Fot. Giro d`Italia

Drugi etap tegorocznego Giro d’Italia był od początku dedykowany sprinterom. Jak się jednak okazało, pośród spokojnych, płaskich odcinków, kolarze zgotowali sobie niemałe piekiełko.

Plusy:
Różowe szaleństwo
Mimo, że start Giro d’Italia nie był w Izraelu specjalnie reklamowany, przy trasie dzisiejszego etapu zebrały się prawdziwe tłumy kibiców. Nie da się ukryć, że organizacja tak dużego wyścigu za granicą powinna przynosić właśnie taki efekt, co bardzo nas cieszy. Co prawda niektórzy kibice przesadzali aż z “dzikością” dopingu, lecz także to miało swój niepowtarzalny klimat.

Akcja dnia
Gdyby nie rozgrywka ekipy BMC, dzisiejszy etap byłby naprawdę nudny. Dlatego też rozegranie przez amerykański zespół lotnej premii w Cezarei, które przyniosło Rohanowi Dennisowi prowadzenie w klasyfikacji generalnej było najważniejszym i najciekawszym wydarzeniem dnia. Ciekawe czy Australijczyk dowiezie róż aż do Etny…

Minusy:
Włoski brak kultury
Jedyna górska premia na dzisiejszym etapie miała być największym “triumfem” ekipy Israel Cycling Academy podczas całego “Grand Depart”. Niestety, kiedy Guillaume Boivin zbliżał się do szczytu wzniesienia, odpuścić nie zamierzał Enrico Barbin, który koniecznie chciał przejąć koszulkę górala, choć dla niego takich możliwości będzie jeszcze wiele. W ten sposób udowodniono nam, że kolarska kultura zaczyna odchodzić do lamusa. A szkoda.

Przesadne szaleństwo
Choć Jakub Mareczko był przed samym finiszem na bardzo złej pozycji, jego decyzja o tak szybkim rozpoczęciu była od początku skazana na niepowodzenie. Choć widać, że Kuba ma w sobie ogromną moc, wciąż brakuje mu odpowiedniego czucia w pojedynku z lepszymi rywalami. Szans jeszcze kilka się znajdzie, oby zostały przez niego wykorzystane.