fot. ASO / Sarah Meysseunier

Trzeci etap hiszpańskiej Vuelty był kolejnym z serii “dla sprinterów”. Tym razem jednak najszybsi zawodnicy w stawce powalczyli o triumf. Czas na oceny.

Plusy:
(nie)zwykły dzień w biurze
O ile wczoraj najszybsi zawodnicy w peletonie mogli mieć problemy z ostatnim podjazdem, o tyle dzisiaj chyba nikt nie spodziewał się mocnego tempa na drugiej górskiej premii, które chociaż na jakiś czas mocno poszarpie peleton. Niewiele brakowało, a los Fernando Gavirii podzieliłoby wielu sprinterów. Cóż, taka cecha charakterystyczna tego wyścigu.

Dziewicza “dycha”
Oj bardzo długo nie mieliśmy już sprintera, którego byłoby stać na walkę z zawodnikami z szerokiej światowej czołówki. Jedną z nadziei jest Szymon Sajnok, który dzisiaj miał pierwszą w karierze okazję spróbować swoich sił na płaskiej końcówce Wielkiego Touru. Może i 9. miejsce w dość przeciętnie obsadzonej stawce nie jest czymś wybitnym, ale w połączeniu z niezłymi wynikami w klasykach, jest to powiew pozytywnej energii. Oby tak dalej!

Minusy:
Przegrana z bólem
Niestety przykro patrzyło się dziś na okrutnie cierpiącego Fernando Gavirię. Kolumbijczyk, który do niedawna był najlepiej rokującym sprinterem na świecie, mocno pukającym do pokoju ze światowym nr 1, od pewnego czasu nie może się odnaleźć, głównie przez kontuzję i dużą ilość pecha. Gdyby nie kraksa na drużynówce, dziś z pewnością widzielibyśmy go w czołówce.

Kolarskie kłusownictwo
Niestety dla Rafała Majki, Zebra, czyli Paweł Poljański, jest w tegorocznej Vuelcie od samego początku potężnie wycinany. To oznacza, że jeden z trzech polskich kolarzy w ekipie BORA – hansgrohe w górach będzie absolutnie nieprzydatny. Szkoda, bo Rafałowi, który wydaje się być w niezłej formie, przydałby się każdy.