fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Adrian Kurek (CCC Sprandi Polkowice) – mistrz Polski – nie ukrywał emocji na ostatnich metrach wyścigu.

Ogromne szczęście, ogromne emocje na mecie, płakałem ze szczęścia. Każdy marzy o mistrzostwie Polski, a ja jestem zawodnikiem, który bardzo ciężko pracuje w naszej grupie. Moim zadaniem jest zabieranie się w ucieczki, pełnię rolę pomocnika, a to nie znaczy, że jestem jakimś gorszym zawodnikiem. Jestem dumny z tego, że udało mi się pojechać dobrze taktycznie ten wyścig.

Często startowałem w Tour de Pologne, gdzie zazwyczaj zabierałem się w ucieczki bo taka jest moja rola w peletonie. Dzisiaj ucieczka się udała. Zaatakowałem w późniejszej fazie wyścigu, kiedy miało miejsce sporo ataków, a że zostałem sam i głupio byłoby wracać do peletonu. Nogi miałem mocne, zacząłem odrabiać i potraktowałem to jak czasówkę w której jestem przecież całkiem niezły i po kilkudziesięciu kilometrach pogoni doszedłem do ucieczki.

Przed wyścigiem ustaliliśmy, że ja będę jednym z tych którzy mają się zabierać w ucieczki, chodziło o to, żeby nas gonili. Byłem po Tour de Suisse, gdzie miałem problemy żołądkowe i nie byłem do końca pewny swojej dyspozycji. Dzisiaj się obudziłem i czułem się dobrze i nastawiłem się na długi odjazd. To był mój dzień i w 100% go wykorzystałem.

Jechaliśmy w sześciu i później zaczął się konflikt interesów. Co chwilę ktoś próbował skakać, ja sam potrzebowałem czasu na dojście do siebie po pogoni, a na rundach dostaliśmy informację, że moja ekipa goni, więc nie dawałem zmian. Czekając na finisz zawsze może się coś wydarzyć, jakiś wypadek, więc postanowiłem sam uciec, bo wiedziałem, że wszyscy będą zmęczeni.

To najpiękniejszy dzień w mojej karierze. Miło wspominam koszulki z Tour de Pologne, ale dziś to było coś niesamowitego.