Michał Kapusta / naszosie.pl

Przygotowując się do nowego sezonu, warto postawić sobie pytanie, które potrafi zasiać zwątpienie w sercach najwierniejszych fanów. Na ile to, co oglądamy, jest rzeczywiście prawdziwą sportową rywalizacją?

O tym, że w słusznie minionej „EPOce” kolarstwo szosowe było przeżarte dopingiem nie trzeba nikogo przekonywać. W szesnastoletnim okresie pomiędzy erami Induraina i Team Sky tylko dwaj zwycięzcy Tour de France – Carlos Sastre i Cadel Evans – pozostali “czyści” przez całą karierę. Poza bohaterami „Afer dopingowych pod lupą” zdyskwalifikowani zostali m.in.: Alessandro Ballan, Bernhard Kohl, Iban Mayo, Denis Mienszow, Riccardo Ricco, Frank Schleck, Stefan Schumacher, a na polskim podwórku chociażby Piotr Przydział i Cezary Zamana.

Jak jest obecnie? Zgodnie z raportem WADA za 2016 rok, przeprowadzono wówczas 13 372 kontroli u kolarzy szosowych, z których 161 (a zatem około 1,2%) dało wynik pozytywny. Spośród letnich sportów olimpijskich bardziej „prześwietlana” jest tylko piłka nożna: 32 397 badań i 158 (0,49%) rezultatów pozytywnych. Zauważmy jednak, że w futbolu liczba zawodników rywalizujących na najwyższym poziomie jest zdecydowanie większa. Same tylko reprezentacje narodowe biorące udział we francuskim Euro liczyły wspólnie 552 graczy.

W ubiegłym sezonie byliśmy świadkami wydarzeń, które przypomniały nam o tym, co najgorsze. Przede wszystkim sprawa Chrisa Froome’a – który to już raz topowy kolarz nie przechodzi pomyślnie kontroli antydopingowej? Co gorsza, fakt ten długo utrzymywano w tajemnicy. Jest to o tyle niepokojące, że UCI w swej, nie zawsze chlubnej, historii tuszowała wpadki herosów szosy – przede wszystkim Armstronga. No właśnie, jego także długo podejrzewano o nieczyste zagrania. Zbyt podobne, by spać spokojnie…

Peleton wyraźnie przyspieszył. Greg van Avermaet wygrał Paryż-Roubaix z rekordową prędkością 45,204 km/h i to pomimo wcześniejszych problemów. Chris Froome ustanowił drugi rezultat w Tour de France (40,995 km/h), a przed nim jest tylko Teksańczyk, który nie widnieje przecież na liście oficjalnych triumfatorów.

Jakby tego było mało, Nicola Ruffoni i Stefano Pirazzi tuż przed startem setnej edycji Giro d’Italia nawiązali do gorszej, ciemniejszej strony włoskiego wyścigu. I tak dobrze, że dzień przed startem, a nie końcem.

Wypowiedziana dopingowi przez kolarstwo wojna przynosi jednak efekty, czego najlepszym wskaźnikiem jest bardziej wyrównana rywalizacja. Coraz rzadziej niedozwolone substancje są wykrywane w organizmach najlepszych zawodników. Nie możemy być przy tym naiwni. “Nikt nie wygrywa Tour de France dzięki wodzie mineralnej”, stwierdził niegdyś jego pięciokrotny triumfator Jacques Anquetil.

Nieznani szerzej następcy lekarzy takich jak Conconi, Ferrari, Fuentes, Rijckaert czy Santuccione pracują w pocie czoła, aby oszukać obowiązujące procedury, a ich klientami są nie tylko kolarze. Pamiętajmy, że wiele gwiazd dwóch poprzednich dekad na czele z Riisem i Armstrongiem nie zostało nigdy, przynajmniej oficjalnie, złapanych na stosowaniu środków dopingujących. Prawdę o współczesnych nam czasach możemy zatem poznać dopiero za kilka albo kilkanaście lat.

Póki co nie pozostaje nam nic innego, jak stanąć przy trasie lub zasiąść przed telewizorem z nadzieją, że to, co ujrzymy, będzie tym, co się wydarzyło naprawdę. Albo snuć kolejne podejrzenia. Co kto woli.