fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Siedemdziesiąta szósta edycja największego i najbardziej prestiżowego polskiego wyścigu Tour de Pologne przeszła do historii. Zostanie zapamiętana przede wszystkim z tragicznej śmierci 22-letniego belgijskiego kolarza Bjorga Lambrechta. A sportowe rozstrzygnięcia? Interesujące, ale w cieniu dramatu. 

Podczas trwania tegorocznego wyścigu Tour de Pologne ukazał się w zagranicznej prasie jeden tekst, który zapadł mi w pamięć szczególnie. Brytyjski dziennikarz zajmujący się kolarstwem od trzech dekad, William Fotheringham, przypomina na łamach dziennika „The Guardian” 1995 rok i etap wyścigu Tour de France do Pau.  Wówczas peleton, identycznie jak kilka dni temu w Polsce, pokonał trasę w tempie żałobnego konduktu, a linię mety przekroczyło na czele peletonu sześciu kolegów  włoskiego mistrza olimpijskiego Fabio Casartelliego z drużyny Motorola, który dzień wcześniej zmarł po kraksie na zjeździe z Col du Portet d’Aspet. Wśród nich był wówczas młody i mało komu znany Lance Armstrong. 

Tymczasem francuska gazeta „L’Equipe” przypomniała, że w ciągu ostatnich trzech lat zmarło ośmiu kolarzy z profesjonalnego peletonu, z czego pięciu pochodziło z Belgii. Trzem z nich życie zabrał zawał serca, którego doznali podczas ścigania, a pięciu pozostałym skutki kraks. Jakby tego było mało w naszej pamięci pozostaje śmierć Kazacha Andrei Kivileva podczas wyścigu Paris-Nice 2003, który to wypadek stał się dla Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) przyczynkiem do wprowadzenia obowiązkowej jazdy w kaskach. Daruję już sobie wyliczanie wypadków, w których bardzo mocno ucierpieli inni byli i obecni kolarze – co prawda uchodząc z życiem, ale najprawdopodobniej nie unikając diametralnej zmiany jego jakości. Mam na myśli chociażby Ryszarda Szurkowskiego czy Karola Domagalskiego. 

Kiedy podsumowywałam tegoroczną edycję Tour de Pologne na antenie jednej z internetowych rozgłośni radiowych jej dziennikarz zapytał mnie, czy da się zrobić coś, aby zapobiec wypadkom, jaki przydarzył się 5 sierpnia Lambrechtowi? Zmienić trasę? Postawić barierki na całej trasie? Próbował rzucać rozmaite pomysły. Odpowiedziałam przecząco, bo to przecież tak, jakby chcieć wyciąć wszystkie drzewa w lesie, przez który przejeżdża samochodowy rajd. Przestrzegam bowiem przed popadaniem w skrajności. Wypadki były, są i będą, a zawodowy sport i wiele innych dziedzin życia niesie za sobą potężne ryzyko. Zresztą co tu mówić o sportach i pielęgnowanych przez nas pasjach. Doskonale znany w Polsce jest przypadek kobiety idącej chodnikiem do pracy, na którą spadł targający się na życie mężczyzna. Poszkodowana do dziś jest całkowicie sparaliżowana od pasa w dół i prawdopodobnie nigdy nie stanie nogi. Czy można dodać coś więcej o pechu, o ryzyku? 

Nie oznacza to jednak, że organizatorzy kolarskich wyścigów – zarówno tych zawodowych, jak i amatorskich, nie powinni przykładać największej, jakiej tylko są w stanie wagi do bezpieczeństwa. Aż chce się napisać, że z w ł a s z c z a w tych amatorskich, gdzie wola walki i chęć udowodnienia czegoś komuś bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i sprawia, że zapominamy, że w domu ktoś na nas czeka, a po naszej – nie daj Bóg – nagłej śmierci ci sami ludzie będą potwornie cierpieli.

