Mitchelton - Scott

Nie ma chyba właściwszego momentu na rozpoczynanie od nowa niż początek stycznia, niezależnie od tego, czy mówimy o porannej gimnastyce, ograniczeniu spożycia cukrów czy też kolarskim sezonie. A zatem zawodowi cykliści kolejny raz staną na starcie w położonej gdzieś pod naszymi stopami Adelajdzie, i choć wszystko przebiegać będzie według wypracowanego przez lata schematu uwzględniającego przytulanie małych kangurków, wyścigową premierę nowych strojów, błędne przypisywanie nazwisk do ekip i nazw drużyn do stanu na rok 2019, nie obędzie się bez zmian. Długo wyczekiwana rotacja kolejności rozgrywania etapów stała się bowiem faktem, co oznacza, że 21. edycja Santos Tour Down Under może być najlepszym z nieważnych wyścigów, jakich nie przyjdzie nam obejrzeć.

Korzystne ułożenie kalendarza sprawiło, że podczas przerwy świąteczno-noworocznej można było zafundować sobie prawie dwa tygodnie urlopu za półdarmo, jednak powroty do znacznie częściej ołowianej niż śnieżnobiałej rzeczywistości po tak długim festiwalu barszczu, pierogów i Igristoje bywają trudne. Czy świadomość, że pod naszymi stopami istnieje alternatywny świat w którym panuje lato, opaleni surferzy sączą na białych plażach bursztynowe piwo, a zawodowi cykliści fotografują osobliwości fauny antypodów ułatwi sytuację? O tym nie jestem przekonana, jednak z pewnością pozwoli uporządkować sobie istotne fakty.

Czego odkąd tylko zaczęłam pisać o kolarstwie nie ukrywam, przychylam się ku dość konwerwatywnemu i europocentrycznemu poglądowi, wedle którego właściwy sezon szosowy rozpoczyna się w Belgii w ostatni weekend lutego. Tour Down Under ma to do siebie, że w formie w czasie rozgrywania imprezy są wyłącznie Australijczycy oraz mieszkańcy okolicznych wysp, co sprawia, że gwiazdy większości bohaterów tygodni dzielących Mistrzostwa Australii i Omloop Het Nieuwsblad rozbłysną i zgasną na długo zanim walka na najważniejszych z kolarskich aren rozpocznie się na dobre. Nie oznacza to jednak, że będzie to czas stracony.

Warto zarwać kilka nadchodzących nocy, by bez nadmiernego zażenowania utrwalić sobie, że Omega Pharma (ekhm) to teraz Deceuninck – Quick Step, Greg Van Avermaet jeździ w CCC Team (i nie ma w tym nic śmiesznego), a zawodnicy Team Sunweb zamienili gustowną czerń na nieprzestającą być w modzie czerwień. I o ile na ostateczny werdykt dotyczący kolarskiej mody na sezon 2019 przyjdzie nam poczekać do chętniej pokazywanych przez europejskie stacje imprez, można mieć nadzieję, że te trwające od najbliższego wtorku do niedzieli wyliczanki nieco ułatwią wdrożenie się w nowe realia.

W przypadku imprezy WorldTouru nie można oczywiście całkowicie pominąć aspektu sportowego rozgrywanego na antypodach wyścigu, nawet jeśli wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że nie jest to czas ani miejsce na jakiekolwiek fajerwerki. Nie można się znacznie pomylić mówiąc, że Santos Tour Down Under jest wyścigiem tak australijskim, jak włoskie niegdyś było Giro d’Italia, tylko jeszcze bardziej. Kłam takiemu stwierdzeniu zadaje co prawda dość nietypowa pod tym względem zeszłoroczna edycja, podczas której gospodarze triumfowali w zaledwie dwóch spośród sześciu etapów, a zwycięzcą w klasyfikacji generalnej został pochodzący z Republiki Południowej Afryki Daryl Impey. Trzeba jednocześnie pamiętać, że ścigał się on w barwach ekipy Mitchelton-Scott, a w ciągu poprzednich dwóch lat gospodarze nie oddali gościom ani jednego odcinka. Potwierdza to, że dla wielu australijczyków możliwość zaprezentowania się z jak najlepszej strony przed lokalnymi sympatykami dyscypliny nie przestaje być istotnym celem sezonu, podczas gdy pojawiające się niezbyt tłumnie przyjezdne gwiazdy zawodowego peletonu wybierają Australię, by pokręcić w słońcu i z dala od medialnego szumu.

Na szczęście wzorowa organizacja wyścigu, zwariowani kibice z antypodów i stara, a jednak przearanżowana trasa powinny zrekompensować dość przewidywalną w odniesieniu do wyników sportowych narrację i sprawić, że zarwanie kilku nocy celem podziwiania zmagań peletonu na tle zdumiewającej przyrody będzie warte swojej ceny.

Trasa Tour Down Under 2019

Etap 1, 15 stycznia: North Adelaide  › Port Adelaide  (128,5 km)

Rywalizacja rozpocznie się w stanowiącej zielone przedmieścia Adelajdy North Adelaide i również w największym mieście Australii Południowej znajdzie swój finał, za sprawą finiszu wyznaczonego w często odwiedzanym przez wyścig Port Adelaide. Na pagórkowatej trasie o długości 128,5 kilometra nie zabraknie przeszkód – w tym doskonale rozpoznawanego przez fanów kolarstwa Paracombe, jednak wszystko powinno zakończyć się sprintem z peletonu, tym bardziej, że kończąca rywalizację wietrzna runda została usunięta z programu.

