Tymczasem chłopiec, którego jeszcze przed kilkoma sekundami tak bardzo bolały nogi, nagle zamienił się, jeśli nie w Usaina Bolta, to przynajmniej w Dominika Kopcia.
Szybko zrozumiałem, że wciąż nie pożegnał się z marzeniami o zdjęciu z idolem. Momentalnie wysforował się na czoło kilkuosobowej biegnącej grupki i stopniowo zrównywał się z pędzącym na swoim rowerze Słoweńcem. Już miał wyciągać w kierunku Słoweńca rękę z telefonem. Już otwierał usta, by wykrzyczeć coś w rodzaju “Tadej, photo, please”, gdy nagle obiekt zainteresowania kilkuosobowej grupki skręcił w bramę, zaś Misia przed pójściem w jego ślady powstrzymał ochroniarz, który grzecznie lecz stanowczo wyjaśnił mu, że w tym momencie cała ta oniryczna scena musi się zakończyć. Marzenia o wspólnym zdjęciu trzeba było przełożyć na bardziej dogodny moment.
Na szczęście to nie Tadej Pogačar był tym, dla którego dzień wcześniej przylecieliśmy do Bergamo. Naszym bohaterem był tamtego dnia Rafał Majka – człowiek, który w ciągu całej swojej kariery dał nam mnóstwo radości.
Czas wielkości
– Pchamy, pchamy […] Tam jest meta, arrivé, tam jest wszystko napisane
– ten komentarz Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego zna prawdopodobnie każdy fan kolarstwa. Słowa, które wtedy zostały wykrzyczane i fakt, jak wiele wspomnień przywołują, są prawdopodobnie najlepszym dowodem na to, jak dużą rolę w naszym odbiorze wydarzeń sportowych odgrywa ich odpowiednia oprawa komentatorska. Czasem można wręcz dojść do wniosku, że tamte triumfy Majki zostały przez wielu zapamiętane mocniej niż mistrzostwo świata Michała Kwiatkowskiego, które obiektywnie patrząc, było zdecydowanie większym sukcesem.
Niemniej, nawet jeśli uznamy, że dużą część legendy Rafała Majki zbudowali tamtego dnia dwaj komentatorzy, to nikt nie powinien mieć wątpliwości, że “Zgred” u szczytu formy był (a w pewnych aspektach jest nadal) jednym z najlepszych górali na świecie. Owszem, zdarza się, że etapy Tour de France wygrywają kolarze anonimowi, ale już powtórzenie takiego wyczynu zarezerwowane jest dla nielicznych. Tak samo jak dwukrotne zwycięstwo w klasyfikacji górskiej Wielkiej Pętli, zwycięstwo w Tour de Pologne albo sięgnięcie po brązowy medal igrzysk olimpijskich.
I choć to właśnie tamte osiągnięcia dziś wspominane były w ostatnich kilku dniach najczęściej, to prawdopodobnie nic nie pokazuje klasy “Zgreda” lepiej niż jego występy w Giro d’Italia. W latach 2013-2019 wystartował w tym wyścigu cztery razy i za każdym razem kończył całą klasyfikację generalną w połowie pierwszej „10”. W 2015 roku przyjechał na Vuelta a Espana jako lider Saxo Banku i zakończył cały wyścig na podium, pokonując m.in. Nairo Quintanę, Alejandro Valverde i zbierającego pierwsze szlify w wielkich tourach Toma Dumoulina.
W historii polskiego kolarstwa nie było nigdy nikogo, kto z taką regularnością udowadniałby, że równych mu lub lepszych w górach jest naprawdę niewielu. Nie było również lepszego wielkotourowca, bo choć 3. miejsce Zenona Jaskuły w Tour de France jest warte więcej niż jakikolwiek wyczyn Majki, to biorąc pod uwagę pozostałe sukcesy, trudno nie rozstrzygnąć tego pojedynku na korzyść młodszego z kolarzy.
Czas wspomnień
Niestety, większość spośród swoich osiągnięć Majka wykręcił przed sierpniem 2019 roku, a więc jeszcze w czasach, gdy nie pisałem dla Naszosie.pl. Ominęła mnie zatem przyjemność opiewania jego kolejnych sukcesów – tym bardziej, że nawet swoje ostatnie zwycięstwa osiągał akurat pod moją nieobecność. Nawet tych najnowszych. Gdy w 2021 roku wygrywał etap Vuelta a Espana, ja byłem akurat na Karpackim Wyścigu Kurierów, a gdy rok później pokonywał Tadeja Pogačara w pojedynku kamień-papier-nożyce, prowadziłem wyjątkowo zajmującą rozmowę z Grzegorzem Gwiazdowskim.
Na szczęście zdecydowanie więcej emocji dał mi w czasach, gdy kolarskie wydarzenia śledziłem wyłącznie jako kibic. Albo wtedy, gdy przyszedł na jeden z treningów Krakusa Swoszowice – swojego pierwszego i mojego jedynego kolarskiego zespołu. To właśnie te wszystkie wspomnienia sprawiły, że tym razem Il Lombardię postanowiłem obejrzeć nie z perspektywy telewizora, a po raz pierwszy w życiu, z trasy. Główny punkt mojej wyprawy mógł być tylko jeden – “Zgred Korner”.
