fot. ASO / Pauline Ballet

Druga część sezonu będzie bardzo intensywna dla większości kolarzy. Jednym z tych zawodników, którzy zaliczą najwięcej dni wyścigowych będzie Wout Van Aert.

Belg planuje starty w Tour de France, większości najważniejszych klasyków, ale także w kilku tygodniówkach, jak choćby Criterium du Dauphine. Jego pierwszym bardzo ważnym celem będzie Wielka Pętla. W zeszłym roku wygrał tam wietrzny etap, na którego finiszu pokonał m.in Elię Vivianiego. 

Teraz może być nieco trudniej. Już w tamtym roku ekipa była skupiona wokół Stevena Kruijswijka, ale teraz będzie jej zależało na walce w klasyfikacji generalnej jeszcze bardziej niż zwykle. Do Francji zabierze trzech liderów. Oprócz Holendra pojadą tam z nią m.in Dumoulin i Roglić.

Nie boję się tego. W zeszłym roku nasza ekipa również była mocna, a mimo to ja miałem kilka etapów, w czasie których mogłem się pokazać. Będzie tak jak wtedy – będę musiał wspierać liderów naszego zespołu, ale też dostanę kilka szans dla siebie. Oczywiście Tour będzie bardzo trudny, przed nami wiele pracy, ale miejmy nadzieję, że zaowocuje ona świetnymi wynikami

– mówił Van Aert w rozmowie z Het Nieuwsblad.

Dobre występy w Wielkiej Pętli byłyby niezłym prognostykiem przed północnymi klasykami. Zawodnik Jumbo-Visma wystąpi wówczas m.in w Gandawa-Wevelgem i Ronde van Vlaanderen, ale najważniejszym wyścigiem będzie dla niego Paryż-Roubaix.

Jeśli miałbym wybierać – wybrałbym Paryż-Roubaix, choć najlepiej byłoby wygrać zarówno ten wyścig, jak i Ronde van Vlaanderen. Jednak “Piekło Północy” ma w sobie nieco więcej magii. Niby cały czas jest płasko, ale twoje koła cały czas uderzają o ten koszmarny bruk – to ma swój urok. Poza tym Paryż-Roubaix bardziej pasuje mi ze względu na moją posturę. Pamiętam też, że jak byłem młodszy, to moim wielkim idolem był rekordzista tego wyścigu – Tom Boonen – do dziś mam przed oczami jego potyczki z Fabianem Cancellarą

– wspomina.

Być może za kilkanaście lat podobnie będzie się mówiło o jego rywalizacji z Mathieu van der Poelem. Rywalizacja obu panów zaczęła się jeszcze na przełajowych trasach, a niedawno przeniosła się także na szosę. Znają się od dawna i darzą się olbrzymim szacunkiem, jednak Van Aert zapewnił dziennikarzy Het Nieuwsblad, że jeśli jego dziecko, które ma się urodzić na początku przyszłego roku, będzie chłopcem, to raczej nie nazwie go Mathieu.

Nie wydaje mi się, żeby szanse na to były zbyt wysokie – o ile w ogóle istnieją. Nie mam nic przeciwko temu imieniu – jest całkiem fajne, ale czułbym się z tym źle. W tym sezonie czekają nas kolejne wyścigi i naprawdę chcę mu popsuć zabawę

– zakończył.