Radosław Romanik zakończył karierę. Powtórzmy: Radosław Romanik zakończył karierę. A przecież Dziadek wydawał się być niezniszczalny… Niewielu kolarzy może się pochwalić tak długą i pełną sukcesów karierą, niewielu zasłużyło sobie na tak duży szacunek i podziw w peletonie. Dlatego wiadomość o zakończeniu kariery, chociaż spodziewana, zaskakuje i sprawia, że… robi się jakoś smutno, bo z peletonu ubywa nie tylko kolarz, ale także wyraźna osobowość.

Radosław Romanik urodził się 16 stycznia 1967 roku w Kamiennej Górze. Treningi rozpoczynał w Górniku Wałbrzych, a jego pierwszym trenerem był Jarosław Nowicki. Później przyszły kolejne grupy: EB z dyrektorem Andrzejem Kołodziejczykiem i ZibiCasio Częstochowa z Leszkiem Różańskim. W ekipie PEKAES Irena Zepter Romanik po raz pierwszy jeździł pod okiem Zbigniewa Szczepkowskiego, stamtąd przeniósł się do Sprandi Jelcz Laskowice, gdzie dyrektorem był Jan Orda i do ekip, z którymi odnosił największe sukcesy: CCC Polsat Polkowice, prowadzonej przez Andrzeja Sypytkowskiego oraz DHL Author i Bank BGŻ Team, w których ponownie znalazł się pod skrzydłami Zbigniewa Szczepkowskiego.

Lista sukcesów Dziadka jest bardzo długa, a jej pełne opracowanie warto zostawić statystykom. Najważniejsze to: Mistrzostwo Polski, start na Igrzyskach w Atenach, 3. miejsce i wygrana klasyfikacja górska w bardzo silnie obsadzonym Wyścigu Pokoju i rekordowa liczba startów w tej imprezie – 12, 13 startów w Tour de Pologne, przy czym dwa razy jego praca pozwoliła liderom drużyny na wygraną w naszym narodowym tourze, zwycięstwa w Wyścigu Solidarności i Małopolskim Wyścigu Górskim, 6 triumfów w Bałtyk-Karkonosze Tour, wygrany Wyścig Dookoła Słowacji, start w Giro d’Italia (33 miejsce), 3. pozycja w Settimana Bergamasca i wygrana w klasyfikacji ProLigi Polsat Sport.

Dyrektorzy sportowi i koledzy z peletonu mówią o Romaniku z wielkim szacunkiem, podkreślają jego profesjonalizm, rzetelność, chęć pomocy innym, a także poczucie humoru często pomagające rozładować napięcia towarzyszące sportowej rywalizacji. Kiedy spotkaliśmy się w tym roku w Sobótce Dziadek powiedział mi, że brakuje mu roweru i wyścigowej atmosfery. Myślę, że w imieniu bardzo wielu osób związanych z kolarstwem mogę powiedzieć, że nam też brakuje Romanika kolarza, ale mam nadzieję, że pomimo zakończenia kariery nie zerwie kontaktu ze środowiskiem, w którym zajmuje tak ważne miejsce.

Radosław Romanik: Przede wszystkim chciałbym podziękować tym, którzy w różny sposób pomogli mi podczas długiej kariery. Byli to dyrektorzy sportowi z którymi współpracowałem najdłużej, a więc Andrzej Sypytkowski i Zbigniew Szczepkowski. Dziękuję Dariuszowi Miłkowi za 5 lat w drużynie CCC Polsat Polkowice i pozostałym sponsorom wspierającym reprezentowane przeze mnie ekipy. Dziękuję kolegom z szosy oraz masażystom i mechanikom. Dziękuję kibicom, szczególnie tym z fan klubu w Wałbrzychu, którzy wspierali mnie przez całą karierę. Dziękuję rodzinie, ze szczególnym uwzględnieniem mojego szwagra Zbyszka, który przez prawie 30 lat jeździł ze mną właściwie na wszystkie wyścigi. Na koniec zostawiłem podziękowania dla osób mi najbliższych, na które mogłem liczyć zawsze, zarówno w najlepszych jak i w najtrudniejszych momentach. To moja żona Bernadetta i córka Kaja, dziękuję im za wytrwałość i wyrozumiałość.

