fot. CCC Team

Już jutro rozpoczyna się Tour de Pologne. Oczywiście, tak jak niemal co roku, w klasyfikacji generalnej będzie walczył Rafał Majka, ale, po raz pierwszy od  wielu lat, będziemy mieli kogo wspierać także na płaskich etapach. W składzie CCC Team znalazł się Szymon Sajnok, który na krótko przed wyścigiem zgodził się z nami porozmawiać.

W zeszłym sezonie Polak pokazał wielkie możliwości. Świetnie wyglądał podczas Vuelta a Espana, gdzie kilkukrotnie zajmował miejsca w pierwszej “10” poszczególnych etapów, a swój pierwszy wielki tour zakończył miejscem na podium w Madrycie.

Później długo jechał w czołówce mistrzostw świata orlików.  Choć przebieg wyścigu premiował bardziej kolarzy specjalizujących się w wyścigach klasycznych, to kartuzianin odpadł z pierwszej grupki dopiero na ostatnim podjeździe. 

Po pierwszym z tych wyścigów, mówił w rozmowie z nami, że jest zadowolony ze swoich występów, ale trochę brakuje mu zwycięstw. Od tego czasu minęło już prawie 11 miesięcy, a on wciąż nie miał okazji na podniesienie rąk w geście zwycięstwa – kompletnie nie ze swojej winy.

Długo już czekam na jakąś wygraną. Niestety nie miałem szczęścia…

– mówi nam.

Ciężko się nie zgodzić. Na razie wystąpił w tym sezonie tylko dwa razy. Zaczął już w styczniu, od Tour Down Under. Zapowiadał, że już w Australii chciałby powalczyć o zwycięstwo, ale niestety na czwartym etapie wziął udział z kraksie. Okazało się, że 22-latek nie wyszedł z niej bez szwanku. Doznał kilku złamań i musiał wracać do kraju. Na szczęście jego powrót do zdrowia przebiegał w ekspresowym tempie.

Do treningów wróciłem dość szybko – pierwsze ćwiczenia rozpocząłem już dwa tygodnie po wypadku. Jeździłem wtedy na trenażerze, oczywiście z usztywnioną ręką, która była mocno poturbowana. Generalnie nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, by całkowicie dojść do siebie

– przypomina.

Niestety zanim wrócił na szosę, swoje żniwa zaczęła zbierać pandemia koronawirusa. Organizatorzy zaczęli odwoływać kolejne wyścigi, więc wychowanek Cartusii Kartuzy nie miał gdzie sprawdzić nogi, nie mówiąc już o walce o pierwsze zawodowe zwycięstwo. Jednak długa pauza miała też swoje plusy…

Pandemia dała mi szansę, by zrobić to, na co normalnie nie ma zbyt dużo czasu, nawet podczas przerwy międzysezonowej. W tamtym roku późno zakończyłem ściganie. Byłem na Vuelcie, potem były mistrzostwa świata, a kolejny sezon rozpocząłem już w styczniu, od Tour Down Under, więc czasu nie było zbyt dużo. Za to teraz mogłem skupić się na ćwiczeniach core, dołożyłem do tego trochę siłowni… Oczywiście, nie szalałem – dobierałem obciążenia z głową, wiem że sezon zakończy się później niż zazwyczaj. Dlatego jeszcze nie jestem w szczycie formy, ale mogę być zadowolony ze swojej aktualnej dyspozycji

– zapewnia.

Młody zawodnik CCC Team wie co mówi, bo w końcu ma już za sobą przetarcie. W zeszłym tygodniu startował w Vuelta a Burgos. Z sześciu odcinków hiszpańskiej etapówki, tylko dwa były przeznaczone dla sprinterów. Na obu Sajnok zajmował lokaty poza czołówką, ale wynikało to głównie z tego, że głównym sprinterem polskiej ekipy był Matteo Trentin, który finiszował na odpowiednio 9. i 4. miejscu. Dlatego zawodnik z Kaszub jest z siebie zadowolony:

Może i indywidualnie szału nie było, ale nie nastawiałem się na to, by walczyć o miejsca dla siebie. Pomagałem Matteo i dobrze wywiązałem się ze swoich obowiązków. Z tego co wiem, on również jest zadowolony z tego, co tam pokazał, co na pewno jest dla niego dobrym prognostykiem przed kolejnymi startami.

Gdy rozmawialiśmy w poniedziałek, Sajnok szykował się do wylotu do Polski. Teraz jest już w kraju i podczas Tour de Pologne będzie częścią silnej ekipy, którą wystawiło CCC. Nie ma w niej co prawda Grega Van Avermaeta, o którego starcie przebąkiwało się jeszcze kilka miesięcy temu, ale i tak jej skład wygląda bardzo dobrze. Znaleźli się w nim m.in nastawiony na klasyfikację generalną Ilnur Zakarin czy Simon Geschke – najlepszy góral ostatniej edycji.

