Jest kilka takich miejsc na świecie gdzie w pewnych porach roku kolarzy jest więcej niż samochodów. Jednym z takich miejsc są Dolomity.

Wielu miłośników dwóch kółek wybiera tamten region by przeżyć fantastyczną przygodę. Jedne z najwyżej położonych dróg w Europie to niemalże mekka dla kolarzy. Idealnym miejscem wypadowym do zdobycia słynących z Giro d’ Italia przełęczy, jest Bormio.

Alpejski kurort narciarski zimą przeżywa oblężenie miłośników białego szaleństwa, a latem kolarzy. Prawie każdy kierunek jazdy z Bormio to jakaś słynna przełęcz. Właściciele pensjonatów i restauracji są przesiąknięci klimatem kolarstwa. Wszędzie znajdują się zdjęcia słynnych zawodników, koszulki kolarskie, informatory, mapki z profilami podjazdów. W hotelach są oddzielne miejsca na rowery, a gdzieniegdzie nawet specjalne myjnie dla rowerów. Amatorzy, zawodowcy, niezależnie czy jest szósta rano czy siódma wieczorem, są wszędzie. Jedna wielka kolarska uczta. Większość przełęczy zlokalizowanych w tym regionie można zdobyć tylko od czerwca do września. Wszyscy przecież znamy obraz z Giro gdzie na Passo Stelvio kolarze wspinali się między ścianami ze śniegu.

Wokół Bormio jest wiele przełęczy, a każda z nich to oddzielna wielka przygoda. Kolarze dosłownie z całego świata przybywają w ten region właśnie po to, by choć raz w życiu zdobyć mityczne góry. Spotkamy tu wielu Australijczyków, Nowozelandczyków, którzy tylko po to by podjechać Stelvio czy Gavie przybywają z najdalej oddalonych miejsc. Aż chce się zapytać co takiego jest w tych górach? Wysokość nad poziomem morza? Długość podjazdów? Przewyższenie? Przepiękne widoki? Może wszystko na raz?

Bormio

Passo dallo Stelvio 2760 m.n.p.m

To jedna z najwyżej położonych dróg asfaltowych w Europie. Miejsce gdzie podczas Giro oglądać można było niesamowite obrazki walki między największymi tuzami kolarstwa, a pogodą. Na przełęcz wjedziemy z trzech różnych stron. Niezależnie z której strony zaczniemy podjazd i tak będzie to ogromny wysiłek, nawet dla najlepszych zawodników. Musimy pamiętać, że na szczycie powietrze robi się rzadkie i w miarę zwiększającej się wysokości kręci nam się coraz gorzej. W trakcie podjazdu można odnieść wrażenie, że jedziemy w peletonie. No dobra trochę rozproszonym peletonie. Co rusz jakiś kolarz, jeden, trzech, pięciu, a wszyscy sapią, dyszą zlani potem. Każdy prowadzi swoją walkę. Szczyt natomiast to kolarski jarmark, rożnego rodzaju pamiątki kolarskie, koszulki, czapeczki, statuetki no i oczywiście kilka restauracji gdzie zimna cola, jest warta każdych pieniędzy. Podjazd zaczynający się od Bormio na wysokości 1200 m.n.p.m to 21,48 km i 1560 m wspinaczki. Średnie nachylenie 7,3% maksymalne 13%. Charakterystyczny dla tego podjazdu jest wodospad, który towarzyszy nam przez długą część podjazdu. Usłany serpentynami kończy się przejazdem przez otwarte przestrzenie. Wspinaczka jak po schodach. Z góry można zobaczyć kumpli, którzy wystartowali 30 minut później, a ma się wrażenie że można by do nich krzyknąć.

Od strony Prato allo Stelvio podjazd wygląda trochę inaczej. Jeśli w wyszukiwarce wpiszemy Passo dallo Stelvio to 90% zdjęć będzie z tego podjazdu. Najbardziej mityczny i chyba najbardziej pożądany. Dlaczego? 1848 m w pionie, 24,91 km podjazdu, wspomniane 2760m.n.p.m. Ok, to tylko liczby, ale wierzcie, dawno tak nie cierpiałem. Początek w lesie więc powinno być przyjemnie, o ile nie wspinamy się w okolicach południa. Sam początek niby lekki ale już po chwile robi się ciężko. Kolejne kilometry leśnego podjazdu, kolejne serpentyny, mijani kolarze z którymi rozumiemy się bez słów. Jesteśmy już zmęczeni, a najciekawsze przed nami. Wyjeżdżamy z lasu. Otwarta przestrzeń, ogromne szczyty nad głowami. Lewo, prawo każdy zakręt oczywiście ponumerowany więc odliczamy. Czy to pomaga? Hmmm ciężko stwierdzić zwłaszcza, że zaczynamy chyba od 30 (nie pamiętam byłem zbyt zmęczony), a liczby zmniejszają się bardzo wolno.

Widzimy szczyt już od bardzo dawna, ale ten nie chce się zbliżać. Każdy kto wjechał, wygrał. Piękny kolarski widok, kawa, cola czy czegoś można chcieć więcej od jazdy na rowerze? Nie doceniłem Stelvio. Zaplanowaliśmy dwa podjazdy na jednym treningu – od Bormio i od Prato. Pomyślałem, że to tylko dwie góry i tylko 100 km. O rany w jakim ja byłem błędzie. Od Prato przeżywałem cierpienie, może dlatego, że to drugi podjazd tamtego dnia, ale od niepamiętnych czasów miałem chwile zwątpienia i chciałem się zatrzymać. Podziwiałem każdego kto wspinał się pod tą górę. Przeżyłem ogromny wysiłek i piękną kolarską przygodę, było bosko.

