fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Przez trzy lata jeździł w Saxo-Banku, a kilka kolejnych spędził w CCC Sprandi Polkowice. Choć nie wykorzystał pełni swojego potencjału, to za nim dość ciekawa kariera. Właśnie o niej, a także o tym, czym zajął się po jej zakończeniu, porozmawialiśmy w dość obszernym wywiadzie z Jarosławem Maryczem, dziś szefem Stowarzyszenia  Kolarzy Zawodowych w Polsce.

Dwa lata temu zakończyłeś dość wcześnie swoją kolarską karierę. Jak podsumujesz ten czas? 

 Talent sam nie zostaje mistrzem, także grunt to trafić i otoczyć się właściwymi ludźmi, a u mnie to było z tym różnie. Z perspektywy czasu myślę, że całego swojego potencjału nie wykorzystałem. Zapisałem się jednak w jakiś sposób na kartach polskiego kolarstwa więc za naście lat będę miał co z duma opowiadać wnukom. Decyzja o zakończeniu kariery była męską decyzją. Zdecydowały kwestie czysto ekonomiczne. Decyzja, której oczywiście z perspektywy czasu nie żałuje. Ścigania mi nie brakuje, ale chyba bardziej tego klimatu jaki towarzyszy zawsze podczas wyścigów. Przez te wszystkie lata trochę jednak ludzi z całego świata się poznało, zawarło się znajomości i przyjaźnie pomimo bariery językowej czy też różnic kulturowych, ponadto z wieloma osobami ma się jakąś ciekawą historię w zanadrzu. Mogę śmiało powiedzieć, że była to fantastyczna przygoda życia, dzięki której odwiedziłem prawie wszystkie kontynenty świata i odwiedziłem przeszło 55 krajów.  

Czy jesteś spełnionym kolarzem? 

Kiedyś krążyła wśród starszych kolarzy teoria, że kolarzem nazywamy zawodnika który przejechał w swojej karierze przynajmniej jeden raz każdy z trzech wielkich tourów czyli Giro, Tour i Vuelte. Patrząc wstecz na przebieg mojej kariery, to brakuje mi Tour de France, którego nie jechałem oraz Giro, którego z powodu upadku na 12 etapie nie ukończyłem. Co do reszty mogę być zadowolony, oczywiście chciałoby się więcej, apetyt zawsze rośnie w miarę jedzenia, ale cieszę się z tego co udało mi się dokonać, a zebrane doświadczenie oraz znajomości w środowisku kolarskim pozostają w tym momencie bezcenne. 

 Czego nauczyło Cię kolarstwo?  

Dążenia do celu, wytrwałości, cierpienia, ale także pokory i nauczyło mnie czerpać przyjemność i radość także z tych najważniejszych rzeczy, których nie możemy kupić za żadne pieniądze i mam tu na myśli zdrowie oraz czas.  

 W swojej bogatej karierze sportowej spotykałeś wiele gwiazd światowego kolarstwa. Która z nich wywarła na Tobie największe wrażenie?  

