Michał Kapusta / naszosie.pl

Doping to od lat największy wróg zawodowego sportu. Przynajmniej tak się wydaje. W niektórych dyscyplinach praktycznie całkowicie go wyplewiono, w innych nawet nie ruszono, jak się wydaje, zamiatając sprawę pod dywan. Czasem, kiedy coś “dużego” wyjdzie na jaw aż nasuwa się pytanie, czy walka z dopingiem w ogóle ma sens.

W kolarstwie, od wielu lat prowadzono wiele projektów, którego celem było całkowite usunięcie dopingu z peletonu. Nie da się ukryć, że działania przyniosły naprawdę duży efekt. Paszporty biologiczne, dużo częstsze kontrole, cały szereg zakazów i ściśle pilnowanych procedur – to tylko kilka pomysłów UCI, które wprowadzone w życie sprawdziły się. Oczywiście nie udało się wyrzucić ze stawki wszystkich oszustów, lecz nie można powiedzieć, że nic z problemem nie zrobiono.

Choć czasem, jak choćby w przypadku Chrisa Froome’a, decyzja UCI i WADA może wywoływać mieszane uczucia, należy zauważyć, że cały proces badania sprawy Brytyjczyka został nagłośniony. Kibice wiedzieli o wszystkim, a odpowiednie służby robiły co do nich należy, zupełnie się z tym nie kryjąc. Wiele osób przesłuchiwano, drugie tyle zaangażowano w zbieranie dodatkowych danych i ich późniejsze badanie oraz opisywanie. Po całym kilkumiesięcznym procesie decyzja była więc podjęta słusznie, choć, w tym także wielu z nas, nie mogło się z nią zgodzić. W końcu przepisy zostały złamane (a przynajmniej tak to wyglądało). Chyba nikt nie zaprzeczy, że cała sytuacja mocno uderzyła w reputację samego zawodnika, jak i jego zespołu.

Jak wiadomo, nie inaczej podchodzi się do tematu dopingu w takich sportach jak podnoszenie ciężarów. Tam także każdy z zawodników ma przez mainstream przylepioną łapkę “koksiarza”, a nie da się ukryć, że wszystkie związki działają szybko, prężnie i co najważniejsze, skutecznie. Przekonało się o tym naprawdę wielu sportowców, którzy nawet bardzo delikatnie próbowali nagiąć przepisy.

Teraz spójrzmy na bardzo podobną sytuację w piłce nożnej, która wyszła na jaw w ostatnich dniach. Mowa oczywiście o “aferze” z udziałem kapitana Realu Madryt, Sergio Ramosa. Za pośrednictwem Football Leaks oraz Der Spiegel, na świat wypłynęła informacja o “oblaniu” testu antydopingowego przez hiszpańskiego obrońcę po finale Ligi Mistrzów w sezonie 2017. Wówczas w jego moczu wykryto deksametazon – środek zakazany, chyba że… lekarz drużyny zgłosi, iż z jakiegoś powodu podał go zawodnikowi.

Jak możemy przeczytać w tekście opublikowanym w niemieckim piśmie, tym razem osoba odpowiedzialna za zdrowie zawodników Realu, zapomniała (!) zgłosić tego do UEFA, gdyż było to działanie wręcz “tradycyjne”. Co na to Europejska Federacja Piłkarska? Mówiąc wprost – poprosiła Real, aby sytuacja się nie powtórzyła i zamknęła sprawę, “sprawdzając uzasadnienie klubowego lekarza w przepisach WADA”, czyli wierząc mu na słowo i nie rozpoczynając nawet porządnego dochodzenia. Nie zrobiono więc zupełnie nic.

Proszę teraz wyobrazić sobie podobną sytuację w peletonie. Z resztą, można użyć nawet sytuacji z Chrisem Froomem, bo jest ona stosunkowo podobna. Ekipa Sky, według informacji procesowych, miała pełne uzasadnienie na zwiększenie stężenia salbutamolu w organizmie zawodnika, a wszystko skończyło się ponad półroczną telenowelą dopingową. W przypadku Ramosa, absolutne złamanie procedur antydopingowych (!) spotkało się jedynie z pogrożeniem palcem. Czy nie jest to duże uderzenie w wiarygodność UEFA? Czy może “w piłce nie ma dopingu”? Przykro mi, ale wygląda na to, że mamy do czynienia z podwójnymi standardami.

Co więcej, mowa tu o finale Ligi Mistrzów, czyli najważniejszym meczu międzyklubowym w roku i to w sezonie bez dużej imprezy międzynarodowej (do której osobiście zaliczam Euro i Mundial). Czy w kolarstwie można byłoby sobie wyobrazić, aby zawodnik nie został skontrolowany przed tak ważnym wydarzeniem? Jestem wręcz pewny, że paszport biologiczny Ramosa nie pozwoliłby mu w rozegrać spotkania. Ba, nie daj Boże, aby Real był jeszcze w tym czasie członkiem MPCC.

Proszę sobie teraz wyobrazić wyżej nakreśloną sytuację. Mielibyśmy do czynienia z naprawdę głośną aferą, w której zdecydowanie najbardziej winnym byłaby osoba odpowiedzialna za zgłoszenie podania dekametazonu kapitanowi Królewskich do UEFA. Przez co najmniej kilka tygodni prasa rozpisywałaby się o możliwych rozstrzygnięciach z Ramosem w składzie, “głupich” przepisach itp. A przecież w naszej ukochanej dyscyplinie nikt nawet nie miałby prawa pisnąć choć słówka, ponieważ podstawowa procedura została złamana.

W takich sytuacjach aż odechciewa się walczyć z dopingiem. W końcu jaką mamy mieć pewność, że więcej spraw i to znacznie ważniejszych nie jest zamiecionych pod dywan i nie mówię tu o samym futbolu. A może po prostu czas pogodzić się z mianem “dopingowego kozła ofiarnego”.