Paweł Bernas udanie rozpoczął swoją przygodę z Mazowsze Serce Polski. Już w swoim pierwszym tegorocznym starcie odniósł pierwsze zwycięstwo w nowych barwach. Podczas przeprowadzonej w środę rozmowy Polak opowiedział nam m.in o swoich odczuciach po bardzo udanym debiucie w ekipie Dariusza Banaszka, rozstaniu z CCC i swoich planach na ten rok.

Gratuluję świetnego występu w ubiegłotygodniowym Grand Prix Alanya. Czy ten sukces był dla ciebie zaskoczeniem?

Oczywiście wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany do sezonu, ale pierwszy start to zawsze jest niewiadoma. Nie wiedziałem, jak będę się czuł, ale też zdawałem sobie sprawę, że po tak dobrym okresie przygotowawczym i na takiej trasie mogę liczyć się w walce o zwycięstwo. Właśnie z takim nastawieniem jechałem na wyścig. W czasie jazdy spotkałem się z wieloma trudnościami. Tuż przed pierwszym podjazdem złapałem defekt, do tego pogoda nie dopisała – padał deszcz, przez co asfalt był śliski. To, oraz fakt, że droga była bardzo kręta sprawiło, że miejscami było bardzo niebezpiecznie. Mimo wszystko udało mi się wygrać. Takie rozpoczęcie sezonu naprawdę bardzo mnie cieszy.

To było dopiero twoje drugie zwycięstwo w ciągu ostatnich czterech lat. W tym czasie często plasowałeś się w czołówce, zajmowałeś sporo drugich miejsc, a zwycięstwa nie chciały przychodzić. To irytowało?

Faktycznie od 2015 roku do zeszłego tygodnia wygrałem tylko prolog Wyścigu Majora Hubala. Tyle że w tym czasie bardzo dużo działo się w mojej karierze, więc nie byłem tym jakoś bardzo mocno poirytowany. W 2016 miałem ciężką kontuzję, więc praktycznie nie było szans, żeby walczyć o zwycięstwa. 2017 to rzeczywiście był sezon, kiedy tych 2. miejsc było naprawdę sporo – czasem zdarzało mi się wygrać jakieś kryterium, choćby w Dzierżoniowie, ale to w zasadzie tyle. Wtedy jednak cieszyłem się przede wszystkim tym, że wróciłem po urazie, a lekki niedosyt przyszedł dopiero po sezonie. W 2018 przeszedłem na poziom prokontynentalny, więc moje cele wyglądały kompletnie inaczej i satysfakcjonowały mnie kompletnie inne rzeczy, choćby 2. miejsce na Great War Remembrance Race i 6. na Stadt Zoetegem. Wtedy brak zwycięstw w ogóle mi nie przeszkadzał. Natomiast ostatni rok to już wiadomo, World Tour, więc ciężko było w ogóle myśleć o jakichś wygranych. Mimo to udało mi się zająć 7. miejsce na etapie Tour of California, a do tego zadebiutowałem na Vuelta a Espana, więc po sezonie byłem z siebie naprawdę zadowolony. Teraz wróciłem do ścigania na niższym poziomie, jestem w dobrej dyspozycji fizycznej, więc zwycięstwo w końcu przyszło. I naprawdę bardzo mnie ono cieszy – wygrana nawet w takim mniej prestiżowym wyścigu jest sporym sukcesem. Mam nadzieję, że kolejne przyjdą już niebawem, a rok zakończę z jeszcze większą ilością triumfów niż w 2015.

Czy chęć częstszego sięgania po zwycięstwa miała jakiś, choćby niewielki wpływ na twoje pożegnanie z CCC? Czy też decyzja o rozstaniu należała w stu procentach do ekipy?

Nie, chęć wygrywania jednak przegrywa u mnie z chęcią przedłużenia swojej przygody w World Tourem (śmiech). Nie ukrywam że tutaj niestety nie miałem zbyt wiele do powiedzenia. Niestety grupa postanowiła zrezygnować z moich usług, mimo że jeszcze w połowie sezonu wszystko układało się dobrze, a kontrakt miałem praktycznie obiecany. Zostałem troszkę na lodzie, ale na szczęście powstała drużyna Mazowsze Serce Polski, z Dariuszem Banaszkiem na czele. Już wcześniej ścigałem się w jego ekipach, więc chętnie przystałem na propozycję współpracy, zwłaszcza że wciąż nie wiedziałem, co dalej z moją karierą. To jest naprawdę bardzo dobry i ambitny projekt, który już de facto ruszył z kopyta, choć dopiero zaczyna swoją przygodę z peletonem. Za nami dopiero pierwsze wyścigi, a już mamy na swoim koncie zwycięstwo, a także 3. i 4. miejsce Alana Banaszka. Trafiłem do naprawdę ciekawego projektu i nie zamierzam teraz się użalać nad tym, że już nie jestem w World Tourze.

