fot. Kacper Kirklewski / naszosie.pl

Tylko pozornie można się dziwić temu, że to na twarzy Marcina Białobłockiego (Steele Davis Via Roma) malował się większy zawód (mimo że zdobył srebrny medal w jeździe indywidualnej na czas) niż na obliczu Michała Kwiatkowskiego (Team Sky), brązowego medalisty. Wystarczy głębiej się zastanowić i zrozumieć pewne istotne różnice pomiędzy oboma kolarzami. 

Marcin Białobłocki od lat specjalizuje się w samotnej walce z czasem – ostatnio odnosząc sukcesy przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, gdzie dyscyplinę tę darzy się szacunkiem i dużym zainteresowaniem. “The Polish Machine” chciał wreszcie potwierdzić swoje umiejętności na krajowym podwórku, ale i tym razem się nie powiodło – zabrakło 17 sekund do świetnie dziś dysponowanego Macieja Bodnara.

Co ja mogę powiedzieć? Maciek to jeden z najlepszych kolarzy na świecie… To nie jest tak hop-siup, że się przyjeżdża i wygrywa. Trasa była ciężka i wymagała ode mnie innego rytmu niż te, na których w tym roku się ścigałem. Jest w porządku, ale jednocześnie czuję duży niedosyt

– powiedział chwilę po dekoracji Marcin Białobłocki.

Pytałam zatem “Białego”, na czym polegała trudność tej trasy. Wiatr? Interwały?

Wiatr mi nie przeszkadzał, ale trudna była ta “interwałowość”, no i kiepski asfalt rozwalał cały rytm…

– wyjaśnił mi Białobłocki, który poniekąd z przyczyn logistycznych nie wystartuje w wyścigu ze startu wspólnego, ponieważ nie mógł wziąć do samolotu trzech rowerów, a jako drugi wolał zabrać zapasową czasówkę.

Z kolei po byłym mistrzu Polski w jeździe na czas nie było widać rozczarowania. Polak, gdy zjechał z trasy, z uśmiechem podjechał do przyjmującego gratulacje Bodnara, podał rękę i powiedział: “Bodi, jak zawsze – dzięki za walkę”.

Następnie udał się do swojego kampera niczym do tego, w którym miał mieszkać swego czasu Richie Porte, przebrał się, porozdawał autografy i zdjęcia, a idąc na podium rzucił do mnie, że pogadamy po dekoracji. Trzymałam za słowo.

Organizator miał ciekawy pomysł, żeby zorganizować jazdę indywidualną na czas tutaj, w okolicach miejsca, gdzie rozegrała się słynna bitwa. 33-kilometrowy dystans był nie za krótki, nie za długi. Fajnie też dla kibiców, bo mogli zobaczyć nas aż trzykrotnie.

Jeżeli idzie zaś o samą jazdę to cóż – starałem się wybronić, ale może właśnie dlatego, że chciałem za bardzo – nie wyszło. Zacząłem bardzo, bardzo szybko, za co zapłaciłem utratą sił w końcówce. Jednak jak się rywalizuje z takimi kolarzami jak Maciej Bodnar czy Marcin Białobłocki, to trzeba mieć świadomość, że za każdy mały błąd się zapłaci. Mimo wszystko cieszę się, że udało się wskoczyć na podium. Walczyliśmy jak równy z równym, gratulacje dla Maćka!

– dotrzymywał obietnicy Kwiatkowski.

W poniedziałek po wyścigu ze startu wspólnego, podczas którego “Kwiato” będzie rywalizował w towarzystwie kolegów z Team Sky Michała Gołasia i Łukasza Wiśniowskiego, wróci w Alpy, gdzie będzie kontynuował przygotowania do Tour de France.

Teraz moje oczy zwrócone są ku Tour de France, więc fajnie było przepalić nogę i sprawdzić dyspozycję. Dziękuję również organizatorom, że przenieśli czasówkę na piątek, bo dzięki temu mogłem wystartować zarówno w jeździe indywidualnej na czas, jak i będę mógł pojawić się na wyścigu ze startu wspólnego

– powiedział Michał Kwiatkowski.

Były mistrz świata docenił, że wisienka na torcie krajowego czempionatu, czyli start wspólny, odbędzie się na dystansie 204, a nie np. 260 kilometrów. Polak ma nadzieję na dynamiczny i interesujący wyścig.

Z Pól Grunwaldzkich Marta Wiśniewska