Jak można było się spodziewać, topór nad PZKol zaczyna być coraz ostrzejszy, a kat jest już bardzo zniecierpliwiony. Niewykluczone, że wielkimi krokami zbliża się niechlubny upadek związku.

Dzisiejszego popołudnia na torze kolarskim w Pruszkowie doszło do spotkania władz PZKol z dziennikarzami. Dodatkowym gościem był także prezes Mostostalu Tadeusz Rybak, który na “działalności” związku stracił najwięcej. Jak można było się spodziewać, Krzysztof Golwiej i spółka nie wiedzą jak wyprowadzić polskie kolarstwo na prostą, wciąż zastanawiając się, czy istnienie PZKol jeszcze ma sens. Co więcej wiele wskazuje na to, że włodarze nie ruszyli nawet palcem, by sensownie wyciszyć całe zamieszanie.

Największym i najbardziej uderzającym faktem jest brak zasadniczego oszacowania zadłużenia związku. Zgodnie z informacjami podanymi przez władze, mówi się o około 15 milionach złotych wobec około 100 podmiotów (a faktury wciąż spływają…). Dodatkowo PZKol nie dysponuje żadnymi strukturami organizacyjnymi, co tylko utrudnia jakąkolwiek pracę.

Jak można się jednak było spodziewać, najwięcej mówiło się o potencjalnej spłacie długu. Jak wiadomo, komornicy na torze w Pruszkowie są już praktycznie stałymi bywalcami i można by było za każdym razem zapraszać ich na kawę – w końcu prawie jak swoi. Prezes firmy Mostostal przyznał jednak, że nie może już dłużej czekać na całkowitą spłatę zaległości, a te wynoszą około 10 milionów złotych.

Co ciekawe, brutalnym, choć… jedynym sensownym pomysłem wydaje się być sprzedaż toru kolarskiego w Pruszkowie (najlepiej przez licytację). Zasadniczo zaproponował do dziś wiceprezes PZKol Sebastian Rubin. Prawdą jest jednak też fakt, że ostatnie zarządy związku nie zrobiły praktycznie nic, by w jakikolwiek sposób go uratować. Idealnym tego przykładem jest fakt, iż Golwiej i spółka rządzą już od 5 miesięcy, a mimo to, poza jednym zdaniem, nie zaproponowali absolutnie żadnego rozwiązania, które mogłoby pomóc. Dużym problemem w tej gestii jest brak wiedzy włodarzy, którzy nie do końca wiedzą jak wszystko powinno działać.

Swoistą ciekawostką jest też finansowanie polskich kadr. W ostatnim czasie wszelkie płatności na swoje barki wziął… Wielkopolski Związek Kolarski, po części wspierany przez programy ministerialne i PKOl. Dodatkowo Witold Bańka i jego współpracownicy pomagali poszczególnym zawodnikom w podpisywaniu kontraktów sponsorskich ze spółkami Skarbu Państwa. Co więcej, gdyby nie pomoc MSiT, mistrzostwa świata w Pruszkowie nie doszłyby do skutku, a polscy kolarze zostaliby wykluczeni z rywalizacji międzynarodowej.

Czy jesteśmy świadkami upadku PZKol? Wiele na to wskazuje. Pytanie tylko, czy nie okaże się to lepszym rozwiązaniem niż próba odgrzewania zdechłej ryby, tym bardziej, że Ministerstwo nie widzi żadnej szansy na współpracę.