Zwiedzanie świata z poziomu roweru to chyba najlepszy aspekt tego sportu. Możliwość zachwycania się krajobrazami, poznawanie kraju, kultury, ludzi i przerwy kawowe w klimatycznych kawiarniach. U mnie przynajmniej tak to wygląda. W podróże rzadko wybieram się sam. Zabieram ze sobą żonę, a od niedawna kilkumiesięcznego syna. Dlatego szukam miejsc gdzie i ja kolarz amator, jak i moja rodzina znajdą coś dla siebie. Jednym z miejsc, które wydawały mi się idealne na kolarsko-rodzinne wakacje była Czarnogóra. Jak się okazało był to dobry kierunek, choć nie obyło się bez minusów.

Podróż

Odpalam Google Maps, szukam drogi. Dystans ok. 1600 km z centrum Polski. Pomyślałem łeeee co to takiego? Jakieś kilkanaście godzin jazdy. Nic bardziej błędnego, dotrzeć do Czarnogóry jest całkiem ciężko. Autostrady kończą się w środkowej Dalmacji, później pozostaje nam niby niecałe 300 kilometrów na środek wybrzeża Czarnogóry, ale tu zaczyna się dramat. Wąskie, kręte drogi, przejścia graniczne chorwacko-bośniackie, bośniacko- chorwackie i chorwacko-czarnogórskie. Potem jeszcze ciaśniej i bardziej kręto. Do tego trzeba objechać coś na wzór fiordu czyli Zatokę Kotorską ( swoją drogą przepiękną). Droga długa i wyczerpująca. Po zjeździe z autostrady popatrzyłem na nawigację, dystans 275 km, czas przejazdu 6h. Niemożliwe! Coś się zepsuło!? Nie zepsuło się, tyle właśnie jechaliśmy.

Pierwsze wrażenie

Wjeżdżając do Czarnogóry od razu mamy mieszane uczucie. Bałagan, śmieci przy drogach, szare obskurne budynki, na dodatek coś przebiegło mi drogę – nie kot, nie pies, a wielki szczur. W tym momencie chciałem uciekać. Jednak widok nad głowami był przepiękny. Wysokie skały, drzewa i wielka woda wlewająca się w głąb lądu. Jedziemy dalej! Nie pożałowaliśmy.

Miejsce stacjonowania

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Sveti Stefan. W przewodnikach opisywany jako kurort idealny na rodzinne wypady. Miejscowość ta słynie z ekstremalnie drogiego hotelu znajdującego się na małej wysepce od której wzięła się nazwa Sveti Stefan. Na wysepkę tą prowadzi ściśle strzeżony mostek. Właściciele hotelu dbają o to by ich goście mieli ciszę i spokój. Nie rozumiem o co chodzi z tym hotelem, ale ilekroć rozmawiałem z miejscowymi zawsze o nim wspominali i o tym, że to właśnie tam Novak Djokovic brał ślub. Wnioskuję więc, że ten hotel to trochę taka ich atrakcja turystyczna. Na lądowej części miejscowości kolejne sprzeczności.

Z jednej strony brudne zaniedbane kamieniste plaże, a przy nich przemiłe kafejki z zapierającym dech w piersiach widokiem (pomijając oczywiście zaniedbaną plażę), gdzie kawa po treningu smakuje prawie tak dobrze jak we Włoszech. Jestem jednak na wakacjach więc chciałbym pobyć z rodziną na plaży. Ulżyło mi kiedy dosłownie parę metrów za nią zaleźliśmy raj. Skały, na których ja mogłem leżeć w cieniu i wypoczywać czytając książkę, reszta natomiast, pływać skakać do wody i opalać się do woli. Raj? Biorąc pod uwagę że większość turystów siedzi na brudnej plaży, a my mamy ciszę, spokój i piękny widok na lazur morza, to tak.

Po plażingu w Starym Mieście znajdziemy klimatyczne knajpki z naprawdę dobrym jedzeniem. Wieczorem idealne warunki na spotkania przy winie z bliskimi. Małe stoliki, pięknie oświetlone kilkusetletnie zabytki. Wielogodzinne śródziemnomorskie kolacje, zarówno pod względem jedzenia jak i klimatu. Idealne zwieńczenie dnia.

Trening

Osobiście nie polecam trenowania w pojedynkę. Niby nigdy nic mi się nie stało, ale drogi miejscami przyprawiają o dreszcze. Jeśli tylko zjedziemy z głównej drogi i wjedziemy trochę w głąb lądu zaczyna być co najmniej dziewie. Trawa wyrastająca ze szczelin w asfalcie nie świadczy chyba o zbyt dużym ruchu. Drogi boczne są naprawdę wąskie. Dokoła gęste zarośla i brak jakichkolwiek oznak życia. Z jednej strony idealne warunki do kontaktu z przyrodą, z drugiej strony nie wiemy co nas czeka za zakrętem. Ostry wąski zjazd, niczym niezabezpieczony. Chwila nieuwagi i….. nawet nie chcę myśleć.

