alejandro valverdeZa nami pierwsza część wyścigu Vuelta a Espańa. Rozegrano dziewięć etapów, podczas których widzieliśmy bardzo ciekawe ściganie i zmaganie się z trudnymi warunkami atmosferycznymi. Ale jest to zdrowa Vuelta – dosłownie i w przenośni.

Koszulka lidera zmieniała właściciela cztery razy. Nosiło ją dwóch Hiszpanów, Australijczyk i Kolumbijczyk. Etapy dwukrotnie wygrywali Hiszpanie, tyle samo razy Francuz i Niemiec, a także po razie Australijczyk, Kolumbijczyk i Włoch. Średnia wieku etapowych zwycięzców wynosi 26 lat i dużo szóstek po przecinku. Do tej pory rozegrano pięć etapów płaskich, trzy pagórkowate i jeden górski.

Na podkreślenie, a nawet pogrubienie i napisanie drukowanymi literami zasługuje BARDZO MAŁA LICZBA KRAKS, a jeżeli już takie się zdarzały, to były naprawdę niegroźne. Pierwsi kolarze wycofali się dopiero na siódmym etapie. Ivan Santaromita (Orica), Aleksejs Saramontis (IAM Cycling) i Bryan Nauleau (Europcar) nie doznali poważnych kontuzji, a Moreno Hofland (Belkin) opuścił wyścig przed dniem przerwy z powodu infekcji. Nerwowego pierwszego tygodnia Tour de France, nie da się porównać z początkiem ścigania w hiszpańskiej Vuelcie. Sprawia to, że emocjonujemy się tylko rywalizacją sportową, nie martwiąc się o rannych kolarzy, czy nie oglądając ekwilibrystycznych “akrobacji” upadających.

Po obejrzeniu pierwszego etapu będącego jazdą drużynową na czas, poddaję w wątpliwość sens rozpoczynania wielkiego touru właśnie taką konkurencją. TTT to bez wątpienia trudna sztuka, która znakomicie nadaje się na taką imprezę jak mistrzostwa świata. Natomiast w przypadku trzytygodniowego wyścigu funduje kolarzom tylko i wyłącznie ogromny wysiłek, a nam kibicom nierzadko oglądanie bardzo przypadkowego właściciela Maillot Rojo. I tak też było w tym roku. Ktoś pewnie pyta mnie teraz: czy musisz tak bardzo żałować tej koszulki Jonathanowi Castroviejo? Tak, ponieważ uważam, że liderem takiego wyścigu, jakim jest Vuelta a Espańa powinien być kolarz, który naprawdę na to zasługuje. Castroviejo nie dość, że był liderem przypadkowym, to jeszcze zdziwionym, a jego wypowiedzi po etapie nie powinny brzmieć: “fajnie, że mam ten trykot, ale już jutro go zdejmę, bo nie ja mam go nosić”. A gdyby zorganizować prolog, który wygrałby dajmy na to Cancellara, to wtedy byłoby coś.

Do niedawna mówiło się, że taki sprinter, jak Mark Cavendish, to najlepszy specjalista w tej kolarskiej dziedzinie na świecie. Po doświadczeniach tego sezonu można, a nawet trzeba twierdzić, że Kittel, Bouhanni czy Degenkolb niczym nie ustępują człowiekowi z wyspy Man. Moc, jaką prezentuje Francuz jest imponująca. W dodatku wie, jak się ustawić, by nie zmarnować pracy kolegów z drużyny. A kiedy jest sam, też potrafi skutecznie finiszować. Choć Degenkolbowi nic nie można odebrać, to jednak chyba dzięki Bouhanniemu będziemy wspominać płaskie etapy jako te, które kończyły się we wspaniały sposób.

Kolarzem, który w tym pierwszym tygodniu zrobił na mnie największe wrażenie jest Alejandro Valverde. Nie dość, że cztery dni jechał w koszulce lidera, to podczas szóstego etapu do La Zubii popisał się niesamowitą mocą i umiejętnościami. Jechał z przodu, potem przez dłuższy odcinek narzucał tempo w prowadzącej grupie, a na koniec jeszcze przyspieszył i ograł na finiszu doborowe towarzystwo z Froomem, Contadorem i Rodriguezem. Zanosi się na to, że tegoroczny zwycięzca Walońskiej Strzały, Clasica San Sebastian i Ruta del Sol dostanie ode mnie nagrodę dla najlepszego kolarza 2014 roku. On właściwie już ją ma. 34 lata, doświadczenie i forma – ta mieszanka daje piorunujący efekt. W dodatku Hiszpan jest częścią znakomicie jadącej drużyny Movistar. Brawo!

Do pracy wezwałabym niewidoczną i tak sobie jadącą Omegę Pharma-Quick Step, a więcej szczęścia życzę Ryderowi Hesjedalowi. Zwycięzca Giro d`Italia 2012 wciąż nie może odzyskać formy z tamtego okresu i miło by było zobaczyć tego zawodnika przekraczającego linię mety z uniesionymi w górze rękami.

Foto: bettiniphoto.net

Marta Wiśniewska