Twitter / Vuelta a San Juan

Po wielu latach męczarni i narzekań, telewizja przygotowująca relację z Vuelta de San Juan (wcześniej odpowiedzialna za Tour de San Luis) poszła po rozum do głowy i wzięła się porządnie do pracy. Dzięki temu mamy możliwość oglądania argentyńskiej imprezy z bliska, co wydawało się być wręcz nieosiągalne. Czy Argentyńczycy zrozumieli potęgę telewizji?

O historii kolarstwa w południowej Ameryce możemy powiedzieć bardzo niewiele. Nie da się ukryć, iż nasz ukochany sport nie jest tam bardzo popularny, a co za tym idzie, uprawia go zaledwie niewielki odsetek społeczeństwa (Kolumbia to wyjątek potwierdzający regułę). Dodatkowo, brakuje tam głębokich, kolarskich tradycji. Wystarczy spojrzeć na najlepszych kolarzy z Argentyny w historii. Czołowa trójka… wciąż jeździ, a sukcesów brak.

Zważając na to, nie powinniśmy być specjalnie zdziwieni sposobem podchodzenia “południowców” do ich najważniejszego wyścigu w sezonie. W końcu dla nich taka impreza jest równie egzotyczna, co dla nas baseball. Tym samym produkcja “show gadających głów” zamiast relacji z prawdziwego zdarzenia miała swoisty cel rozrywkowy… a przynajmniej taką mamy nadzieję.

Wydaje się jednak, że Argentyńczycy poszli po rozum do głowy, a przynajmniej wskazuje na to relacja live z pierwszego etapu imprezy. Po 11 latach od pierwszej edycji i 8 latach od zwycięstwa w generalce Vincenzo Nibalego (!), telewizja przygotowująca przekaz, pewnie za namową organizatorów, dokonała wszelkich starań, by relacja wyglądała jak najlepiej. Tym samym, niezgodnie z tradycją, w tym roku możemy korzystać z bardzo dobrze przygotowanego produktu.

Czy Argentyńczycy zrozumieli potęgę telewizji? Być może. Nie da się ukryć, że tegoroczny live zdecydowanie bardziej przyciąga nas do południowego kraju, niż jego poprzednie wersje. Czy pójdzie to w parze z większymi wpływami od sponsorów i rozwojem imprezy? Mamy taką nadzieję.