Gdy wraz z bratem oraz rodzicami, którzy postanowili nam towarzyszyć, szliśmy czterokilometrową, prowadzącą pod górę drogą pomiędzy Almenno San Bartolomeo, gdzie zaparkowaliśmy wypożyczonego na lotnisku Fiata 500, a Roncolą, gdzie znajdowała się zorganizowana przez Eurosport strefa kibica, przez jakiś czas moje myśli zaprzątało to, co działo się dwa lata wcześniej.
Wspominałem wtedy “Virage Pinot” – prawdopodobnie największą inicjatywę kibicowską, jaką widziałem. Tysiące (albo i dziesiątki tysięcy) osób skandujących nazwisko i bijących brawo samotnie jadącej po swoje ostatnie zwycięstwo legendzie francuskiego kolarstwa to obrazek, który wywoływał dreszcze nawet gdy oglądało się go tylko w telewizji.
Oczywiście “Zgred Corner” nie mógł zakończyć się porównywalnym sukcesem. Zorganizowany był bowiem nie w ojczyźnie Majki, a w miejscowości oddalonej 1200 kilometrów od jego rodzinnych Zegartowic. A sama legenda polskiego kolarstwa nie była, w przeciwieństwie do swojego młodszego o rok kolegi, zawodnikiem pozbawionym poważnych zobowiązań wobec drużyny.
W efekcie Majka w nazwany tymczasowo na jego cześć zakręt wjechał nie sam, a za dwoma pracującymi w tamtym momencie kolegami z drużyny, zaś “sialala(…), Ra-fał Maj-ka” wychodzące z ust 50 kibiców nie mogło wybrzmieć tak majestatycznie jak analogiczna przyśpiewka na cześć Thibauta Pinota.
A jednak sektor miał swój niedostrzegalny w telewizji urok. Powiewające zewsząd biało-czerwone flagi i ludzie czekający niekiedy parę godzin na pożegnanie idola to obrazki, które zostaną ze mną na długo. Podobnie zresztą jak to, że wśród nich byli Marek Rutkiewicz i Filip Gruszczyński. Przeszłość i przyszłość polskiego kolarstwa żegnające jego znikającą w oddali teraźniejszość.
Czas podziękowań
Być może chwila ta miałaby jeszcze więcej magii, gdyby udało się ją umieścić nieco później. Nie na Roncoli, a ponad 100 kilometrów później, w pierwszej części podjazdu pod Passo di Ganda. Wtedy, przy odrobinie szczęścia, na moment częścią “Korneru Zgreda” mógłby stać się sam Tadej Pogačar, który na 37 kilometrów przed metą w wymowny sposób poklepał swojego wieloletniego pomocnika po plecach, po raz kolejny dziękując mu za wszystkie lata wspólnej jazdy.
Chwilę później oczywiście popędził przed siebie, tradycyjnie zostawiając za plecami wszystkich swoich rywali. Wyścig oczywiście wygrał, ale gdy niedługo później jego drużyna publikowała kulisy wyścigu, głównym bohaterem wcale nie był on. Zwycięzca ostatniego monumentu sezonu oddał pole właśnie Rafałowi Majce, którego podczas podpisywania listy startowej nazwał wzorem do naśladowania.
Rzecz jasna tego typu słów wygłaszanych w takich momentach nigdy nie należy czytać dosłownie. Pożegnaniom często towarzyszy szereg kurtuazyjnych gestów, ale ich liczba rzadko bywa przypadkowa. Zależy w dużej mierze od pozycji danego zawodnika w drużynie i szacunku, który zdołał sobie wypracować. Tak duża uwaga poświęcana Majce to kolejny dowód na to, jak ważną postacią w UAE Team był przez te ostatnie lata.
To też kolejny dowód na to, że jego przejście do zespołu ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich pięć lat temu miało sens nie tylko finansowy, ale i sportowy. Nawet jeśli niektórych, mnie także, mogło niekiedy boleć to, że oglądamy go już walczącego nie o swoje, a o cudze trofea.
Sportowcami kieruje przecież z reguły wiele przesłanek, a jedną z nich jest zapisanie się w historii i postawienie sobie pomnika trwalszego niż ze spiżu. W Polsce taki pomnik Majka postawił sobie już bardzo dawno temu i raczej nie upiększyłby go kolejnym miejscem w środku czołowej “10” wielkiego touru. Na wiele więcej, z uwagi na to, że najlepsze lata miał już wtedy za sobą, raczej nie mógł liczyć.
Przechodząc natomiast do UAE stał się częścią większej historii. I każdy, kto będzie chciał kiedyś napisać książkę na temat Tadeja Pogačara – być może za kilka lat najlepszego kolarza w historii, będzie musiał poświęcić sporo akapitów właśnie Rafałowi Majce. “Starszemu bratu i jednemu z najlepszych, o ile nie najlepszemu pomocnikowi w całej karierze” wielkiego Słoweńca. I chyba po tym, co wydarzyło się w sobotę nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.