Jak myślisz, czemu nie zgłosiła się po ciebie żadna ekipa, choćby z dywizji prokontynentalnej? W końcu dość przyzwoicie poradziłeś sobie na poziomie World Touru.

Niestety zawodnicy tacy jak ja raczej niestety nie dostają oferty ot tak. To my musimy pytać ekip o to, czy byłyby nami zainteresowane. A ja niczego sobie nie szukałem. Byłem w CCC, czułem się tam dość pewnie i przez to nie szukałem sobie żadnych alternatyw, co, jak się później okazało, było błędem. Może gdybym pisał do ekip od czerwca, lipca czy nawet sierpnia, myślał nad jakimś planem “B”, to dziś byłbym w innym miejscu. Niestety pod koniec września zostałem praktycznie wykreślony z projektu. Jeszcze przez dwa miesiące jakaś nadzieja na utrzymanie się w World Tourze albo chociaż w dywizji prokontynentalnej się we mnie tliła, ale prawda jest taka, że o tej porze kadry większości ekip są już praktycznie pozamykane. Dlatego jeśli nie masz jakichś super dobrych dojść, a nie jesteś gwiazdą peletonu, to szanse na uzyskanie angażu są naprawdę nikłe. Nic dziwnego że ostatecznie mi się to nie udało. Szkoda, ale życie toczy się dalej. W przyszłość patrzę optymistycznie. Mam dopiero 29 lat i sporo zapału, a tak jak mówiłem wcześniej, moje przygotowania do sezonu przebiegły bardzo pozytywnie i widzę, że sezon w World Tourze dał mi bardzo dużo. Dlatego będę walczył o to, by ponownie wspiąć się na bardzo wysoki poziom.

Czyli wciąż wierzysz w powrót do najwyższej dywizji?

Szczerze mówiąc na razie o tym nie myślę. Skupiam się na teraźniejszości. Jasne, mam ambicje, by ścigać się na jak najwyższym poziomie, jednak niczego nie chcę obiecywać. Historie różnych kolarzy, choćby Tomka Marczyńskiego pokazują, że można wrócić do World Touru nawet z trzeciej dywizji, dlatego nie zamierzam się poddawać. Jednak na wyższy poziom nie wskakuje się dzięki odważnym deklaracjom. Do tego potrzebna jest ciężka praca, więc po prostu będę robił swoje i zobaczymy, co mi to da.

Dziś rozpoczynasz następny start – Tour of Antalya. Jakie będą twoje zadania? Będziesz chciał powalczyć o kolejne zwycięstwa? 

Postaram się zabierać w odjazdy i pomagać chłopakom na sprinterskich końcówkach. Tym razem nie powalczę o sukces w całym wyścigu, ponieważ najcięższy etap kończy się 12-kilometrowym podjazdem. Po prostu będę chciał wykorzystywać nadarzające się okazje i zobaczymy co z tego wyniknie. 

A jaki jest cel całego zespołu? Gdzie upatrujecie największych szans na odniesienie sukcesu?

Nie wiemy jeszcze, czy będziemy walczyć w klasyfikacji generalnej. Wiele zależy od najtrudniejszego trzeciego etapu. Jeśli któryś z nas będzie się tam dobrze czuł, to będziemy robić wszystko, aby mu pomóc. Jednak przede wszystkim bardzo byśmy chcieli skończyć tę imprezę z jakimś dobrym miejscem na etapie, najlepiej ze zwycięstwem. Dlatego myślę że naszym priorytetem będą etapy sprinterskie, na których postaramy się zapewnić Alanowi Banaszkowi jak najlepszą pozycję wyjściową przed finiszem. 

Co będzie potem? Znacie już swoje plany na kolejne miesiące? Jeśli tak, to jak one wyglądają? Znajdzie się w nich miejsce dla jakichś większych wyścigów z ekipami worldtourowymi?

