Michał KwiatkowskiNowy cykl “Okiem baby z mlekiem” inaugurujemy próbą trzeźwego spojrzenia na sukcesy Rafała Majki (Tinkoff-Saxo) i Michała Kwiatkowskiego (Omega Pharma-Quick Step), jednocześnie starając się przewidzieć, jaki mogą mieć dalszy ciąg.

Niezależnie od poziomu narodowego malkontentcwa, jednemu zaprzeczyć się nie da – dla polskiego kibica ostatnie kilka miesięcy było jak marzenie. Oczywiście to nie tak, że podobnych sukcesów nie mogliśmy się spodziewać, że nie pojawiały się żadne sygnały. Wiedzieliśmy, że mamy bardzo utalentowanych zawodników. Ba, mówili o tym eksperci na całym świecie, a pojawiające się powoli rezultaty tylko to potwierdzały.

Michał Kwiatkowski wygrał Strade Bianche, Algavre i prolog Romandii. Rafał Majka w 2013 zajął wysokie miejsce w „generalce” Giro, stanął na podium Lombardii… W jednym i drugim ekipy pokładały ogromne nadzieje, wskazywano ich jako faworytów dużych wyścigów, a nam serce biło mocniej, kiedy tylko któryś z nich mignął na czele peletonu.

Krzyczeliśmy i przecieraliśmy oczy z niedowierzania

Mimo wszystko, w najlepsze rzeczy ciężko uwierzyć dopóki się nie wydarzą. Dla kraju, który 21 lat czekał na etapowe zwycięstwo w Tourze, który Mistrza Świata nie miał jeszcze nigdy i który nawet wygraną w Tour de Pologne od dawna nie mógł się pochwalić, cóż, największe sukcesy do ostatniego momentu pozostają w sferze majaków.

W końcu tyle razy mieliśmy już nadzieję – czemu akurat wtedy siódme, piąte czy drugie miejsce miały przerodzić się w pierwsze? Między dużym potencjałem i wygrywaniem mniejszych wyścigów, a spektakularnymi sukcesami jest przecież bardzo gruby mur, a ten nie każdy talent potrafi przebić. Dlatego nie można było przewidzieć eksplozji – emocji, łez, popularności, a także motywacji – którą spowodowało rozbicie tej ściany przez Rafała Majkę podczas Tour de France. Element zaskoczenia był zresztą tym większy, że Polak miał błyszczeć raczej w Giro, a w Wielkiej Pętli, w teorii należącej do Contadora (Tinkoff-Saxo), występował trochę z przymusu (przynajmniej tak głosiła obowiązująca w mediach wersja).

Z tego wszystkiego, kiedy w Risoul otworzył się worek z sukcesami i zaczęło do niego wpadać coraz więcej kamyczków – najpierw od Majki, a potem od Michała Kwiatkowskiego i Przemysława Niemca (Lampre-Merida) – zupełnie oszaleliśmy. My, jako fani kolarstwa, ale też my jako Polacy. Co z tego wynika? Prawdopodobnie nic szczególnie groźnego, szczególnie, jeśli wpływa korzystnie na popularyzację kolarstwa i stwarza nam więcej przestrzeni do świętowania.

Pora na trochę zdrowego rozsądku

Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że na razie nie było jeszcze zbyt wiele czasu i miejsca na merytoryczną dyskusję. Sama zresztą nieustannie daję się ponieść emocjom, które jeszcze nie opadły. Ale może już czas wyjść naprzeciw wysypowi opinii wychodzących z ust osób z kolarstwem, delikatnie mówiąc, niezwiązanych oraz wszelkim zabawnym kontrowersjom. Jednak zamiast niezdrowego podniecenia, czczych porównań i windowania oczekiwań, może warto poświęcić chwilę rzetelnej analizie?

A jeśli o nią chodzi, w przypadku większości z nas szczególnie zajmujące są pewnie perspektywy na przyszły sezon. Z jednej strony kieruje nami niepoprawny optymizm, do którego tym razem czujemy się nieco bardziej uprawnieni. Z drugiej jednak, jak zawsze, wiszą nad nami niewielkie czarne chmury, choćby w postaci klątwy tęczowej koszulki, jaka miałaby ciążyć nad Michałem Kwiatkowskim. Czy rzeczywiście właśnie tym trzeba się przejmować?

