W środę w warszawskim kinie Luna odbył się przedpremierowy pokaz “Strategii mistrza”, filmu opisującego największy skandal dopingowy w historii sportu.

Portal naszosie.pl jest Patronem medialnym filmu, w związku z tym mieliśmy możliwość obejrzenia filmu w towarzystwie naszych czytelników, ale też dziennikarzy zajmujących się kolarstwem. Oto pierwsze opinie po przedpremierowym seansie:

Tomasz Jaroński, dziennikarz Eurosportu:

“Strategia reżysera”

Zacznę od gwiazdek. W skali 1-10 po środku, czyli pięć. Bez rewelacji, ale da się obejrzeć. Dla fachowców, którzy przeczytali dzieło Davida Walsha, tylko zaraz, zaraz które? Bo już się pogubiłem, ale chyba  „Oszustwo niedoskonałe”, nic nowego, bo narracja jest spójna z treścią książki. Niektóre fakty z życiorysu Lance’a Armstronga wyolbrzymione, inne spłycone, jak choćby sam proces dochodzenia do prawdy.

Wedle mojej  wiedzy przyznanie „Bossa” do win nie było spowodowane publikacjami dziennikarza, a naciskami organów ścigania w USA. Kolarz nie miał alternatywy, bo inaczej, wobec zeznań innych, brnąłby w krzywoprzysięstwo, a to w Stanach nie są przelewki. Film nie jest dokumentem, choć autentyczne zdjęcia przeplatają się w nagranymi obrazkami. Ma jednak narrację podobną do dokumentu, co pozbawia „Strategię” pewnego błysku, tak powszechnego w kinie amerykańskim.

Odtwórca roli Armstronga, Ben Foster dobry, a nawet bardzo dobry, widać że chłop wziął sobie postać do serca i do krwi, bo podczas zdjęć zaaplikował sobie zabronione środki dopingujące. Morał z opowieści jest jeden. Nie ma co oszukiwać, bo i tak cię złapią. Takie zdanie powiedziała jedna z osób oglądających pokaz przedpremierowy w kinie „Luna”. Zgadzam się w pełni, więc nie oszukuję i piszę z prosto z mostu, że strategia reżysera nie powaliła mnie na kolana.

Adam Probosz, dziennikarz Eurosportu:

Film “Strategia Mistrza” to rzetelnie opowiedziana historia dziennikarskiego śledztwa Davida Walsha. Twórcy nie silą się na dystans, czy ukazanie racji którejkolwiek ze stron, poza racją autora książki, na której oparty został scenariusz. Trochę szkoda…

Owszem, ktoś nie znający kolarskiej rzeczywistości końca XX i początku XXI wieku ze zdumieniem odkryje mechanizmy i powszechność dopingu, będzie z niedowierzaniem patrzył na łatwość z jaką sportowcy zdobywali potrzebne im środki i oszukiwali system kontroli. Czy dowie się jednak czegoś więcej o bohaterze filmu i samym kolarstwie poza jednostronną relacją irlandzkiego dziennikarza dla którego sprawa Armstronga stała się obsesją? Niestety nie.

I tego mi w filmie zdecydowanie zabrakło. Amerykanin, współtwórca jednego z najbardziej wyszukanych i rozbudowanych systemów dopingowych naszych czasów, ten „bezrefleksyjny dupek z Teksasu” jak mówią o nim niektórzy, odmienił kolarstwo na zawsze. Mamy erę przed i po Armstrongu nie tylko, jak wynika z filmu, z powodów dopingowych. Mistrz świata z Oslo był przede wszystkim tytanem pracy, maniakiem dbania o każdy szczegół przygotowań (prekursorem tego, co dziś w grupie SKY nazywa się filozofią „marginal gains”) i pokonywał swoich rywali nie tylko większą zawartością EPO we krwi.

Nie chodzi mi o obronę Armstronga, ma to, na co zasłużył zbytnią zachłannością i brakiem refleksji, ale o możliwy odbiór filmu przez widzów nie znających prawdziwej historii. Bo dla nich przekaz “Strategii Mistrza” jest prosty: wystarczy przyjąć rano w południe i wieczorem koktajl z kortyzonu, hormonu wzrostu i EPO by zostać zwycięzcą Tour de France. Cała reszta się nie liczy. A przecież wiemy, że to nieprawda…

Przemysław Szulc, czytelnik naszosie.pl:

„Strategia Mistrza” podchodzi do tematu afery dopingowej z udziałem Lance Armstronga, w trochę inny sposób niż filmy dokumentalne, które do tej pory powstały. Cała historia została przekazana w postaci teoretycznie przyjaznej papki, która zdecydowanie spłaszcza przekaz. W filmie definitywnie brak jest moralitetów czy jednoznacznego przesłania. Dominują suche fakty z życia Armstronga i doping.

Z jednej strony jest to dobry zabieg, dzięki któremu reżyser uniknął „przepompowania” filmu grą na emocjach (jak często zdarza się to w wypadku filmów „opartych na faktach”). „Strategia Mistrza” w żaden sposób nie próbuje bronić Amstronga – wręcz przeciwnie. Pokazuje jak dzięki wspieraniu UCI oraz działalności fundacji ukrywał całą machinę dopingową, kreując swój wizerunek. Dzięki zbudowanemu autorytetowi mógł oddalać od siebie wszelkie podejrzenia.

W sposób antagonistyczny pokazano Walsha oraz Landisa. W szczególności tego drugiego, którego zaprezentowano jako chłopaka, targanego emocjami od początku współpracy z Amstrongiem. Moim zdaniem reżyser próbował nieco wybielić jego wizerunek. Co do Walsha został on przedstawiony trochę nijako.

Cała historia jest rewelacyjnym materiałem do nakręcenia filmu. Niestety próba podjęta przez Fishera okazała się nie do końca udana. Muzyka absolutnie nie buduje nastroju. Film nie jest, fatalny ale ewidentnie czegoś mu brakuje. Gdybym miał oceniać go w 10 punktowej skali dostałby ode mnie 6 punktów.

Oficjalna premiera filmu w piątek, 30 października. Zapraszamy do kin.

Foto: Monolith Films