Po zjeździe wjeżdżamy do…. No właśnie do czego? Miasta, wsi czy gospodarstwa? Jakieś dwa budynki w sumie to nie wiadomo czy to stodoła, czy dom mieszkalny, a obok nich pośrodku krzaków ogromnej wielkości pomnik powojenny. Obraz nie do opisania, ale w tamtych rejonie bardzo częsty. Co chwilę mijamy jakiś pomnik czy tablicę pamiątkową.

Trasy same w sobie są cudne. Urzekają pięknem przyrody, widoki ze szczytów podjazdów zapierają dech w piersiach. Przestrzeń, widok na Morze Śródziemne, coś fantastycznego. Z poziomu morza wjedziemy spokojnie na wysokości powyżej 1500m. Wariantów tras też mamy sporo. Ponad 10 km podjazdu, krótkie sztywne wzniesienia, czego dusza zapragnie, a wszystko to bardzo blisko siebie. Tak oto w skrócie opisałbym podjazdy w środkowej części Czarnogóry.

Czarnogóra

Zatoka Kotorska

Znienawidzona przeze mnie w trakcie drogi, w trakcie jazdy na rowerze rozłożyła mnie na łopatki. Z zachwytu! Podjazd z Kotoru do Parku Narodowego Lovcen to jedna z piękniejszych tras jakie miałem okazje przejechać na rowerze. Widok z wysokości ponad 1000 m. n. p. m. na Morze Śródziemne wbijające się miedzy ostre szczyty wprawiło mnie w osłupienie. Na szczycie zbita z desek budka, gdzie można kupić jakąś cole, trzy ławeczki gdzie można usiąść i delektować się widokiem. Zatrzymałem się więc i było to jedno z tych miejsc gdzie dalej już nie chcesz jechać. Długi ciężki podjazd, a na szczycie taka nagroda. Gdyby tylko mieli tam dobrą kawę, zostałbym cały dzień. Nie mieli żadnej więc po kilkudziesięciu minutach ruszyłem dalej.

Asfalty w większości były dobre, może gdybym miał się tam ścigać miejscami zrobiło by się niebezpiecznie, ale na pewno nie bardziej niż w naszej ojczyźnie. Na trasie w głąb lądu zdarzyć się mogą różne rzeczy. Spotkamy jakiegoś węża wygrzewającego się na jezdni, stado koni, kóz lub byków stojących po środku drogi. Oczywiście daremnie szukać właściciela, ogrodzenia lub jakiegokolwiek innego zabezpieczania. Dlatego nie polecam rozpędzania się na zjazdach, a oczy zamiast skupione na przednim kole czy cyferkach z miernika mocy, powinniśmy mieć dookoła głowy.

Miasta na trasie

Nadmorskie miejscowości wyglądają podobnie jak na całym świecie, knajpki, stragany, piekarnie, promenady a przy nich jednakowe na całym globie chińskie gadżety. Zgroza! Nie znaczy to jednak, że nie warto tam zaglądać. Dajmy na to taką Budwę. Duże turystyczne miasto nadmorskie, pełne kiepskich restauracji, ludzi na plaży i chińskich straganów. Na końcu plaży otoczone murami Stare Miasto. Wąskie uliczki klimatyczne knajpki, kawiarnie z naprawdę dobrą kawą, cisza spokój, można odetchnąć. Takich miejsc znajdziemy więcej, ale trzeba poszukać. Na treningu oddalonym od morza ciężko znaleźć jakąś restaurację czy nawet sklep spożywczy. Dlatego warto mieć nadmiar jedzenia ze sobą. Jeśli jednak znajdziemy jakiś lokal, warto zatrzymać się w nim. Gospodarz na pewno odda wam całe swoje serce na talerzu, zagada, opowie jakąś anegdotę. Nie omieszka oczywiście wspomnieć, że Novak Djoković brał ślub w Sfeti Stefan.

Ludzie

Uczynni, mili, zadowoleni, nie znając języka i tak się dogadamy. Czarnogóra zaskakuje, miota uczuciami od zachwytu do przerażenia. Po jednej stronie ulicy willa z basenem, podziemnym garażem przystrzyżonym trawniczkiem, a po drugiej opuszczona zniszczona po wojnie rudera, która ledwo trzyma się całości. Kraj, który warto odwiedzić zwłaszcza, jeśli chcemy zobaczyć jeszcze tą dzikość i kontrasty. Proponuję zrobić to szybko bo kraj się rozwija, a na miejscu ruder bardzo szybko powstają kolejne hotele.