fot. roadcyckinguk

Ardeński Tryptyk, na przestrzeni lat, urósł do miana jednego z najważniejszych skalpów w zawodowym kolarstwie. Póki co, wygranie wszystkich trzech wyścigów podczas jednego sezonu udało się dwóm zawodnikom – Davide Rebellinowi i Philippe’owi Gilbertowi. Dziś przypomnimy, jak dokonał tego ten drugi.

Choć belgijski specjalista od jednodniówek ma już na karku 35 lat, wciąż jest uważany za jednego z najlepszych kolarzy na świecie. Z resztą, nie ma co się temu dziwić, zważając na jego rezultaty osiągnięte w sezonie 2017. Wszystko ma jednak swoje podłoże. Według nas, dla Belga najlepszy był sezon 2011, a w szczególności kwiecień.

Już od początku roku, kolarz Omega Pharma – Lotto prezentował bardzo solidną dyspozycję. Co prawda na Majorce nie było jeszcze idealnie, ale już w wygrany etap w Algarve dawał do myślenia. Dodając do tego zwycięstwo na jednym z odcinków Tirreno – Adriatico oraz w Strade Bianche, mamy do czynienia z bardzo solidnym okresem przygotowawczym. Przed pierwszym celem, Milano – Sanremo, było bardzo dobrze.

Niestety nie da się ukryć, że “wiosenne mistrzostwa świata” nigdy nie były dla Gilberta specjalnie szczęśliwe. Belg robił naprawdę wszystko, co mógł – atakował, kontrolował sytuację, czy starał się współpracować z Fabianem Cancellarą. Niestety, nie przyniosło to oczekiwanego skutku. Ostatecznie po zwycięstwo sięgnął zapomniany już Matthew Goss, a kolarz Omega Pharma – Lotto musiał zadowolić się trzecią pozycją.

“La Primavera” otworzyła wielki maraton Gilberta, który za najlepszych lat nie miał zamiaru odpuszczać ani bruków, ani Ardenów. Tym samym dane mu było pojawić się także na trasie Gent – Wevelgem i Ronde van Vlaanderen. Jego ówczesna charakterystyka nie pozwalała jednak na osiągnięcie czegoś wielkiego. Skończyło się na 9. miejscu w “Piękności”.

Najważniejsze rozpoczęło się niecałe dwa tygodnie później, bo od Brabantse Pijl. Jeden z najbardziej niedocenianych wyścigów w kalendarzu pasował i pasuje Gilbertowi idealnie. Belg już tam nie dał rywalom najmniejszych szans, odnosząc pewne, czwarte zwycięstwo w sezonie, pokazując, że jest przed Ardenami bardzo rozpędzony.

Mr Cauberg, jak lubimy go teraz nazywać, był bez wątpienia głównym faworytem Amstel Gold Race, który po raz ostatni (jak się później okazało) kończył się na szczycie legendarnego wzniesienia. Gilbert i jego świta nie zamierzali jednak czekać do samego końca. Jelle Vanendert i spółka zrobili wszystko, by przygotować swojemu liderowi idealny grunt pod finałowy atak. Jak się później okazało, bardzo skuteczny, bo przynoszący triumf.

Przed kolejnym wyścigiem, La Fleche Wallone, niewielu stawiało Gilberta jako zdecydowanie największego faworyta. Zarówno kibice, jak i specjaliści zastanawiali się, czy Belg zdoła przełożyć swoją dynamikę na bardzo trudny podjazd pod Muur de Huy. Choć nasz dzisiejszy bohater był w doskonałej formie, wciąż musiał wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, by pokonać m.in. Purito Rodrigueza czy Samuela Sancheza.

Jak się później okazało, Gilbert był w niesamowitym gazie. Jego atak na około 300 metrów do mety był na tyle potężny, że absolutnie nikt nie zdołał na niego odpowiedzieć. Co więcej, jego przewaga na mecie była bardzo wyraźna, co wprawiło w osłupienie niejednego kibica.

Wydaje się, że najwięcej problemów z rywalami Gilbert miał podczas kończącego tryptyk Liege – Bastogne – Liege. Wszystko za sprawą braci Schleck, którzy postawili wszystko na jedną kartę i mieli olbrzymią ochotę na zwycięstwo w “La Doyenne”. Finałowa zabawa rozpoczęła się, jak nakazuje tradycja, na Cote de la Roche-aux-faucons. To tam luksemburski duet podkręcił tempo, które wytrzymał jedynie Belg. Kapitalne trio szybko zdołało odjechać od rywali, nie pozostawiając im żadnych złudzeń.

Wspominając finałowe metry, przede wszystkim zwraca się uwagę na fatalną taktykę przyjętą przez braci Schleck. Obaj, choć mieli przewagę liczebną, nie zdecydowali się na atak na Cote de Ans, co na ostatniej prostej skrzętnie wykorzystał Gilbert, kompletując wielkiego szlema jako drugi zawodnik w historii.

Druga część sezonu w wykonaniu Belga była równie znakomita. Świadczą o tym triumfy na etapie Tour de France, podczas Clasica San Sebastian i kanadyjskiego GP Cycliste de Quebec. Tym samym można powiedzieć, że był to najlepszy sezon Philippe’a Gilberta w karierze.