Słusznie pisze kończąc swoje rozważania Fotheringham, że organizatorzy wyścigów (a on sam do takich od kilku lat należy) mają to samo poczucie co trenerzy, menadżerowie, rodzice, rodzina, że ta gra jest mimo wszystko warta świeczki. O to, aby wszyscy pozostali bezpieczni pozostaje się modlić. Jednak po takich wydarzeniach jak w 1995, 2003 i 2019 roku robimy to coraz bardziej żarliwie. 

Niełatwo jest tak po prostu przejść do tematu rywalizacji sportowej, ale skoro życie napisało scenariusz kolarskiego wyścigu, w którym połączyło się życie i śmierć, radość i smutek, żałoba i sportowa walka o „coś dla Bjorga”, to i ja jako autorka tego tekstu muszę temu sprostać. Nie jest łatwo, ale wobec tego, co czują teraz najbliżsi 22-latka, moje uczucia są nic nie warte. Próbuję więc. 

Kolarze drużyny Lotto-Soudal dostali wolną rękę co do decyzji, czy kontynuować jazdę w wyścigu czy się wycofać. Postanowiono tak po konsultacji z psychologami, którzy poinformowali, że istnieją różne sposoby przeżywania żałoby. Dlatego właśnie tak istotne było to, aby nikomu nic nie narzucać. Szacunek dla Tomasza Marczyńskiego, który zabrał się do ucieczki podczas szóstego etapu i wywalczył koszulkę najlepszego górala. Planował walczyć o jej utrzymanie na odcinku do Bukowiny Tatrzańskiej, ale lepszy okazał się Simon Geschke z CCC Team. Po wyścigu pojawiła się wypowiedź „Mańka” dla Polskiego Radia krytykująca postawę „Pomarańczowych”. Pozostawmy ocenę tej sytuacji. Liczy się bowiem przede wszystkim to, co zrobił nasz kolarz, i to jest w tym wszystkim najważniejsze. Ewentualne wątpliwości niech obie drużyny wyjaśnią sobie z dala od medialnego zgiełku. 

Zwycięstwo w klasyfikacji górskiej jest właściwie jedynym jasnym punktem występu kolarzy „Pomarańczowych”. W domowym dla siebie wyścigu byli mało aktywni, a najwyżej sklasyfikowanym Polakiem jest… czterdziesty drugi Łukasz Owsian. Urodzony w Jarosławiu Włoch Jakub Mareczko próbował nawiązać walkę z najszybszymi kolarzami w wyścigu, ale jak zwykle na niewiele się to zdało. Jego najlepszym rezultatem jest szóste miejsce zajęte na sprinterskim etapie do Krakowa. W nieudanej ucieczce dnia podczas piątego etapu do Bielska-Białej zameldował się Kamil Gradek, ale już powołany do składu w ostatniej chwili Paweł Bernas był kompletnie niewidoczny, pomimo że zapewniał o gotowości do startu przed własną publicznością. Kiedy to drużyna CCC ścigała się w drugiej dywizji, domowym i zarazem najważniejszym dla niej wyścigiem były Grody Piastowskie. Teraz ta polska impreza jest jednym z głównych celów w sezonie dla CCC Development Team, czyli składu dla orlików. Jeśli więc wskazać zespół ścigający się w pomarańczowych trykotach, który zdał egzamin domowego touru, to w tym sezonie jest to zdecydowanie „Devo”. 

Podobną, czyli dość mierną ocenę należy wystawić reprezentacji Polski. Chociaż powinno się wziąć poprawkę na to, że złożona ona była w całości z kolarzy na co dzień ścigających się w drużynach z licencją Continental. Cele biało-czerwonych były jasne: walka w ucieczkach i w klasyfikacjach. Widać było jednak jak ciężko robić to w wyścigu na poziomie World Tour, w którym startuje osiemnaście drużyn pierwszej dywizji. Sukcesy na krajowym podwórku (patrz Maciej Paterski czy srebrny medalista MP Paweł Cieślik) jak widać nie mają przełożenia na jeden z najbardziej prestiżowych wyścigów w kolarskim kalendarzu. Miło by też było zobaczyć w przyszłym roku młodszych. Najprawdopodobniej nie osiągnęliby więcej, ale zdobyliby coś bezcennego na przyszłość – doświadczenie.

