fot. Marta Wiśniewska / naszosie.pl

W Ostródzie, podczas oficjalnej prezentacji trasy Mistrzostw Polski w kolarstwie szosowym 2019 (28-30 czerwca) porozmawialiśmy z nowo wybranym prezesem Polskiego Związku Kolarskiego Krzysztofem Golwiejem. 

Co dla pana oznacza wybór na funkcję prezesa Polskiego Związku Kolarskiego?

– Czuję się bardzo zaszczycony, dla mnie to jest misja. Moje credo jest następujące: prezesem się bywa. Jestem odpowiedzialny za Polski Związek Kolarski, wiem, co jest do zrobienia, mam pomysły, które będę chciał zrealizować, ale żeby nie zapeszać – na tym poprzestanę.

Panie prezesie, nie jest tajemnicą, że jednym z największych problemów Polskiego Związku Kolarskiego są finanse, a właściwie ich brak. Jak rozwiązać ten problem? Rozmawiałam z poprzednim prezesem, Januszem Pożakiem, i on tak samo jak pan mówił, że ma pomysły, ale rozkładał ręce, ponieważ nie miał pieniędzy na ich zrealizowanie.

– Chciałbym zaznaczyć, że Związek to nie jest fabryka, która produkuje np. gwoździe i przecinaki. Owszem – jest kuźnią, ale talentów. I rozwijając te talenty, my także poprzez sport wychowujemy. Istnieje program ministerialny, że związki sportowe wspomagane są przez państwo, ale trzeba też wiedzieć, że ministerstwo nie rozrzuca tych pieniędzy na lewo i prawo, a daje tylko tym, którzy działają w majestacie prawa.

Mistrzostwa Polski w kolarstwie szosowym odbędą się drugi rok z rzędu w tej samej lokalizacji. Poprzednio zorganizowano je na ostatnią chwilę, długo nie było wiadomo, gdzie się odbędą itd. Czy pośród swoich pomysłów i planów ma pan również te dotyczące tej najważniejszej kolarskiej imprezy w Polsce?

– Ubiegłoroczne MP to był sukces – zarówno organizacyjny, jak i sportowy.

Ostatecznie to się udało. I chwała za to, ale co dalej?

– Tak, ponieważ to tworzą ludzie. Jeśli jest zaangażowanie i sprzyjający klimat, a zauważyłem, że tutaj w Ostródzie władze samorządowe są tej imprezie przychylne, to wtedy wszystko się udaje.

Jakie jeszcze ma pan pomysły dotyczące funkcjonowania Polskiego Związku Kolarskiego, które chciałby pan zrealizować podczas swojej kadencji?

– Jak pani pewnie wie nasze kolarstwo jest jak łańcuch w rowerze, w którym zerwało się jedno z ogniw. Nie pękło, ale się zerwało. Ja to wszystko obserwowałem i ubolewam z tego tytułu. Osobiście na pewno do tego nie dopuszczę. W ostatnich wyborach zostałem wybrany demokratycznie, nie było żadnych zakulisowych dwuznaczności i z tego powodu czuję się zaszczycony i podbudowuje mnie to do solidnej pracy na rzecz kolarstwa, Związku i młodych ludzi. Sam wyszedłem z kolarstwa i wiem, że to jest przepiękny sport i polecam go wszystkim. Z kolei, gdy ludzie masową jeżdżą na rowerze, to wówczas spośród nich można wydobyć takie diamenty jak Michał Kwiatkowski czy Rafał Majka.

Ci kolarze, których pan wymienił rozwinęli się i zdobyli umiejętności, które uczyniły ich zawodnikami z najwyższej półki za granicą. W bardzo młodym wieku opuścili Polskę i wyjechali do Włoch, do Hiszpanii, do Francji, aby znaleźć się w środowisku umożliwiającym im progres. Tymczasem rolą Polskiego Związku Kolarskiego jest między innymi to, aby stwarzał takie warunki w Polsce, czyż nie? Wzorem niech będzie chociażby Wielka Brytania i programy dla młodych kolarzy realizowane przez British Cycling.

– Pani redaktor, i bardzo dobrze, że poszli w świat, ponieważ w dzisiejszych czasach mamy go w zasięgu ręki. Jeśli zamarzy się pani pójść do fryzjera w Paryżu, to wsiada pani w samolot, dwie godzinki, i jest pani na miejscu. Tak samo z kolarzami. W drużynach World Tour ścigają się najlepsi zawodnicy i chwała dla naszych kolarzy, że byli tam pożądani. To nie jest tak, że dostali się tam dzięki protekcji – oni są tak ukształtowani sportowo, że są tam przydatni, chciani i niechętnie te drużyny chcą się ich pozbyć. Zasada jest taka: nie ważne skąd, tylko ważne, z czym przychodzisz. Przecież Michał Kwiatkowski wyrósł z wyścigu Nutella Mini Tour de Pologne, wyścigu dla dzieci. Kto wie, czy tutaj po Ostródzie nie jeździ ktoś z tzw. buławą w plecaku, o kim usłyszymy w przyszłości, że będzie święcił triumfy w wyścigach największej rangi.

