fot. PZKol / Szymon Gruchalski

„Życie najlepsze pisze piosenki, najlepsze sceny ustawia los” – śpiewał kiedyś Maleńczuk. W niemal całkowicie sparaliżowanym przez pandemię polskim kolarstwie władze tegoż postanowiły nie zdawać się na ślepy traf i same zadbały o to, by do tworzonej od lat komedii o nieudolności dopisać nowy akt.

W ubiegłym tygodniu, w atmosferze wielkiej awantury odwołano ze stanowiska prezesa należącej do PZKol i zarządzającej torem spółki Arena Pruszków. Dokonano tego w typowy dla związku sposób: na oślep, bez zastanawiania się nad konsekwencjami prawnymi i właściwie bez powodu, choć tego akurat można się domyśleć. Arena Pruszków jest bowiem jedynym podmiotem w otoczeniu związku, przez który płyną jeszcze jakiekolwiek pieniądze.

Nie używam w tym miejscu nazwiska odwołanego prezesa, żeby nie psuć zabawy. Jak udało mi się ustalić w rozmowach z kilkoma uczestnikami zdarzeń, jednym z argumentów wysuwanych przeciwko człowiekowi było rzekome „gwiazdorzenie”. No to teraz konia z rzędem temu, kto bez sprawdzania w KRS pamięta, jak się owa „gwiazda” nazywa. A to nie wszystko, bo ponoć do przewin prezesa Areny należą również jego dobre relacje z zawodnikami. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej szkodliwego dla polskiego kolarstwa.

W dobrej komedii musi być zgrabna intryga, więc i taka się tutaj znalazła. Temat odwołania prezesa był bowiem podnoszony na spotkaniu zarządu dwukrotnie. Za pierwszym razem ustalono, że w obliczu braku rzeczowych argumentów przeciwko sprawującemu tę funkcję należy w spółce przeprowadzić kontrolę i dopiero jeśli wykaże ona jakieś rażące nieprawidłowości będą podejmowane kolejne decyzje.

Kiedy jednak z powodu późnej pory jeden ze starszych członków zarządu wyłączył się ze spotkania w przekonaniu, że temat został już omówiony, sprawa nagle wróciła na agendę i została poddana pod głosowanie. I tu prezes Areny poległ.

W tym miejscu na moment przestaje być wesoło, bo gdy w rozmowie z jednym z członków zarządu próbowałem zrekonstruować przebieg wydarzeń, usłyszałem zdanie, które mnie poraziło: „już mi się wydawało, że przegrywamy, więc zagłosowałem za odwołaniem”.

To jedno zdanie w gruncie rzeczy wystarczy za podsumowanie wszystkiego, co w ostatnich latach dzieje się w związku. Obraz kompletnej bezradności. Dryfujący okręt, na którym oficerowie dziarsko wykrzykują komendy, ale nikt nie ma pomysłu, dokąd płynąć. I nikt tak naprawdę nie łapie za ster.

Zarząd Polskiego Związku Kolarskiego liczy obecnie dziewięć osób. Już sam ten fakt jest przekroczeniem granic absurdu, bo na taką hojność w obsadzaniu kluczowych stanowisk rzadko pozwalają sobie nawet dobrze zorganizowane instytucje. A tu mówimy o zadłużonym i pozbawionym jakiejkolwiek mocy sprawczej związku, w którym wyzwaniem staje ogarnięcie strojów dla reprezentacji na mistrzostwa świata. O zarządzie, który zebrawszy się bodaj raz na miesiąc, wciąż nie może się zdecydować czy zacząć już rozwiązywać problemy, czy może jeszcze kilka nowych stworzyć.

Mówimy o zarządzie, którego większość stanowią osoby nieposiadające jakichkolwiek kwalifikacji do zarządzania innymi ludźmi, ani do kierowania większą organizacją. Znaleźli się tam albo w uznaniu ich „zasług”, albo po prostu po to, by tam byli. By „reprezentowali” interesy delegujących ich do zarządu okręgów.

Kiedy słyszę raz po raz pomysły, by do zarządu delegować któregoś z młodych i znających świat kolarzy, w pierwszym odruchu łapię się za głowę. Bo czy ktokolwiek ich zapytał, czy czują się na siłach mierzyć z tego rodzaju materią? Czy kiedykolwiek musieli podejmować decyzje ważące o losie innych ludzi? Czy kiedykolwiek stali w obliczu takiego kryzysu, z jakiego musieliby wyciągać związek?

W Polskim Związku Kolarskim najmniej brakuje kolarzy. Brakuje menedżerów. Maksymalnie trzech, choć i to wydaje mi się o jednego za dużo. Tej organizacji nie podźwigną z zapaści żadne zasługi, żadne układy ze środowiskiem ani doświadczenie w prowadzeniu rodzinnych biznesów. Związek potrzebuje sternika. Z otwartą głową i żelaznymi cojones, który w obliczu możliwej porażki rzuci się do walki, zamiast dać ponieść się fali i głosować zgodnie z większością.

Ta zmiana musi najpierw dokonać się w głowach delegatów, bo to oni wybierają tam swoich przedstawicieli. Bez tego będziemy bez końca świadkami podobnych sytuacji.

Klasyczna komedia powinna mieć szczęśliwe zakończenie. Nie inaczej było w tym przypadku. Jak wspomniałem na początku: odwołania prezesa Areny podjęto się w amoku, bez sprawdzania konsekwencji prawnych tych działań. I wbrew opinii rady nadzorczej spółki, która jako jedyna ma prawo powoływania osoby na to stanowisko.

I kilka dni później powołała: tego samego, którego zarząd odwołał.

Ale może to jest też jakieś rozwiązanie? Może na torze w Pruszkowie wystarczy zainstalować scenę? W sumie teatr już jest. I w repertuarze ma całkiem zabawne komedie…