Jest jeszcze jedna droga prowadząca na Stelvio od strony Szwajcarii przez Passo Umbrail. Najkrótszy, ale najbardziej stromy, „zaledwie” 16.5 km odcinek i 1380 m. Średnie nachylenie 8,4%, a maksymalne 11%. Podjazd zaczyna się bardzo wąską drogą w lesie ciasnymi serpentynami. Na początku nic nadzwyczajnego – górska droga w lesie, jednak tradycyjnie dla Stelvio wjeżdżając wyżej naszym oczom ukazuje się piękno alpejskich przestrzeni. Droga dalej prowadzi serpentynami do przejście granicznego z Włochami. Za przełęczą Umbrail na szczyt Stelvio dojedziemy tą samą trasą co od Bormio. Sam nie wiem czemu, ale od tej strony podjazd jest najmniej doceniany i spotkać można tam też najmniej osób.

Mimo, że podjazd nie ustępuje widokowo, a już na pewno nie trudnościami. Sprawdziliśmy to, aż za bardzo. Na tym podjeździe można zagrzać wszystko. Dlaczego? Pochłonięty widokami i czekającą mnie kolarską przygodą zmierzając do Bormio tak się spieszyłem na szczyt, że moje rodzinne kombi na 2 km przed Passo Umbrail powiedziało „No stary nie to tempo, daj odpocząć” i przepowiedziało mi tym samym mój wygląd w następnych dniach. Zagotowany i zlany potem, cierpiący na podjazdach. Tym sposobem dostaliśmy przymusową przerwę. Mazdzina na obniżenie temperatury płynu w chłodnicy, a my na podziwianie otoczenia. Sam nie wiem dlaczego , ale w Polsce rzucałbym epitetami, wnerwiał się na wszystkich bogu ducha winnych, na pecha itp. – tam uśmiechnąłem się, dałem buziaka żonie i cierpliwie czekaliśmy, aż kombi powie „możemy jechać”- takie to góry.

Bormio1

Passo Gavia 2622 m.n.p.m

Kolejna przełęcz z historią i dwa długie, ciężkie podjazdy. Gawia może lekko ustępuje widokowo Stelvio, może nie ma na szczycie aż takiego festynu, jest za to większa dzikość. Od Bormio 25,9 km, 1427m w pionie średnio 5,5% maksymalnie 14%. Niezbyt wysokie nachylenie to zasługa początkowej części podjazdu, która wiedzie przez miasta przyległe do Bormio i końcówce, która też jest łaskawa. Cisza, spokój, dużo zieleni, miła, oczywiście kręta droga w górę – tak wygląda większa część tego podjazdu. Rzeczywisty podjazd pod „LADY OF THE PEAKS” zaczyna się od Santa Caterina i jest naprawdę ciężki. Dla maniaków prędkości największą nagrodą będzie zjazd z tej strony. Piękne asfalty i delikatne zakręty zachęcają do szaleństw. Błąd jednak może kosztować wiele. W górnej części oczywiście brak barierek, a za krawędzią asfaltu nie ma już nic co nas wyhamuje.

Od strony Ponte di Legno Gavia stawia zdecydowanie większe wymagania. Już na początku, który zaczyna się szeroką drogą jest dość ciężko. Gdy szosa robi się wąska nachylenie wzrasta do ponad 10% i nie jest to chwilowe. Od tego momentu już do samego szczytu Gavia nie odpuszcza. Pokonujesz więc kolejne zakręty stromej drogi z nadzieją, że dalej będzie łatwiej. Nic z tego. W drugiej części podjazdu podziwiać będziemy alpejskie pejzaże z bardzo wąskiej drogi. Trzeba naprawdę mocno uważać bo są fragmenty gdzie ciężko jest się minąć z samochodem.

Moim zdaniem ta strona podjazdu jest zdecydowanie ciekawsza. 18 km i 1380 m w pionie średnio 7,7% maksymalnie 16%. Podjeżdżając od tej strony również cierpiałem. Do tego wszystkiego byłem tak zlany potem, że nie byłem wstanie myśleć o niczym innym. Nie jestem zwolennikiem takich rozwiązań ale musiałem zdjąć kask i okulary bo sól szczypała w oczy. Pomogło i dalej cierpiąc trochę mniej wjechałem na Gavię. Szczyt nie jest tak zagospodarowany jak na Stelvio, ale napijemy się kawy, coli, możemy kupić oczywiście kolarskie koszulki i inne pamiątki. Gdy już odpoczywamy na szczycie po walce nagle wjeżdża jakaś grupa World Tourowa z uśmiechami na twarzach. Wyglądają jakby przyjechali na wycieczkę, a nie na trening. No cóż tym się różni kolarz amator od zawodowca.

To tylko dwie przełęcze z okolic Bormio za to te najbardziej osławione. Co w nich jest takiego fantastycznego? Zapewne ich niedostępność przez większą część roku, widoki, piękno okolic, które przyciągają nie tylko kolarzy. Równie wielu jest tam motocyklistów, podróżników, a w tym roku zawitał tam również „Złombol”. Kolarska przygoda, którą warto choć raz w życiu przeżyć. Będąc w tych górach, walcząc z sobą na podjazdach, miałem wielką przyjemność z jazdy, a na każdym z podjazdów przeżyłem więcej emocji niż na wszystkich wyścigach amatorskich w tym roku. Poczułem kolarstwo trochę inaczej, prawdziwiej i przyjemniej.