W kalendarzu pojawiło się przypomnienie o zbliżającym się terminie kolejnego felietonu, spróbowałem więc sobie gdzieś na serwetce spisać możliwe tematy. Łatwo nie było, bo napędzało mnie pragnienie napisania czegoś pozytywnego, a tymczasem czegokolwiek bym nie dotknął, wszędzie pojawia się jakiś problem.

Cokolwiek dobrego nie napisać o Rafale Majce, zawsze znajdzie się ktoś rozczarowany. CCC – wciąż słabo, przecież obiecywali więcej, a zwycięstwo w Hammer Series się nie liczy, bo to zawody „pod publiczkę”. (Tak swoją drogą… a Wielkie Toury to nie?). Wybory w PZKol… dobra, zostawmy to; trochę się zagalopowałem.

Już myślałem, że z odsieczą przyjdzie mi wiecznie uśmiechnięty Czarek Benedetti, ale zaraz po tym przeczytałem, że jego zwycięstwo to akt samolubny, a w ogóle taktyka Bory to jakieś nieporozumienie, bo zamiast chuchać i dmuchać na swojego lidera, ganiają Poljana za jakąś głupią koszulką, w dodatku w kolorze, którego nazwy nie sposób zapamiętać.

Ostatnim bastionem dobrego samopoczucia ludzi zainteresowanych kolarstwem okazuje się Strava. Tam przynajmniej towarzystwo cieszy się drobnymi sukcesami (ja również!). A wszyscy inni robią to źle. No i jeszcze ten „wyjątkowo zimny maj”…

Od kilku ładnych lat próbuję zrozumieć ten fenomen i – przyznaję szczerze – idzie mi średnio. Tłumaczę sobie na wszelkie sposoby, że przecież porażki zdarzają się w sporcie statystycznie znacznie częściej, niż sukcesy, co wynika choćby z rachunku prawdopodobieństwa. Gdyby trzymać się ściśle celów, jakie wyznaczają sobie sportowcy przed każdą większą imprezą, już samo jej rozgrywanie pozbawione byłoby większego sensu. Zwycięstwo można by równie dobrze rozlosować wśród kandydatów do zwycięstwa, piąte miejsce przyznać temu, kto zadeklarował, że czuje się na siłach walczyć o piątkę, a wszystkich od miejsca 11 w dół ustawić według wzrostu, wagi lub rozmiaru buta, bo przecież kolejność poza pierwszą dziesiątką i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Walka okazałaby się zbędna, bo przecież samo jej podjęcie zakłada, że komuś z walczących pójdzie gorzej, niż przewidywał, więc po co podejmować niepotrzebne ryzyko? Złóżmy deklarację, niech państwo będą zadowoleni.

Gdybyśmy w taki sam sposób, w jaki traktujemy kolarstwo, traktowali na przykład lekkoatletykę, szybko doszlibyśmy do wniosku, że organizowanie imprez mistrzowskich mija się z celem, bo przecież z grubsza dobrze wiemy, kto na 100 metrów jest najszybszy, a kto może zostać w domu i zaoszczędzić na biletach i hotelu. Tymczasem co chwilę organizuje się rozmaite mistrzostwa, gdzie na starcie stają dziesiątki zawodników i każdy, dopóki nie ukończy swojej konkurencji, mocno wierzy w to, że ma – przynajmniej teoretyczne – szansę na jej wygranie.

Wpadliśmy w pewną dziwaczną manierę traktowania w kategoriach obietnicy tego, co sportowiec stawia sobie za cel swojej walki i zupełnie zapominamy, że realizacja tego celu nie zależy wyłącznie od niego. Tym bardziej, że na starcie staje jeszcze co najmniej kilku innych facetów, którzy stawiają sobie podobne zadania. Co jeszcze zabawniejsze: każda próba opowiedzenia jakiejś grupie odbiorców o tych celach, niezwłocznie włącza dziennikarzy w krąg podejrzanych, którzy „pompują balon oczekiwań” dla obietnic, które pozostają później niespełnione.

Chciałoby się w tym momencie zakrzyknąć: „Więcej luzu! To tylko sport!”. Ciężka codzienna praca tych ludzi, którzy walczą z rachunkiem prawdopodobieństwa i niemożliwymi do przewidzenia i zaplanowania okolicznościami, jakie zdarzają się na trasie. Ale dla nas, siedzących przed telewizorem, przed którym z niespodziewanych zdarzeń grozić nam może jedynie wylanie sobie herbaty na kolana, to przecież tylko rozrywka.

Próżno szukać w social mediach wyznań typu: „Nie udało mi się schudnąć 7 kilo, jestem skończony!”. Albo: „Kolejny rok stracony, a ja ciągle nie awansowałem!”. „Już nie jestem tym Iksińskim, co kiedyś…”. Za to Internet pęka w szwach od „sukcesów”: wyjścia na spacer, wyjazdu na wakacje, piwa z kumplami, obejrzanego od jednego przysiadu serialu czy (znacznie rzadziej) przeczytanej książki.

Dlaczego zatem od sportowców oczekujemy więcej, niż od samych siebie? Dlaczego stawiane sobie przez nich cele interpretujemy jako zawarcie umowy, której później nie udaje im się dotrzymywać? Dlaczego na nasze własne porażki potrafimy machnąć ręką, a ich przegrane stają się przedmiotem niekończących się dyskusji, w których (to nasz kolejny niewątpliwy sukces) zawsze wiemy najlepiej, co się tak naprawdę wydarzyło?

Przecież bez względu na to, które miejsce w Giro ostatecznie zajmie Majka, wciąż będzie jednym z zaledwie kilkunastu kolarzy na świecie, którzy w ogóle mają szansę i możliwość podejmowania tego typu wyzwań. Jeszcze kilka lat temu bralibyśmy taki wynik w ciemno. Dlaczego dziś nas nie zadowala? Bez względu na to, ile zwycięstw wpadnie w tym sezonie na konto CCC Team, mamy w końcu profesjonalną ekipę w gronie zaledwie 18 najlepszych drużyn na świecie. Przecież jeszcze przed rokiem nikt z nas nawet nie przypuszczał, że polska ekipa może się znaleźć w tym elitarnym gronie. Dziś to za mało, żeby się cieszyć? Bez względu na to, kto będzie zarządzał w PZKol… no dobra, zostawmy to; trochę się zagalopowałem…;)

Więcej luzu! Przecież to tylko sport!