Tym razem jednak Sajnok wcale nie musi być w cieniu bardziej doświadczonych kolegów – bardzo możliwe, że zobaczymy go walczącego ramię w ramię z najlepszymi sprinterami świata.

Będę miał swój pociąg. Z tego co wiem, będą w nim Kamil Małecki, Kamil Gradek i Patrick Bevin – reszta też pewnie będzie mi na swój sposób pomagała. Jestem bojowo nastawiony. Wierzę, że choć stawka jest bardzo mocna, to znajdę tam miejsce dla siebie, a przy odrobinie szczęścia mogę sięgnąć nawet po jakieś zwycięstwo etapowe

– przyznaje. 

Mimo wszystko jego ewentualny triumf na którymś z odcinków trzeba by było traktować w kategoriach olbrzymiej niespodzianki. W końcu na liście startowej polskiego wyścigu znajduje się wielu znakomitych sprinterów. Nie ma na niej co prawda Gavirii, który ostatecznie wybrał starty we włoskich klasykach – Milano-Torino i Milano-Sanremo, ale zamiast  niego pojedzie inny mocny sprinter – rówieśnik Sajnoka – Jasper Philipsen.

Poza nim są jeszcze m.in Pascal Ackermann, Dylan Groenewegen, dobrze czujący się w Polsce Luka Mezgec, a trzeba pamiętać także o Marku Cavendishu, który od kilku miesięcy stara się odbudować po ciężkiej chorobie (nawet jeśli Manxman nie będzie w odpowiednio wysokiej formie, to w odwodzie jego ekipy zostaje jeszcze Phil Bauhaus). Kandydatów jest więc wielu, a etapy dla sprinterów tylko trzy – dwa pierwsze na Śląsku i zamykający wyścig odcinek kończący się w Krakowie, do którego pewnie część z nich nie dotrwa.

Jest jeszcze wprawdzie odcinek do Bielska-Białej, na którym zwykle potrafili powalczyć niektórzy sprinterzy (wystarczy przypomnieć, że w zeszłym roku wygrał tam Mezgec), ale w tym roku będzie im jeszcze trudniej niż zwykle, ponieważ do trasy znanej kolarzom z poprzedniej edycji dołączy m.in Kocierz.

Przez to grono sprinterów, którzy będą mogli tam zafiniszować, będzie jeszcze mniejsze. Prawdopodobnie nie znajdzie się w nim Sajnok.

Nie robiłem rekonesansu trasy, ale przeanalizowałem profil i wydaje mi się, że ciężko będzie mi tam powalczyć o sukces. Będzie chyba dla mnie zbyt trudno. Oczywiście niczego nie wykluczam, wyścig może się różnie potoczyć, tempo może być wolniejsze i do mety może dojechać mniejsza grupka, ale mimo wszystko na razie myślę o tych dwóch pierwszych etapach.

– przyznaje.

To wszystko sprawia, że mimo wszystko nie ma co nastawiać się na to, że już w tym tygodniu 22-latek odniesie swoje wymarzone, pierwsze zwycięstwo w zawodowym peletonie – za dobry prognostyk będzie można uznać kilka miejsc w czołówce. Na pierwsze triumfy przyjdzie pewnie czas na nieco mniejszych wyścigach, z nieco słabszą konkurencją. Na jakich – tego jeszcze nie wiadomo.

Wciąż nie znam swoich celów na dalszą część sezonu. Nie wiem, w których wielkich tourach wystąpię, w których klasykach… tego wszystkiego dowiem się prawdopodobnie za kilka dni. Nie przeszkadza mi to. Na razie najważniejszy jest dla mnie start w Tour de Pologne

– zapewnia Sajnok.

To jednak nie oznacza, że złoty medalista w omnium z 2018 roku w ogóle nie myśli o dalszej przyszłości. Gdy zapytaliśmy go o starty na torze podczas dwóch najbliższych igrzysk odpowiedział zdecydowanie:

Pandemia i przełożenie igrzysk niczego nie zmienia, jeśli chodzi o mój start na igrzyskach w Tokio. Na omnium nasz kraj nie uzyskał żadnej kwalifikacji, z kolei w madisonie nie czuję się zbyt mocny. Jednak inaczej sprawa będzie wyglądała za cztery lata w Paryżu – tam chciałbym już wystąpić, a najlepiej powalczyć o któryś z medali!