Fot. Etixx Quick Step

Bycie mistrzem świata to ogromny sukces i zaszczyt, ale i brzemię, które wielu nazywa przekleństwem. Jak jest naprawdę?

Pierwszym zawodowym mistrzem świata został w 1927 roku, w Nürburgu, Alfredo Binda. Przez wiele lat pojęcie klątwy jednak nie istniało, zmieniło się to dopiero w czasach Toma Simpsona. W 1965 roku Brytyjczyk wywalczył tęczową koszulkę, a w styczniu 1966, podczas jazdy na nartach, złamał nogę. Kontuzja sprawiła, że cały sezon był dla niego nieudany. Natomiast 13 lipca 1967 roku Simpson zmarł podczas wspinaczki na Mont Ventoux, stając się jedną z pierwszych śmiertelnych ofiar dopingu.

Nie tylko Anglik zapłacił najwyższą cenę. 15 marca 1971 roku Jean-Pierre Monsere, panujący wtedy mistrz, w trakcie wyścigu Grand Prix de Rerie został potrącony przez samochód i zginął na miejscu. W 1981 roku Freddy Maertens po raz drugi wywalczył tęczową koszulkę. Choć w całej karierze odniósł przeszło dwieście zwycięstw, to od sezonu 1982 do swego dorobku dopisał już tylko dwie wiktorie. Stephen Roche jako drugi (po Eddym Merckxie), i jak dotąd ostatni, kolarz w historii triumfował w jednym roku (1987) w Giro d’Italia, Tour de France i mistrzostwach świata. Z powodu kontuzji kolana kolejny sezon spisał jednak na straty. W 1995 roku Luc Leblanc również zmagał się z urazami.

W sezonie 1998 Laurent Brochard był zamieszany w jedną z największych afer dopingowych, związaną z ekipą Festina (zresztą jego czystość już podczas samego czempionatu jest mocno wątpliwa). Igor Astarloa, zwycięzca z 2003 roku, nie przez przypadek zyskał sobie przydomek „kolarza jednego dnia” – poza tytułem osiągnął niewiele, a jeżdżąc w „tęczy” tylko trzy razy znalazł się na podium, ani razu nie wygrywając.

Na początku 2009 roku Alessandro Ballana dopadł cytomegalowirus, przez który stracił sporą część sezonu – Włoch „na pocieszenie” triumfował w Tour de Pologne. W 2013 roku Philipe Gilbert odniósł tylko dwa zwycięstwa, w tym jedno etapowe podczas Vuelty. Rui Costa wycofał się z Tour de France 2014 wskutek zapalenia oskrzeli, a w całym sezonie na miarę oczekiwań spisał się jedynie podczas Tour de Suisse, zwyciężając w klasyfikacji generalnej oraz na jednym z etapów.

Problemy nie ominęły także Michała Kwiatkowskiego, który w tęczowej koszulce wygrał Amstel Gold Race, a po przyzwoitej wiośnie zmagał się z regresem formy. W przypadku drugiego panowania Petera Sagana „klątwą” można nazwać kraksy, defekty i brak współpracy ze strony rywali – przez pecha Słowak stracił szansę na walkę chociażby w Ronde Van Vlaanderen i Paryż-Roubaix. No i ta dyskwalifikacja z Tour de France…

Całkiem sporo, prawda? Sęk w tym, że opisywana klątwa w rzeczywistości nie istnieje. Co jednak sprawia, że funkcjonuje ona w świadomości wielu kibiców i ekspertów?

Przede wszystkim ludzie łatwiej przypominają sobie zdarzenia potwierdzające ich poglądy niż podważające. Doskonale pamiętamy o niepowodzeniach mistrzów świata, zapominając o ich sukcesach. Przecież jeżdżąc w tęczowej koszulce Eddy Merckx, Bernard Hinault i Greg LeMond triumfowali w Tour de France, Mark Cavendish odniósł dziewiętnaście zwycięstw, a Tom Boonen dwadzieścia trzy.

Komentatorzy spotkań piłki nożnej lubią powtarzać, że „niewykorzystane sytuacje się mszczą”. Podobnie jest z fatum wiszącym nad tęczową koszulką. Oba te poglądy są „potwierdzane” w nieregularnych odstępach czasowych, co sprawia, że zgodnie z zasadami warunkowania instrumentalnego są najsilniej wzmacniane i mniej podatne na zmianę.

W tak wymagającym sporcie jak kolarstwo, gorsza dyspozycja jest sprawą naturalną, szczególnie w przypadku zawodników ze światowej czołówki. Siłą rzeczy słabsze sezony przychodzą po lepszych. Zawsze aktualne hasło „bij mistrza!” także nie ułatwia życia posiadaczom rainbow jersey.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments