fot. Arena Pruszków

Przymierzałem się właśnie do zaległego felietonu dla „Na Szosie”. Miał być pewną klamrą, spinającą rok kolejnych „reform” UCI, od których zaczynałem swoją pisaninę. Reform raczej średnio udanych, biorąc pod uwagę choćby rozpaczliwy list Davida Lappartienta, wysłany niedawno do szefów drużyn i opór, za sprawą którego odroczono właśnie wdrożenie w przyszłym roku „UCI Classic Series”. I kiedy ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy układałem sobie w głowie zdania i siadałem przed klawiaturą, przeczytałem poniższy tweet Mateusza Rudyka:

Przyznam, że krew się we mnie zagotowała.

Nie ma słów, którymi można usprawiedliwić takie zachowanie ludzi, których zadaniem – jak by nie patrzeć – jest w pierwszym rzędzie wsparcie dla zawodników. Zwłaszcza tych, którzy regularnie odnoszą kolejne sukcesy. Już nawet nie wspominam o czymś tak banalnym, jak tworzenie dla nich odpowiednich warunków do rozwoju, bo z tym zadaniem PZKol nie radzi sobie już od dłuższego czasu. Ale władze związku, deprecjonujące zaangażowanie i osiągnięcia swojego najlepszego zawodnika? To się po prostu nie mieści w głowie.

Chyba nie ma dzisiaj kolarza, który miałby mocniejszy mandat do oczekiwania wsparcia od PZKol, niż Mateusz Rudyk. Brązowy medalista mistrzostw świata, trzeci sprinter na mistrzostwach Europy, w międzyczasie jeszcze kilka mniejszych lub większych osiągnięć, z dwoma srebrami i rekordem Polski w drużynie włącznie, jeśli spojrzeć tylko na to, co udało się chłopakom wywalczyć tylko w ciągu ostatniego tygodnia. Bynajmniej nie dzięki pracy i zaangażowaniu wiceprezesów związku, ale w dużej mierze wbrew kłodom, rzucanych przez nich kolarzom – mniej lub bardziej świadomie – pod nogi.

Miałem okazję poznać obu wiceprezesów. Jednego z nich w okolicznościach co najmniej dziwnych, bo akurat w chwili, gdy groził jednemu z kolarzy postępowaniem dyscyplinarnym. Rzecz miała miejsce kilka chwil przed sławetną konferencją prasową, na której przedstawiano „odpowiedź” związku na sformułowane przez ministra Bańkę zarzuty oraz plan naprawy sytuacji PZKol dzięki rewolucyjnemu pomysłowi sprzedaży toru w Pruszkowie na wolnym rynku. Kolarz ów naraził się władzy zwierzchniej tym, że w niezbyt parlamentarnych słowach ocenił stan umysłu zarządu.

Może i nie było to przesadnie eleganckie, choć dziś dość wyraźnie widać, że nie było również dalekie od prawdy. Nie mam też dziś pewności jakie są losy ówczesnej groźby, ale z informacji, które do mnie od czasu do czasu z różnych źródeł docierają wnioskuję, że wiceprezes jest dość zdeterminowany, by udowodnić przed komisją dyscyplinarną swoją dobrą pamięć, wszak od tamtego wydarzenia minęły już ponad dwa miesiące. (A skoro jesteśmy przy upływającym czasie, to aż mnie korci zapytać: jak idzie sprzedaż toru?).

Podobno dowodów na dobrą pamięć wiceprezesa jest więcej, wypada więc poczekać na rozwój wypadków. Ja osobiście chętnie poczekam na to, co się wydarzy w Tokio, choć intuicja podpowiada mi znany skądinąd scenariusz: poklepywanie po plecach i gratulowanie sobie „wspólnych” osiągnięć. Bo – w odróżnieniu od tego, co mówią prezesi – ja raczej jestem dość mocno przekonany, że okazji do gratulacji trochę będziemy mieli.

Gdyby panowie wiceprezesi mieli choć odrobinę honoru i namiastkę jaj, to w kilkanaście minut po tweecie Rudyka na biurku prezesa leżałyby ich dymisje. Nie dlatego, że w jakiś szczególny sposób ucierpiała reputacja współzarządzanego przez nich związku, bo tu już bardziej upaść nie sposób. Dlatego, że demotywując najbardziej obecnie utytułowanego zawodnika, który jako jeden z nielicznych ma dość realne szanse na olimpijski medal, działają na szkodę nas wszystkich.

Tego się nie da usprawiedliwić prywatną rozmową. W ogóle nie sposób usprawiedliwić sytuacji, w której ludzie mający odpowiadać za funkcjonowanie dyscypliny i stwarzanie sportowcom warunków do osiągania możliwie najlepszych wyników, sami w taką możliwość nie wierzą. Dla takich ludzi nie powinno być miejsca w sporcie.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że w kuluarach obaj panowie chwalą się swoim własnym osiągnięciem: doprowadzeniem do tego, by prezes zarządu odzywał się jak najmniej, bo wszyscy są świadomi, że w każdej chwili może chlapnąć coś, co sprowadzi na PZKol kolejną katastrofę. Teraz wychodzi na to, że przyganiał kocioł garnkowi.