Przemysław NiemiecZapraszamy na rozmowę z bohaterem 15 etapu Vuelta a Espana – Przemysławem Niemcem (Lampre-Merida).

Przemek wielkie gratulacje, wygrałeś 15 etap Vuelta a Espana, jak wyglądała końcówka tego odcinka z twojej perspektywy?

Dzięki, sam podjazd i końcówkę znałem, bo dwa lata temu tu podjeżdżałem. Wiedziałem, że między piątym a siódmym kilometrem powinienem zaatakować, gdyż to był najtrudniejszy moment podjazdu, tak też zrobiłem. Na bieżąco byłem informowany o aktualnej przewadze. Wiedziałem, że z tyłu idą bardzo mocne ataki i faworyci do wygrania wyścigu tak łatwo nie odpuszczą mojego odjazdu. Ale udało się dojechać do mety przed nimi.

Przyjechałeś zaledwie pięć sekund przed drugim Valverde…

Rzeczywiście, ale dla mnie nie miało to znaczenia, najważniejsze jest wygranie etapu, bo dzięki temu zapisałem się w historii kolarstwa, do tego na podjeździe na którym wygrywali tak wielcy kolarze jak Indurain, Hinault czy Delgado. Rozmawiałem ze swoimi hiszpańskimi kolegami i 15 odcinek był dla nich najważniejszy w tegorocznej Vuelcie. Tym bardziej cieszę się, że to ja przekroczyłem linię mety jako pierwszy.

Jak się czułeś do niedzieli? Noga chyba nie kręciła tak jak byś sobie tego życzył? Czy rywale byli za mocni?

Żeby walczyć z kolarzami typu Contador, Valverde czy Froome nie mam szans, są za mocni. Naprawdę są w bardzo dobrej formie. Uznałem wraz z ekipą, że lepiej sobie lekko odpuścić i powalczyć o wygranie etapu. Taktyka była taka, aby w drugiej części wyścigu iść w odjazd i powalczyć o zwycięstwo etapowe. Doszedłem do wniosku, że lepiej wygrać etap niż walczyć o pierwszą piętnastkę w “generalce”, której i tak nikt nie będzie pamiętał.

Jakie myśli miałeś w głowie przekraczając linię mety?

Pomyślałem, że w końcu się udało, po czterech latach ponownie na najwyższym stopniu podium. Smak zwycięstwa znam, ale to pierwsza wygrana w różowej koszulce Lampre-Merida, do tego w wielkim tourze. Ścigam się już wiele lat, ale to wspaniałe uczucie pokonać tak utytułowanych rywali, do tego na Lagos de Covadonga.

Jak spędzasz wolny dzień?

Rano zrobiłem sobie przejażdżkę. Potem byłem na prześwietleniu, bo po 15 etapie jak jechałem na kontrolę antydopingową, praktycznie przy zerowej prędkości upadłem. Był to na tyle nieszczęśliwy upadek, że uszkodziłem sobie nadgarstek. Mam nadal  spuchnięty, ale jak się okazało nie ma złamania. Do końca dnia relaks, odpoczynek i regeneracja sił.

Etap na Vuelcie czy szóste miejsce w generalce Giro d’Italia 2013. Który sukces ważniejszy?

Miejsce w czołówce wielkiego touru jest ważne, ale zwycięstwo etapowe podczas Vuelta a Espana stawiam na pierwszym miejscu, to najważniejszy sukces w mojej dotychczasowej karierze.

W tym roku na wiosnę wygrywał “Kwiatek”, potem Rafał Majka, teraz ty. Piękny to rok dla polskiej szosy. Idzie ku lepszemu?

Przydałaby się w Polsce ekipa World Tour, mamy sukcesy na arenie międzynarodowej, fajnie gdybyśmy mieli drużynę w najwyższej lidze w naszym kraju. Szkoda, że póki co się na to nie zapowiada.Myślę, że nasze sukcesy sprawią, iż więcej młodych ludzi wsiądzie na rowery, a dzięki temu pojawią się sukcesy w młodszych kategoriach.

Znalazłeś się w szerokiej kadrze na mistrzostwa świata. Wydajesz się być pewniakiem do ostatecznego składu. Jak oceniasz szanse Polaków w tegorocznym czempionacie? 

Jestem po rozmowie z Piotrem Wadeckim, drużyna szykuje się na pomoc Michałowi Kwiatkowskiemu, to on ma walczyć o dobry wynik. Wiadomo, że jest to wyścig jednodniowy i będzie to trochę loteria. Ale pojedzie nas dziewięciu, trasa jest dobra dla “Kwiatka” i zrobimy wszystko aby mu pomóc.

Na koniec zapytam, w jakich barwach cię zobaczymy w roku 2015?

Na razie nie mam podpisanego kontraktu, choć rozmawiam zarówno z Lampre-Merida jak i z innymi ekipami. Czas pokaże gdzie będę jeździł, mój menadżer nad wszystkim czuwa, wybiorę najlepszą dla siebie ofertę.

Dziękuję za rozmowę, życzę powodzenia.

Dzięki, pozdrawiam wszystkich kibiców.

Rozmawiał Marek Bala

fot. Ilario Biondi/BettiniPhoto