Jeśli trzymać się pana analogii fryzjera w Paryżu, to jeśli polskie władze stworzą odpowiednie warunki przedsiębiorcom, to prestiżowe salony znajdę także tutaj, w Ostródzie czy w pobliskim Morągu, z którego pochodzę. To samo z kolarstwem – jeśli Związek stworzy zawodnikom odpowiednie warunki do rozwoju, to nie będą musieli wyjeżdżać w nastoletnim wieku z Polski, opuszczać rodziny, przyjaciół i zmagać się z tęsknotą i pustką, a w zamian będą mogli w stu procentach skupić się na trenowaniu. Pan dobrze wie, że może przyjść moment, w którym chociażby całkowicie niedofinansowani kolarze torowi przyjdą do pana i powiedzą: panie prezesie, my oczekujemy od pana pomocy.

– Żebyśmy się dobrze zrozumieli: mówiąc o fryzjerze w Paryżu miałem na myśli chęć, a żeby ta chęć była, żeby stworzyć jakiekolwiek warunki zawodnikom, czytaj budżet, klub, to znaczy, że firma, która chce lansować się, promować poprzez sport, musi mieć na to pieniądze. Taka zawodowa grupa kolarska jest jak zakład produkcyjny – tam potrzebny jest budżet. Dopóki na naszych terenach nie będzie firm, które ich na to stać, to niestety musimy poczkekać. Ale mamy już jedną drużynę w World Tourze – CCC. Nasza polska firma, nasza duma, że Polak coś potrafi. Kiedyś to było nie do pomyślenia – tak jak pani wspomniała – że ktoś wyjechał na Zachód, dostał parę dolarów i tyle. Teraz Polacy coś znaczą, chociażby Piotr Wadecki, który jest dyrektorem sportowym [w CCC Team], który ma wiele do powiedzenia, do którego zwracają się ludzie z Zachodu. Współcześni dyrektorzy, zawodnicy władają językami. To jest ta wartość dodana.

Jeszcze jedna bardzo istotna kwestia dotycząca funkcjonowania Polskiego Związku Kolarskiego. Relacje z Ministerstwem Sportu i Turystyki, które drastycznie pogorszyły się w ostatnim czasie z powodu problemów, które Związek sam sobie sprawił. Co zamierza pan z tym zrobić?

– Proszę pani, gdy nastąpił rozłam, ja jako przewodniczący komisji rewizyjnej tam byłem i dokładnie widziałem, dlaczego tak się stało. Nie chcę już wracać do przyczyn, bo określiłem je w swoim raporcie. Nie wolno gryźć ręki, która karmi. Największymi mecensami sportu są ministerstwo i sponsorzy. Sponsorzy byli, ale zostało to zdewaluowane i zaprzepaszczone z powodu płytkich kalkulacji. Po to wystartowałem w wyborach, ponieważ wiem, jak nie wolno robić.

Rozumiem zatem, że antidotum stanowią nowi ludzie i nowe zasady oraz wyciągnięte wnioski z błędów poprzedników.

– Nie mam zamiaru powielać błędów moich poprzedników, ponieważ było mi wstyd za ich zachowanie. Był apel ministra [Witolda Bańki]: wszyscy nowi. Dla mnie to było jasne – nie ma, że ten mniej, ten więcej. Trzeba wyjść z otwartą ręką do tego, który nas utrzymuje, a przecież mieliśmy dwudziestomilionowy budżet, który został zaprzepaszczony.

Odwiedzi pan Ostródę podczas MP?

– Oczywiście, że będę tutaj w tych dniach [28-30 czerwca]. Mam do tego miasta wielki sentyment, stąd przecież startował Tour de Pologne, a nie jest tajemnicą, że przez wiele lat współpracuję przy organizacji tego wyścigu z Czesławem Langiem. Natomiast co do trasy – niektórzy narzekają na brak gór, a ubiegłoroczna edycja pokazała, że wystarczy wyścig rozgrywany w wysokim tempie i nie będzie przypadków. Na szczęście zawodnicy wciąż cenią sobie biało-czerwoną koszulkę.

Rozmawiała Marta Wiśniewska