Fabian Cancellara zdecydowanie wywarł na mnie największe wrażenie, zarówno pod względem sportowym, ale i swoją otwartością. Może nie był aż tak otwarty jak Jens Voigt, ale był i jest gwiazdą. Dokonywał rzeczy niewiarygodnych. Rebellin– nie znam człowieka który pochłaniałby większe ilości ryżu, tak że gdyby powstał #ryżchallange to na pewno zabrałbym ze sobą Davide. Miło wspominam także Australijczyków Richiego Porte’a, Badena Cooke’a czy Robbie McEwen’a, każdy z nich to ciekawa osobowość i fajni kumple. Może wyda się to niespodzianką, ale uważam, że nie tyle co zmarnowanym ale niedocenionym talentem był nasz chłopak z Polski Grzegorz Stępniak. I nie mówię tego tylko dlatego, że pozostaliśmy przyjaciółmi i przez wiele lat jako jedyni przedstawiciele zachodniopomorskiego kolarstwa reprezentowaliśmy wspólnie te same barwy klubowe. Chłopak miał świetne parametry, wywodził się z kolarstwa torowego, miał potężną moc eksplozywną, dynamikę, szybkość i przetrzymanie, w połączeniu z odpowiednią kadencją…ach na finiszach to było naprawdę coś miłego do oglądania. Ubolewam tylko, że w pewnym momencie jego kariery nie trafił na odpowiednie osoby które by zauważyły to co w nim drzemie i zbudowałyby pod niego drużynę z 4-5 zawodnikami aby zawsze go dowieźć i perfekcyjnie rozprowadzić. Większość wyścigów przecież kończy się masowym sprintem, a ten chłopak to miał, co można sobie jeszcze poszperać i przeszukać na youtubie finisze gdzie walczy z Kittelem, Cavendishem czy Vivianim. Niestety dziś pozostało nam już tylko odpalić grilla, otworzyć jasne pełne i poopowiadać, jakie to historie i zakwasy stały za każdym finiszem… 

Który swój start zapamiętałeś najlepiej? 

– Ciężko wybrać jeden, na pewno mój debiut w wielkiej pętli podczas Vuelty utkwił w pamięci. Jednak chyba najlepiej pamiętam Ronde van Vlaanderen z roku 2011, podczas którego stawaliśmy na starcie bez głównego faworyta do wygranej, a mimo wszystko nasz lider wygrał. Była to ostatnia edycja Flandrii rozgrywanej na starej trasie, gdzie pokonywało się słynny Muur van Geraardsbergen na finałowych kilometrach. Miło było dołożyć cegiełkę do zwycięstwa drużynowego kolegi, kolegi z pokoju, Nicka Nuyensa, który jako Belg wygrał jeden z monumentów. Mało tego, tego dnia wypadały akurat urodziny Bjarne Riisa oraz głównego sponsora, dyrektora firmy Saxo Bank, którzy jechali w aucie tuż za peletonem, także kumulacja okazji do świętowania tego wieczoru było aż nadto! 

Giro d’italia 2015 zakończyłeś poważnym wypadkiem, wracasz czasem do tego zdarzenia? 

– Tylko i wyłącznie gdy rozmawiam z osobą która upiera się, że będzie jeździła na rowerze bez kasku, wtedy pokazuję swoje zdjęcia i szybko przemawia to ludziom do rozsądku. Co do samego incydentu, osobiście nic z tego zdarzenia nie pamiętam, tak że nie mam nad czym się rozczulać. 

W 2011 roku kiedy byłeś w ekipie Riisa, do drużyny Saxo Bank dołączył młody, lekko wystraszony Rafał Majka. Jak wspominasz jego początki w zawodowym peletonie? 

– Talent zawsze się wybroni tak, że już na pierwszym zgrupowaniu na Majorce, podczas wewnętrznego testu pod górę Rafał jako jedyny przetrzymał koło samemu Alberto Contadorowi, ten oczywiście próbował jeszcze ówczesnego młokosa zgubić swoją bronią największego kalibru, a więc zmianą rytmu, pamiętamy, że Contador znakomicie tak wykańczał rywali, atakując wielokrotnie, przyśpieszając oraz zwalniając pod górę. Tamtego dnia Rafała nie zgubił, więc od tamtego dnia Rafał był już tylko lepszy. 

Byli kolarze najczęściej zabierają się za trenowanie zawodników albo otwierają sklepy rowerowe. Co dziś robi Jarosław Marycz? 

– Ja również zajmuje się trochę trenerką, ponadto jeszcze jak się ścigałem, zapytano się mnie z Międzynarodowego Związku Kolarzy Zawodowych ( CPA ) czy nie podjął bym się założeniem takiego krajowego stowarzyszenia u Nas w kraju. Więc ich propozycja pojawiła się akurat w odpowiednim czasie. Stoję na czele Stowarzyszenia Kolarzy Zawodowych w Polsce. 

Czym zajmuje się stowarzyszenie? 

