Foto: ASO/ Pauline Ballet

Zgodnie z “tradycją” trwającą już około 2 lata, po kolejnym Wielkim Tourze miałem przygotować dla Państwa oceny zamykające 23 poprzednie odsłony cyklu. Tegorocznego Tour de France nie da się jednak zamknąć w kilku punktach, jednoznacznie klasyfikując co było dobre, a co złe, krzywdząc zarówno zawodników, jak i momenty, będące symbolami tegorocznego wyścigu i odbierając im emocjonalną część.

Jeśli już o symbolach mowa, pierwszym i chyba najważniejszym z naszego punktu widzenia jest wybór fotografii do poniższego podsumowania całej imprezy. Nie jestem w stanie powiedzieć ile czasu zastanawiałem się nad zdjęciem, które najlepiej odda klimat tegorocznej Wielkiej Pętli. Fantastyczne zdjęcie Juliana Alaphilippe z Prat d’Albis? Nie, stracił. Ujęcie Egana Bernala atakującego na podjeździe pod Iseran? Lepiej nie, gdyż etap symbolizuje porażkę Francuzów. To może kapitalne ujęcie z ostatnich metrów podjazdu pod Tourmalet, na którym widnieją wszystkie najważniejsze persony? Tak, zdecydowanie!

Mówienie, że był to najlepszy Le Tour od lat jest już bardzo oklepane, choć jednocześnie do bólu prawdziwe. Działo się więcej, lepiej, mocniej, bardziej emocjonująco. Zasadniczo na palcach jednej ręki można policzyć etapy, które przebiegły wyjątkowo spokojnie. Idealnym tego przykładem jest fakt, że poważnie zastanawiałem się nad ilością etapów prawdziwie sprinterskich.

Przejdźmy jednak do sedna. Co w tym wyścigu było takie wyjątkowe? Emocje. To nie wyniki zrobiły z tegorocznej Wielkiej Pętli coś niespotykanego. To nie trasa była dziwna, dzięki czemu do gry weszli inni kolarze (choć trzeba przyznać, że organizatorzy wyciągnęli odpowiednie wnioski). To właśnie to, co działo się w naszych głowach sprawiło, że będziemy pamiętać tegoroczną Wielką Pętlę przez naprawdę wiele lat.

W tym miejscu warto wrócić do tematu symboli. Kiedy tak naprawdę uwierzyliśmy, że oglądamy odrodzone Tour de France, które wywinęło się spod topora o nazwie Sky/Ineos? Na Col du Tourmalet. Powiem więcej – przepiękny etap w Pirenejach pozwala dostrzec pewne podobieństwo z powstaniami, których w naszym kraju mieliśmy całe mnóstwo. Kiedy nadzieja już umiera, nagle pojawia się szansa na odrodzenie, a wraz z nią niesamowita euforia, która kończy się najzwyklejszym ściągnięciem na ziemię. Cóż, czy przez ponad tydzień walki w górach nie żyliśmy życiem zastępczym, jak mawiał Włodzimierz Szaranowicz?

Oto kilka punktów, które z racjonalnego punktu widzenia wydawały się być absolutnym nonsensem. Po pierwsze – Julian Alaphilippe może w górach obronić 1,5 minuty przewagi nad Geraintem Thomasem. Drodzy Państwo, to nie miało prawa się udać… a wcale nie dużo nie brakowało. Po drugie – Thibaut Pinot potencjalnym zwycięzcą wyścigu… ten, który do tej pory nie wygrał nic ważnego poza Il Lombardia, a jeszcze niedawno na zjazdach bał się rozwijać prędkość powyżej 70 km/h… i tu też wcale dużo nie brakowało. Ba, do etapu na Galibier Francuz naprawdę był najlepszy! Po trzecie – nadszedł koniec dominacji Team Ineos – drużyny, która tracąc pierwszego lidera, wciąż była w stanie zająć dwa pierwsze miejsca w klasyfikacji generalnej. My w to uwierzyliśmy, tak po prostu, zachowując się jak ludzie pod wpływem antydepresantów czy środków odurzających i… to było wspaniałe!

Cóż, w tym całym zamieszaniu nie da się nie wspomnieć o największym bohaterze tegorocznego wyścigu, czyli Julianie Alaphilippe. Bernal zrobił coś niesamowitego, zgoda. Pinot był bliski zrobienia czegoś niesamowitego. Prawdziwą gwiazdą TdF 2019 był jednak muszkieter ze stajni Patricka Lefevere. Ciężko opisać to, w jaki sposób Francuz bronił żółtej koszulki lidera. W jego jeździe było wszystko – siła, ambicja, umiejętności i serce. To był jego wyścig i niech nikt nie próbuje nawet powiedzieć inaczej.

Jeśli chodzi o Egana Bernala, chyba wszystko zostało już powiedziane. No, prawie wszystko. Dzień (a dokładnie kilka godzin) po jego zwycięstwie w Tour de France naszym obowiązkiem jest wspomnieć o osobie, która pozwoliła mu wypłynąć na szerokie wody. Mowa oczywiście o Giannim Savio. Wybitny włoski dyrektor nie tylko znalazł tak ogromny talent, ale także nauczył go europejskiego kolarstwa i dał błogosławieństwo do wygrania Tour de France. Nie spodziewaliśmy się, że przyjdzie to tak szybko, lecz… nie narzekamy. Panie Savio, w imieniu kolumbijskich kibiców, dziękujemy!

No właśnie, Kolumbijczycy! Z punktu widzenia czysto kibicowskiego, jeśli można tak to ująć, triumf Egana Bernala był dla kolarstwa najlepszy (zakładając, że po ponad 30 latach nie wygrałby Francuz). To, co działo się w niedzielę na Polach Elizejskich było więcej niż niesamowite. Kolumbia oszalała i będzie szaleć przez kolejne kilka dni.

Cóż, drogi Tourze… dzięki za to, ile emocji przyniosłeś mi w tym roku. Dzięki, że po kilku latach bycia do bólu przewidywalnym w końcu pokazałeś swoje prawdziwe oblicze. Dzięki Tobie przez ostatnie 3 tygodnie moje życie było inne, tak po prostu. Wyrwałeś mnie i wielu innych ludzi z codziennej rutyny, udowadniając swoją moc. Do zobaczenia za rok!