Zupełnie nie zdali egzaminu zatem ci moi Szanowni Koledzy po fachu, którzy uważają, że zawiódł Rafał Majka. „Zgred” – jak popularnie nazywany jest kolarz z Zegartowic – zrobił na zadanej jemu i pozostałym kolarzom trasie, co mógł. Na najbardziej selektywnym etapie do Kościeliska przyjechał piąty, zaś kolejnego dnia na pętlach wokół Bukowiny Tatrzańskiej zabrakło mu zarówno drużyny na kształt Teamu INEOS, jak i dłuższych, bardziej selektywnych podjazdów albo – jak sam pół żartem, pół serio powiedział – jeszcze jednego podjazdu pod Gliczarów. Majka jest bowiem góralem z krwi i kości, to znaczy takim, który znajdując się w dobrej formie potrafi robić różnicę na liczących przynajmniej osiem-dziesięć kilometrów alpejskich lub pirenejskich podjazdach. Ponadto należy pamiętać, że drugi szczyt formy w tym sezonie przygotowuje na hiszpańską Vueltę, więc start w Tour de Pologne był dla niego pierwszym po dwumiesięcznej przerwie przeznaczonej na odpoczynek i ciężkie treningi. W tej sytuacji dziewiąte miejsce w klasyfikacji generalnej i obecność w towarzystwie najlepszych tego wyścigu może tylko dobrze rokować przed ostatnim wielkim tourem w sezonie. Ale na pewno nie rozczarowywać.  

Drużyna INEOS (wcześniej Sky) wydaje się mieć w posiadaniu szyfr do Enigmy, która zakodowała wzór na zwycięstwo w Tour de Pologne na takiej trasie, z jaką mieliśmy do czynienia w ubiegłym i w tym sezonie. Co prawda droga do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Michała Kwiatkowskiego była inna niż Pavla Sivakova, ale nie można zaprzeczyć, że obie były równie skuteczne. Zresztą podopieczni Dave’a Brailsforda pokazują ostatnio, że mając młodych (i nie tylko) wartościowych kolarzy w drużynie potrafią znakomicie dostosować się do przebiegu  danego wyścigu i wyciągnąć z niego maximum biorąc pod uwagę posiadane zasoby. W rezultacie kolekcjonują zwycięstwa i udowadniają, że zakupy młodych i zdolnych były świetnym ruchem, który zaczął opłacać się już teraz, gdy w drużynie wciąż jeszcze ścigają się Geraint Thomas czy chwilowo wykluczony z powodu kraksy Chris Froome. Zwycięstwo Sivakova powinno cieszyć również polskich kibiców, ponieważ niebagatelny wkład ma w nie Michał Gołaś – jak zawsze na straży, a zwłaszcza w wyścigu, który zna chyba lepiej niż własną kieszeń. 

Jakże zatem pięknie wpisało się hasło promujące siedemdziesiąty szósty Tour de Pologne „Wyścig pokoleń” w rozstrzygnięcia na trasie. Brylowali przecież ci, którzy za chwilę dokonają zmiany na straży wielkich triumfatorów kolarskich imprez. Zwycięzca klasyfikacji generalnej ma 22 lata, zwycięzca ostatniego etapu 24, zwycięzca przedostatniego etapu 22-lata, vice-zwycięzca Jai Hindley 23 lata.

Wielki jednak żal, smutek i niezrozumienie tkwi w nas z powodu tego, że ten sam piękny i widowiskowy sport zabrał innego przedstawiciela młodego pokolenia, równie wartościowego i perspektywicznego.

Spoczywaj w pokoju, Bjorg.

Pamiętamy. 

 

Marta Wiśniewska