Każdy Mistrz Świata sam nakłada na siebie klątwę

Cóż, nie można zaprzeczyć, że „tęczowej klątwie” niejeden już się poddał i pewnie jeszcze wielu padnie jej ofiarą w przyszłości. Albo raczej będzie próbowało wytłumaczyć się przy jej pomocy. Nietrudno jednak zauważyć, że choć legendy są potrzebne, często kryją się za nimi zaskakująco logiczne wytłumaczenia, a w tym przypadku na takie naprowadza choćby Graham Healy, autor książki The Curse of the Rainbow Jersey. Wskazuje on na fakt, że również zwycięzca Paryż-Roubaix bardzo często nie osiągał sukcesów przez następne 12 miesięcy. Ze swojej strony mogę natomiast dodać, że nierzadko ten smutny los spotykał na przykład zwycięzcę Wielkiego Touru.

Sam nasuwa się więc wniosek, że każdy spektakularny sukces wiąże się po pierwsze z nowymi obowiązkami – na przykład względem sponsorów czy mediów – jak z niełatwą do udźwignięcia presją albo przeciwnie, poczuciem, że osiągnęło się już wszystko. Sam Michał Kwiatkowski potwierdza w wywiadach, że zdaje sobie sprawę, iż trudniej jest potwierdzić zwycięstwo w Mistrzostwach późniejszymi rezultatami, niż je osiągnąć. Dlatego my powinniśmy uwierzyć, że wystarczy mu siły psychicznej, aby zmierzyć się z tym nowym wyzwaniem.

Żeby tylko uniknąć przekleństwa nadmiaru

A jak może to zrobić? Oczywiście nie ma jednej definitywnej drogi, a tęczową koszulką uhonoruje po prostu agresywną jazdą i walką o najwyższe triumfy. Jednak na horyzoncie wyraźniej od innych rysuje się jeden cel – zwycięstwo w którymś z pięciu monumentów. Bez owijania w bawełnę należy stwierdzić, że nie wszystkie są obecnie w zasięgu Kwiatkowskiego. Nasuwają się słowa Patricka Lefevere:
Wygrywanie to coś, czego nie można się nauczyć. To instynkt i albo go masz, albo nie. Jest w stanie wygrać każdy klasyk od Mediolan-San Remo po Lombardię. Może jeszcze nie jest gotowy na Roubaix, ale mógłby wygrać każdy z nich.

Ale z tym stwierdzeniem łączy się pewien problem. Przez opinię „kolarza, który potrafi wszystko“, ciężko ułożyć Michałowi Kwiatkowskiemu kalendarz wyścigowy. Z tego powodu często można odnieść wrażenie, że drużyna Omega Pharma-Quick Step przeciąża naszego zawodnika, a wszyscy wiemy do czego może prowadzić łapanie zbyt wielu srok za ogon.

Zamiast bujać w obłokach, cieszmy się tym, co mamy

Do tego dochodzi odwieczne marzenie o Wielkich Tourach, tak, jakby degradacją dla kolarza miało być niewalczenie o żółtą koszulkę. To szaleństwo przypada zresztą w udziale nie tylko kibicom Kwiatkowskiego, skoro plotka głosi, że swego czasu Fabian Cancellara (Trek Factory Racing) podpisywał się pod sms-ami „ktoś, kto gdyby był o dziesięć kilo lżejszy, mógłby wygrać Tour de France“. Wszyscy jednak wiemy, że dziwactwa „Spartacusa“ od jakiegoś czasu prowadzą go raczej na manowce i może warto wynieść z tego naukę.

Kwiatkowski może błyszczeć w Ardenach, wygrywać krótkie „etapówki“, walczyć w Mistrzostwach Świata i okazjonalnie zgarnąć etap na Wielkim Tourze – to chyba wystarczająco dużo, aby zaspokoić zarówno kibiców, jak sponsorów czy kierownictwo ekipy? O Gilbercie (BMC Racing Team) ostatnio pamiętamy głównie w kontekście klątwy tęczowej koszulki, ale może lepiej pomyśleć o tym, że przez jakiś czas był uważany za najlepszego kolarza na świecie, a „generalka“ Wielkich Tourów nie przyszła mu nawet na myśl?