Etap 2, 16 stycznia: Norwood  › Angaston  (149 km)

Drugi dzień rozgrywania australijskiej imprezy to nieco dłuższy dystans i nieco poważniejsze pagórki, na czele z umiejscowionym w otwierającej rywalizację części trasy Checker Hill (2.0 km, 5.7%). Również meta etapu w słynącej z produkcji znakomitego wina Barossa Valley położona jest na niewielkim wzniesieniu, jednak są to nachylenia, które powinny przypaść do gustu najszybszym uczestnikom tegorocznej edycji Santos Tour Down Under.

Etap 3, 17 stycznia: Lobethal  › Uraidla  (146.2 km)

Ponad sześciokrotnie pokonywana runda po otaczających Adelajdę wzgórzach na profilu wygląda relatywnie niegroźnie, jednak w rzeczywistości rywalizującym zawodnikom przyjdzie pokonać ponad 3 300 metrów przewyższenia – czyli więcej, niż większości z nich miałaby ochotę podczas trzeciego dnia kolarskiego sezonu. Sprawi to, że podobnie jak przed rokiem, odcinek z metą w Uraidli będzie stanowić ważny sprawdzian przed pojedynkami na Corkscrew Road i Willunga Hill.

Etap 4, 18 stycznia: Unley  › Campbelltown  (129.2 km)

Po zaledwie rocznej przerwie powraca interesujący finisz w Campbelltown, jak zwykle poprzedzony wspinaczką pod stromą Corkscrew Road (2.5 km, 9.0%) i zjazdem niemal do samej mety. Kiedy wyścig odwiedził tę miejscowość po raz ostatni (2016) triumfował Caleb Ewan, jednak można się spodziewać, że w zależności od sytuacji w klasyfikacji generalnej, w akcji zobaczymy walczących o cenne bonifikaty liderów lub rywalizujących o etapowy sukces harcowników.

Etap 5, 19 stycznia: Glenelg  › Strathalbyn  (149.5 km)

Po znacznie dłuższej przerwie powraca natomiast na mapę wyścigu Strathalbyn. Nieco większe wzniesienia w pierwszej części etapu dają nadzieję na zawiązanie się całkiem solidnego odjazdu, jednak najprawdopodobniej sobotnia rywalizacja zakończy się sprinterskim pojedynkiem z dużego peletonu.

Etap 6, 20 stycznia: McLaren Vale  › Willunga Hill  (151.5k)

Chleb, sól i jedyny cel istnienia Tour Down Under, królewski etap z metą na Willinga Hill. A może to jedynym celem istnienia Willunga Hill jest goszczenie finiszu australijskiej etapówki? Stanowiący symbol imprezy odcinek zostanie w tym roku rozegrany jako ostatni, co w zamyśle organizatorów ma uczynić rywalizację w wyścigu jeszcze bardziej dynamiczną i atrakcyjną dla kibiców.

Tradycyjnie już, pierwsza część etapu będzie stosunkowo łatwa, lecz w końcówce jak zwykle można liczyć na rozgrywaną w szalonym tempie batalię o tytuł króla australijskiej imprezy. Podobnie jak w poprzednich latach, finałowa wspinaczka (1. kat, 3 km, 7,6%) pojawi się na trasie dwukrotnie. Czy Richie Porte ponownie okaże się najlepszy? I czy to wystarczy, by wygrać wyścig?

Zazwyczaj trudno jest podejmować się dogłębnej analizy faworytów, kiedy wielu zawodników nie przejechało w tym sezonie ani jednego kilometra wyścigowego, jednak Santos Tour Down Under rządzi się swoimi prawami. Z pewnością po zeszłorocznym sukcesie wydrapanym w stylu nieobecnego już w zawodowym peletonie Simona Gerransa, na kolejne zwycięstwo w klasyfikacji generalnej imprezy liczyć będzie Daryl Impey (Mitcheton-Scott), zazwyczaj doskonale dysponowany w tej części sezonu. Na rewanż będzie natomiast miał nadzieje papierowy faworyt każdej ostatniej edycji australijskiej etapówki, Richie Porte (Trek-Segafredo), któremu nawet przekonujące zwycięstwo na Willunga Hill odniesione przed rokiem nie przeszkodziło w przegraniu wyścigu, który z łatwością powinien był wygrać.

Jako jego najpoważniejsi konkurenci w walce o tytuł słusznie typowani są przepadający za australijskimi wyścigami Michael Woods (EF Education First Cycling Team) i Wout Poels (Team Sky), choć trudno z góry wyrokować, jak przyzwyczajony do rozpoczynania sezonu w hiszpańskich etapówkach Holender przeżyje swój debiut na antypodach.

Nie można również zapominać o Jayu McCarthym (Bora-hansgrohe), Nathanie Haasie (Katusha-Alpecin) i Rohanie Dennisie (Bahrain Merida !!!), którzy zawsze, przynajmniej do pewnego etapu, prezentują się świetnie w pierwszym wyścigu World Touru sezonu, jednak jeszcze bardziej interesującym wydaje się, co zaprezentuje rozwijający się powoli lecz sukcesywnie George Bennett (Jumbo-Visma).

Innymi zawodnikami, na których warto zwrócić uwagę, są Pierre Latour (Ag2r La Mondiale), Diego Ulissi (UAE-Team Emirates), Domenico Pozzovivo (Bahrain Merida) i Tom-Jelte Slagter (Dimension Data).