Bartosz Huzarski małeStary już jestem jak na kolarza zawodowego, a za mną dopiero pierwsza hiszpańska Vuelta. To dobitnie pokazuje ile lat zmarnowałem zanim udało mi się wyrwać do świata prawdziwego kolarstwa. Z drugiej jednak strony nie były to lata całkiem zmarnowane, miałem dobrych nauczycieli z których lekcji korzystam do dziś. Stojąc gdzieś po środku pokuszę się o podsumowanie Vuelty.

Wyścig bardzo przypadł mi do gustu, kolorowy, ładny, dobrze zorganizowany. Ciężki, ale wszystko na granicy rozsądku. Bez tryptyków po 7 godzin i 6 km przewyższeń, etapy głównie pomiędzy 160 a 200 km za to urozmaicone od samego początku aż do mety. Dużo finiszy na podjazdach i szybkie tempo etapów sprawiły, że te trzy tygodnie zleciały bardzo szybko.

Vuelta to jeden z niewielu wyścigów na świecie gdzie można się solidnie wyspać, fakt, że spać chodzimy około 23:30/północy, ale spałem niekiedy do 9 rano, to ważne przy takim wysiłku, gdyż sen jest najważniejszym czynnikiem regeneracyjnym. Dobra pogoda na przestrzeni całego wyścigu (pomijając dwa dni w Pirenejach), bezpiecznie, szerokie drogi sprawiały, że wyścig był bezpieczny, obyło się bez żadnych efektownych kraks.

Cała ekipa pojechała świetny wyścig, każdy dał z siebie 100%, wygraliśmy etap w pięknym stylu, ja zaliczyłem kolejne podium Grand Touru, kręciliśmy się w pierwszej 10, a Leo ukończył Vueltę, swój pierwszy trzytygodniowy wyścig na 9. miejscu. Jako team zostaliśmy sklasyfikowani na 8. pozycji. Jednym słowem bardzo dobre wrażenie i wspomnienia.

Dojechałem do Madrytu i nie czułem się mocno zmęczony, owszem przeżyłem kryzys w środkowej części wyścigu, ale w ostatnim tygodniu moja forma była bardzo dobra. Codziennie rano budziłem się wyspany i wypoczęty. To mnie szczególnie dobrze nastraja przed ostatnimi moimi wyścigami w tym sezonie.

Źródło: www.huzarski.pl