Przecież nikt nie powiedział, że „Kwiatek“ musi za wszelką cenę w Wielkiej Pętli wystartować, prawdopodobnie w jego kalendarz nawet lepiej wpasowałaby się Vuelta. Pewnie ze względu na sponsorów skończy się to inaczej, ale centralnymi punktami jego sezonu powinny być raczej „Staruszka“ czy ten z najważniejszych tygodniowych wyścigów etapowych, który będzie miał najodpowiedniejszą trasę.

W Tinkoff-Saxo dwójka to już tłum

Cóż, jeśli w przypadku Michała Kwiatkowskiego ewentualny problem w skrócie moglibyśmy nazwać „klęską urodzaju“, Rafał Majka będzie mierzył się z innymi trudnościami. Jeżdżenie w ekipie Tinkoff-Saxo z pewnością ma wiele plusów – nadzór Bjarne Riisa oraz coraz bardziej wzmacnianego sztabu trenerskiego, możliwość uczenia się od najlepszych, ba, nawet z ekscentryzmu Olega Tinkova niejednokrotnie wynika coś dobrego. Ale Alberto Contador, jeden z najlepszych „etapowców“ wszech czasów, to niekoniecznie najlepszy kolega z drużyny dla kolarza, którego ambicją jest wygrywanie Wielkich Tourów.

Do tej pory z rozdziałem ról nie było większych problemów. Ale od kiedy apetyt Majki nieco urósł, a Contador celuje co najmniej w dublet, sprawa nieco się skomplikowała. Sam Rafał w wywiadzie udzielonym na starcie Tour de Cracovia powiedział, że jeśli chodzi o Giro i Vueltę, w jednym wyścigu będzie typowym pomocnikiem, a w drugim dostanie wolną rękę.

Każdy układ sił ma swoje zalety

Ale także tutaj nie ma powodu do paniki. Szczególnie biorąc pod uwagę naukę wyniesioną z tego sezonu, że szosa bardzo często przynosi nieoczekiwane rozstrzygnięcia. Contador i Majka mogą mijać się w krótszych etapówkach, niekoniecznie fizycznie nie występując w nich razem, ale nawet stawiając sobie odmienne cele. A zwycięstwo w tygodniowym prestiżowym wyścigu z pewnością będzie dla Rafała kolejnym wielkim sukcesem, zwłaszcza, że jego osiągnięcie pewnie okaże się znacznie trudniejsze niż triumf w Tour de Pologne.

Trzeba zresztą pamiętać, że w ostatnich sezonach niejednokrotnie było tak, że na podium Wielkiego Touru stało dwóch zawodników z tej samej drużyny. Dwukrotnie przytrafiło się to Froome’owi i Wigginsowi (Vuelta 2011 i Tour 2012), a wcześniej braciom Schleck (Tour 2011), Nibalemu i Basso (Giro 2010), Contadorowi i Armstrongowi (Tour 2009) oraz Contadorowi i Leipheimerowi (Vuelta 2008). W niektórych z tych przypadków dodatkowy lider wydawał się raczej balastem niż pomocą, żeby wspomnieć choćby ciągłe oglądanie się Andy’ego czy przysłowiowe „podkładanie świń“ przez Armstronga. Ale w innych zawodnicy funkcjonowali na zasadzie swoistej symbiozy i ciężko wyobrazić sobie, że jednemu tak dobrze poszłoby bez drugiego.

Oczywiście to wysoko postawiona poprzeczka, ale z pewnością sam Rafał Majka nie zawiesiłby jej niżej, a my nie mamy powodu, żeby nie wierzyć, że nie będzie wspinał się po kolejnych szczeblach kariery, pokazując przy tym determinację i wolę walki, jakimi imponował dotychczas.

Nie wszystko powinniśmy mierzyć wynikami

Z tego przede wszystkim możemy być zadowoleni, niezależnie od tego, co stanie się w 2015. Nasi zawodnicy są wielkimi mistrzami i wyróżniającymi się osobowościami, na co uwagę zwracają tak ważne postaci, jak choćby Greg Lemond. Nawet jeśli nie zawsze będzie im się udawało na pierwszym miejscu dojechać do mety, przynajmniej nie musimy przejmować się, że zabraknie im charakteru – a to więcej niż możemy powiedzieć o wielu niesamowitych talentach, o których mówiło się przez ostatnie lata. A przecież liczyć trzeba nie tylko na nich, bo mamy jeszcze innych zawodników i zawodniczki o niemałym potencjale – ale to już temat na inną okazję.

Ania Gmaj

Foto: UCI