Kilka takich imprez powinniśmy przejechać – już tutaj, w Antylyi spotkamy się z jedną ekipą z najwyższej dywizji – Israel Start-Up Nation. Jednak generalnie będą to mniejsze starty. Będzie trochę wyścigów pierwszej kategorii, bardzo dużo drugiej, a coś jeszcze na pewno dojdzie do naszego kalendarza. Będziemy się sporo ścigać na zachodzie, pojedziemy też w części Europy, w których jeszcze się nie startowałem, ale jest tam sporo zawodów pierwszej kategorii – m.in: w Serbii czy Rumunii. To jest nasz pierwszy sezon, więc musimy ścigać się w jak największej ilości wyścigów, by się pokazać i umożliwić sobie starty w jeszcze lepszych wyścigach w kolejnym sezonie.

A czy przygotowujesz szczyt formy na jakiś miesiąc? Masz jakieś starty, które traktujesz priorytetowo?

Nie, nie wybierałem sobie wyścigów, w których chciałbym szczególnie błysnąć. Będę dawał z siebie wszystko wszędzie, gdzie tylko będę czuł, że mam szansę na zwycięstwo. Zamierzam ciągle monitorować swoją formę, bym mógł być konkurencyjny w jak największej ilości wyścigów. Natomiast tam, gdzie nie będę w stanie walczyć, postaram się wspomóc swoich kolegów z zespołu – zarówno sprinterów, jak i tych, którzy lepiej sobie radzą w górach. Nie nastawiam się na pojedyncze wystrzały – liczę przede wszystkim na dobry, równy sezon.

Oprócz ciebie kontrakty z Mazowszem podpisali m.in Karol Domagalski, Michał Podlaski, Adrian Kurek i Marek Rutkiewicz. To pokazuje, że wasze plany są ambitne. Jaką wizję przy podpisywaniu kontraktu przedstawił ci Dariusz Banaszek?

Po dwóch latach szef chciałby wejść na poziom prokontynentalny, a cały projekt ma być czteroletni, z dużymi szansami na przedłużenie w przypadku zadowalających wyników. Ten zespół może nie tylko być bezpieczną przystanią dla doświadczonych zawodników, ale też opcją dla młodych kolarzy, którzy nie dostaną się lub nie będą chcieli jeździć w CCC Development Team. Jeśli to wszystko dobrze zadziała, a Mazowsze Serce Polski szybko ugruntuje swoją pozycję, to polskie kolarstwo bardzo na tym skorzysta.

Jak byś porównał waszą organizację, z tą która panowała w CCC? Jest duża przepaść?

Jest, ale nie ma co porównywać nowopowstałej drużyny kontynentalnej z ekipą worldtourową z kilkunastoletnimi tradycjami, bo przecież tak trzeba określić BMC, przejęte przez CCC. Więc tak, to są dwa różne światy, choć oczywiście muszę oddać mojej nowej drużynie, że robi wszystko, by zapewnić nam wszystko co najbardziej potrzebne. Mamy ułożony ciekawy kalendarz startów. Ścigamy się od lutego, aż do października, a zorganizowanie tego wcale nie jest rzeczą łatwą. Organizatorzy nas nie znają, więc wiadomo że nie patrzą na nas tak, jak na ekipy, które są w peletonie od lat. Do tego mamy super sprzęt, będziemy jeździli na Trekach z komponentami Bontragera. Takie rzeczy naprawdę cieszą, dlatego uważam, że jak na trzecią dywizję jesteśmy naprawdę bardzo dobrze zorganizowanym zespołem.

Mazowsze jest już twoim piątym zespołem w ciągu ostatnich dziewięciu lat. Skąd biorą się u ciebie tak częste zmiany ekip? I czy myślisz, że ekipa Dariusza Banaszka może być miejscem, w którym wreszcie zagościsz na dłużej?

Oczywiście wolałbym mieć większą stabilizację, ale nie zawsze jest to zależne ode mnie. Po dwóch latach jazdy w BDC przeszedłem do Active Jetu, tam jeździłem rok, a potem zespół przekształcił się w Verva Active Jet i po 12 miesiącach projekt się rozsypał. Pomocną dłoń wyciągnął do mnie Andrzej Domin. U niego ścigałem się rok, a potem dostałem propozycję z CCC i chyba każdy na moim miejscu zaakceptowałby tą ofertę. Ekipa ze mnie zrezygnowała, więc znowu musiałem sobie szukać nowego miejsca zatrudnienia. Jak widać było trochę zawirowań, ale mam nadzieję, że najgorsze już za mną. Co do Mazowsza, to życie nauczyło mnie, żeby nie rozmyślać o takich rzeczach, ale jeśli projekt wypali, to czemu nie?

Rozmawiał Bartek Kozyra