Przemysław NiemiecChciałem podzielić się z Wami dobrymi wspomnieniami z Giro, ale niestety za dużo takich nie znajdę. Mam mieszane uczucia po wyścigu, który nie potoczył się po mojej myśli. Pech długo nie chciał mnie opuścić i skutecznie utrudniał mi jazdę zgodną z oczekiwaniami.

Wszystko zaczęło się od ronda przed Monte Cassino. Było zamknięte z jednej strony i gdy wpadła na nie rozpędzona 200-osobowa grupa, zrobiło się masakryczne zamieszanie. Wszyscy lecieli na lewo i prawo. Ja przywaliłem z prędkością 71 km/godz. w krawężnik i połamałem swój rower. Udało mi się dotrzeć na metę na rowerze Cattaneo. Nawet nie myślałem wtedy o obrażeniach, chciałem tylko jak najszybciej wydostać się z tego pobojowiska. Później jednak wszystkie szlify mocno dawały mi się we znaki, nie tylko w trakcie jazdy. Miałem stłuczony cały lewy bok. Po kraksie codziennością stały się dla mnie opatrunki – inne na wyścig, inne do spania. Dobrze spisał się mój masażysta, który robił, co mógł, żeby doprowadzić mnie do stanu używalności. Tak pozdzierany jeszcze nie jechałem, dlatego trudno było się skupić tylko na wyścigu i odpowiedniej regeneracji każdego dnia. Zdecydowana większość z tych, którzy leżeli w kraksie pod Monte Cassino, albo się wycofała, albo też nie dała rady jechać na miarę swoich możliwości.

Pech objawiał się też u mnie łapaniem gumy w najgorszych momentach. Szczególnie na 8. etapie miało to poważne skutki. Bono dał mi swoje koło, gdy musiałem stanąć tuż przed podjazdem. Grupa była wtedy bardzo rozpędzona i nie dałem rady do niej dołączyć. Strata w generalce zrobiła się już wtedy poważna i nie miałem co myśleć o wysokiej pozycji na koniec wyścigu. W ostatnim tygodniu próbowałem zabierać się w odjazdy, ale do tego, żeby być w odjeździe, potrzeba też trochę szczęścia, a nie miałem go na wyścigu w ogóle. Na Stelvio zawadzał nam w ucieczce Kiserlovski, który był wysoko w generalce i wiadomo było, że grupa faworytów nie pozwoli mu na nic wielkiego. Na tym etapie lepiej mogli się zachować organizatorzy. Nierozważnie mówili o neutralizacji i część kolarzy się zatrzymała. Ja też stanąłem na chwilkę, żeby się ubrać, bo było strasznie zimno i musieliśmy zjeżdżać w tym chłodzie. Niektórzy mieli prawo być rozgoryczeni, ale myślę, że Quintana pokazał później, że nie wygrał Giro przez przypadek i w pełni zasłużył na zwycięstwo.

Muszę przyznać, że było to wyjątkowo ciężkie Giro, cięższe niż w zeszłym roku. Wydawało się, że pogoda nie może być gorsza niż rok temu, a jednak… Bez przerwy lało, zaczęło padać w Irlandii, we Włoszech nie było wiele lepiej pod tym względem, może z 5 etapów jechaliśmy w słońcu. Wychodzi na to, że jak chce się mieć słońce, trzeba się wybrać na Tour de France. Można się spodziewać, że i tam, i na Vuelcie moja ekipa będzie się chciała odkuć w generalce, na pewno motywacja do tego będzie wielka. Na Giro zabrakło nam tej kropki nad „i”, żeby mieć kogoś wysoko w generalce. Myślę, że mimo wszystko Lampre-Merida może zapisać wyścig na plus. Dwa wygrane etapy Ulissiego to nie byle co, zwłaszcza, że Diego zwyciężał w pięknym stylu. Ostatni raz moja ekipa wygrała dwa etapy na Giro w 2011 roku. Choć Ulissi to niesamowity talent, musiał odpuścić walkę o generalkę. Jeśli ma nogę, nie ma na niego mocnych, w końcu w ciągu trzech dni wygrał dwa etapy. Musi jeszcze zdecydować, w którym kierunku chce się rozwijać, czy raczej postawić na klasyki i tygodniowe etapówki, czy podporządkować treningi wielkim tourom i walce o generalkę w nich. Zaimponował mi bardzo na czasówce na 12. etapie, w której był drugi, tylko za kapitalnym tego dnia Uranem. Ulissi był w stanie tak pojechać dzień po tym, gdy wpadł do rowu. Musiałem wtedy na niego poczekać, żeby pomóc mu dołączyć do peletonu. Narzekał na problemy z oddychaniem po upadku, ale następnego dnia był już gotowy wykręcić świetny czas.

Wielkie słowa uznania należą się też Rafałowi Majce, który pojechał dobry wyścig i wyrównał mój wynik z zeszłego roku. Jest remis, w przyszłym roku powalczymy znowu. Rafał cały czas czujnie jechał z przodu, miał dobre wsparcie, na pewno stać go na wiele i oby rozwijał się tak dalej. Trochę zaskoczył mnie Aru. Ostatni tydzień w jego wykonaniu – czapki z głów. Pojechał rewelacyjnie, a jest jeszcze młody, więc Włosi słusznie pokładają w nim wielkie nadzieje. Świetnie poradził sobie z rolą lidera Astany, Scarponiemu też kraksa pokrzyżowała plany. W końcówce wyścigu było widać we Włoszech prawdziwą Arumanię. Polscy kibice też dawali o sobie znać, szczególnie w trzecim tygodniu, nawet znajomi z Bielska wybrali się na Zoncolan. Dziękuję wszystkim za wsparcie, za rok postaram się dostarczyć więcej radości.

Nie udało się we Włoszech, ale chciałbym się odkuć i będę szukał swojej szansy gdzie indziej. Świat się nie kończy, do października trochę ścigania zostało i nie ma się co załamywać. Najważniejsze wyścigi, które będę miał jeszcze do przejechania w tym roku, to Tour de Pologne i Vuelta a Espana. Dwa lata temu byłem 15. na Vuelcie, a wcześniej miałem słabsze Giro. Może i tym razem będzie podobnie?

Powoli dochodzę do siebie po wyścigu, w poniedziałek miałem przejażdżkę i później odstawiłem rower. Trzeba było trochę odpocząć. W tym tygodniu planuję wyjechać na trening z 2-3 razy. Chcę się dobrze przygotować do mistrzostw Polski, w których prawdopodobnie pojadę, i Tour de Pologne. Wcześniej nie planuję żadnych startów. Treningi na szosie będę łączył z treningami z pieluchami. Na dniach mam po raz drugi zostać ojcem. Jesteśmy spakowani i w pełnej gotowości bojowej. Oliwier wybrał już imię dla brata, a ja z Beatą chętnie zaakceptowaliśmy jego decyzję. Czekamy więc na Mikołaja, żeby rodzina mogła być w komplecie.

 

Foto: bettiniphoto.net

Źródło: przemyslawniemiec.blogspot.com