fot. Astana

Podczas dzisiejszego etapu przez długi czas wiele wskazywało na to, że Kolumbijczyk ma duże szanse zostać jego wielkim wygranym. Niestety było dokładnie na odwrót – został wielkim przegranym.

Trzeba przyznać, że Astana robiła dziś wszystko co mogła, by jej lider wrócił na podium wyścigu. Już na początku Puerto de Pena Negra wyszli na czoło głównej grupy i narzucili tempo, które dla większości zawodników było nieosiągalne, a wtedy „Superman” Lopez zrobił to, do czego nas przyzwyczaił – zaatakował – raz, potem drugi, trzeci, jednak zawsze któryś rywal siadał na jego plecy, więc szybko okazało się, że o to, by stanąć na pudle w Madrycie będzie bardzo ciężko.

– Zrobiliśmy dziś wszystko, co mogliśmy. Walczyliśmy dziś do ostatniego metra. Na początku moi koledzy starali się atakować, ale wszystkie ich próby zostały udaremnione przez świetnie dysponowanych rywali. Potem przesunęliśmy się na czoło grupy i przeprowadziliśmy mocną selekcję. Kilka razy próbowałem ataku na Pena Negra, ale nic z tego nie wyszło

– opisywał swoją walkę na najcięższym podjeździe dzisiejszego etapu.

Pracę jego grupy wykorzystał Tadej Pogacar, rywalizujący z nim o białą koszulkę, który wygrał etap i zgarnął wymarzone przez Kolumbijczyka podium. Natomiast sam Lopez w końcówce strzelił nawet z grupki znajdującej się za plecami Słoweńca i przyjechał ponad dwie minuty za nim, przez co stracił miano najlepszego młodzieżowca i 4. miejsce w „generalce”. Po wszystkim tłumaczył przyczyny swoich niepowodzeń:

– Szczerze mówiąc nie czułem się dobrze po wczorajszej kraksie. Przy każdym przyspieszeniu czułem ból i wydawało mi się, że nie jestem w stanie jechać na 100 procent swoich możliwości. Tyle że nie było innego wyjścia – skoro chciałem być na podium, musiałem zaatakować. Niestety okazało się, że dziś nie byłem wystarczająco mocny i zapłaciłem za aktywną jazdę. Trudno, przynajmniej nie będziemy żałować, że czegoś nie spróbowaliśmy

– zakończył Kolumbijczyk, który Vueltę zakończy, podobnie jak ostatnie Giro, ze sporym niedosytem.