Stowarzyszenie ma na celu dbanie o dobro i interesy polskich kolarzy. Niestety na naszym krajowym podwórku działają w kolarstwie osoby które mówiąc wprost, żerują i wykorzystują zawodników, co najgorsza w większości przypadków są to osoby które jeszcze do niedawna same miały przypięte numery startowe na koszulkach, a więc sami dokładnie wiedza jak wygląda życie kolarza i ile wyrzeczeń to kosztuje. Kolarstwo to jedna z najcięższych dyscyplin sportu, także jakiś minimalny szacunek dla każdego kolarza jest mile widziany.  

Wbrew pozorom to, że ktoś nosi elegancką białą koszulę z kołnierzykiem i ładnie się uśmiecha w Eurosporcie nie znaczy, że jest ojcem sukcesów polskiego kolarstwa. Dbamy przede wszystkim o to aby zawodnicy wiedzieli, że mogą zawsze na Nas liczyć i jeśli jest taka potrzeba na pewno im pomożemy. Dla przykładu przypomniała mi się sytuacja z zeszłorocznego Tour de Pologne, gdzie jako delegat kolarzy z ramienia CPA debatowaliśmy wraz z Panem Czesławem Langiem, sędziami z UCI o neutralizacji etapu po tragicznym wypadku młodego belgijskiego kolarza. Pamiętajmy, że kolarze jednoznacznie zdecydowali, że chcą uczcić śmierć kolegi na kolejnym etapie. Głos kolarzy został wysłuchany i zapadła decyzja o neutralizacji kolejnego etapu, co było chyba jednym z najpiękniejszych gestów jakie solidarnie mógł peleton w tym momencie wykonać, mimo wszystko jako przedstawiciel kolarzy, zakomunikowałem wszystkim zawodnikom poprzez posiadane nam narzędzia o decyzji organizatorów, na co jeden z polskich dyrektorów sportowych dostał furii i zakazał swoim zawodnikom kontaktu ze mną. Tylko ten jeden przykład pokazuje jak wiele jadu i egoizmu jest w niektórych osobach. My dbamy o kolarzy, robimy swoje i to jest nasze motto, cieszy tym bardziej, że coraz więcej zawodników młodego pokolenia pisze zapytania i wstępuje do naszego Stowarzyszenia którego członkostwo jest oczywiście bezpłatne. Korzystając z okazji zapraszam do odwiedzin strony stowarzyszenia jaki i śledzenia profilu w mediach społecznościowych. Www.skzp.pl 

Ponadto chociażby w obecnej sytuacji związanej z koronawirusem praktycznie co tydzień mamy telekonferencje z przedstawicielami kolarzy z całego świata, wsłuchujemy się w głos i potrzeby zawodników i jeśli jest sprawa pilna idziemy z tym do UCI. Na chwile obecna CPA jest jedynym związkiem kolarzy akceptowanym przez Międzynarodową Unię Kolarska, dzięki temu pewne decyzje związane z kontraktami, przepisami, bezpieczeństwem zawodników czy chociażby nowym kalendarzem nie przechod bez m.in naszego udziału.   

Mieszkasz w Koszalinie, z tego miasta wywodzi się poza Tobą m.in. Robert Radosz. W jakim stanie jest dziś koszalińskie kolarstwo? 

To prawda, w Koszalinie są tradycje kolarskie, jednak w ostatnich latach nic wielkiego się nie działo. Jak zaczynam z kimś rozmawiać o kolarstwie to osoby starsze przypominają tylko etapy Wyścigu Pokoju które przebiegały przez nasze miasto. Ja i Dexter jesteśmy więc ostatnimi przedstawicielami koszalińskiego kolarstwa, dlatego wraz z grupą przyjaciół zaczynam pomału reaktywować kolarstwo w naszym mieście. Jest sporo chętnych osób do pomocy i tego nam trzeba, kto wie może uda nam się znaleźć talent na miarę Mistrza Świata w Koszalinie 😉 

Rozmawiał Marek Bala