ASO / letour.fr

Australijczyk zaskoczył wszystkich kibiców i obserwatorów i zwyciężył w Paryż-Roubaix w… piętnastym występie. Najwięksi faworyci, Peter Sagan i Fabian Cancellara mieli pecha i nie walczyli o najwyższe laury.

Do piętnastu razy sztuka? Tylu prób, by wygrać jeden z najważniejszych wyścigów świata potrzebował Matthew Hayman. Sporo, ale co to zmienia? Tytuł został zapisany na jego koncie.

Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Miałem wystarczająco dużo pecha w Paris-Roubaix w ostatnich piętnastu latach. Dzisiaj wszystko poszło idealnie, byłem dobrze nastawiony mentalnie, zrelaksowany i nie stwarzałem sobie presji. Od pierwszego kilometra mówiłem sobie, że będę bardzo szczęśliwy jeśli znajdę się na podium.

Wiedziałem, że moje nogi są mocne i cieszyłem się, że jadę z Tomem w kierunku mety, ale na torze wszystko znowu się zjechało. Trenowałem ostatnio trochę na welodromie po tym jak złamałem rękę 5 tygodni temu. Czułem się dobrze jak zacząłem sprint na ostatniej prostej, widziałem oponę Toma pod swoim ramieniem, ale naciskałem do końca. – skomentował swój sukces Hayman

Jednym z wielkich faworytów był drugi kolarz Ronde van Vlaanderen, trzykrotny zwycięzca na welodromie w Roubaix. Fabian Cancellara miał jednak dużego pecha – na początku zatrzymała go duża kraksa, potem sam upadł.

Przy pierwszej kraksie musiałem przeskoczyć do peletonu, druga to był pech, a trzecia była jak jazda na łyżwach, nie mogłem nic zrobić. Roubaix się skończyło.

Wszystko zaczęło się dobrze. Dobrze spałem, zjadłem smaczne śniadanie. Popo (Jarosław Popowycz) wyskoczył do ucieczki, więc byliśmy w idealnej sytuacji, ale potem sprawy potoczyły się inaczej. Wiedziałem, że ciężko będzie gonić po rozerwaniu się peletonu, ale wiedziałem też, że to nie koniec, bo Roubaix jest piekielnym wyścigiem. Poddałem się może z 10-15 kilometrów po swoim upadku, bo uznałem, że to niemożliwe.

Wiedziałem, że trzeba być ciągle na czele, uważać i skupić się na każdym sektorze bruku, ale tak… obojętnie czy jedziesz na drugiej czy ostatniej pozycji – jak pojawia się kraksa, to nie możesz nic z tym zrobić.

Już na welodromie w Roubaix, po przekroczeniu linii mety, “Spartakus” jechał ze szwajcarską flagą i… ponownie się przewrócił. Zamienił jednak sytuację w żart.

Nawet kraksa na torze, na oczach moich fanów… Nie dbam o to, jeden upadek więcej, czy mniej nie zmienia mojej kariery. Jestem szczęśliwy w pewien sposób, ale nie z powodu wyścigu. Po prostu cieszę się, że to już za mną.

Trochę tak, trochę nie. – powiedział Fabian na pytanie czy zakończenie Roubaix w ten sposób było trudne – Tydzień temu było trudniej to zaakceptować, a tu po prostu jestem zadowolony, że to koniec. Byłem zrelaksowany gdy wjechałem na tor. Inaczej czułem się we Flandrii, tam walczyłem do samego końca.

Drugim z faworytów był mistrz świata, zwycięzca Ronde van Vlaanderen, Peter Sagan. Kolarz Tinkoff był w podobnej sytuacji jak Cancellara – kraksa rozdzieliła peleton i Słowak musiał gonić czołówkę.

Wszyscy pytali mnie czy wygram, czy nie, ale to jest Paris-Roubaix, nigdy nie wiesz co się wydarzy. To wspaniały wyścig, historyczny, ale jeden z najtrudniejszych do wygrania. Wszystkie ekipy przyjeżdżają ze swoją strategią, ale dzisiaj dwóch faworytów zostało po kraksie, a na czele inne ekipy kontrolowały sytuację.

Uczestniczyłem w dwóch wypadkach jeszcze przed Arenbergiem i już wtedy byłem w drugiej grupie. Bez pomocy ciężko było powrócić. Współpracowaliśmy z Fabianem, ale po jego kraksie straciliśmy tempo. Jak on upadł, to ja musiałem przeskoczyć nad nim i ledwo utrzymałem się na rowerze – miałem dużo szczęścia. Od tego miejsca wyścig się dla mnie skończył.