Kolarstwo przez wiele lat było moim sposobem na życie i nie żałuję takiego wyboru. Odniosłem sporo sukcesów, które dały mi bardzo dużo satysfakcji. W ostatnich sezonach starałem się także pomagać młodym zawodnikom, przekazać im swoje doświadczenie i wiedzę. Jeśli czegoś trochę żałuję, to niewykorzystanej szansy wyjazdu za granicę. Miałem propozycję jazdy we Francji, ale wcześnie się ożeniłem, urodziło mi się dziecko i nie zdecydowałem się na wyjazd. Przez to nie wykorzystałem pewnie w pełni moich możliwości jazdy w górach. Ale i tak moja kariera była wspaniała. Kolarstwo przedłużyło mi młodość i pozwoliło zwiedzić świat, poznać ludzi i kulturę miejsc, w które pewnie inaczej bym nie trafił. Tego mi nikt nie odbierze. Teraz mam zamiar spędzać więcej czasu z rodziną i poświęcić się wychowaniu urodzonej 5 lat temu młodszej córki Wanesy.

Zbigniew Szczepkowski: Koniec kariery Romanika to koniec pewnego pokolenia polskich kolarzy, pokolenia, które odniosło na szosie wiele sukcesów. Udało mu się być bardzo długo czynnym zawodnikiem, nie wiem czy ktoś jeszcze zdoła jeździć tak długo. Jego podstawowe cechy to solidność, rzetelność, pracowitość i ambicja. Szkoda, że przyszedł już czas pożegnania z rowerem, bo z pewnością przydałby się jeszcze w zespole. Zawsze chciał i potrafił dzielić się swoim doświadczeniem z młodszymi, potrafił poderwać ich do walki. Pewnie mógł w karierze osiągnąć jeszcze więcej, gdyby wyjechał ścigać się za granicą, ale wybrał inną drogę i w Polsce wygrał chyba wszystkie wyścigi poza Tour de Pologne. Zresztą sprawdzał się także w rywalizacji z najmocniejszymi, pamiętam, jak w 1997 roku był drugi na etapie Giro delle Regioni, szybszy od niego był tylko Danilo Di Luca, który 10 lat później wygrał Giro d’Italia. Romanik to z pewnością bardzo pozytywna postać w środowisku kolarskim i będzie go brakowało w peletonie.

Andrzej Sypytkowski: Miałem przyjemność poznać Dziadka z dwóch stron, najpierw razem jeździliśmy, a później byłem jego dyrektorem sportowym. Z tego pierwszego okresu pamiętam, że był zawsze zawodnikiem ocierającym się o kadrę, ale w Polsce po prostu brakowało dla niego podjazdów. Gdyby poszedł na przykład drogą Szmyda i wyjechał na Zachód, nawet zakładając, że musiałby kilka lat pracować na innych, mielibyśmy z pewnością wielkiego kolarza na najtrudniejsze wyścigi. Zdecydował jednak inaczej i myślę, że w Polsce także bardzo wiele osiągnął. Przez długi okres kariery nie wygrywał jednak tego, co powinien. Pamiętam wiele wyścigów, na których mógł urwać wszystkich, ale brakowało mu tego ostatniego pociągnięcia. Sam kilka razy miałem taką sytuację, że usiadłem mu na koło w momencie ataku i czułem, że jeśli jeszcze trzy razy naciśnie mocniej na pedały, to odpadnę, ale z jakiegoś powodu tego nie robił. W sumie był dużo silniejszy ode mnie, ale to ja wygrywałem. Potem nastąpił jednak przełom. Zapadła mi w pamięć jedna sytuacja, chyba kluczowa dla jego kariery. Byłem już wtedy dyrektorem sportowym i na wyścigu Bałtyk – Karkonosze ustawiliśmy pod niego całą drużynę. Powtarzałem mu, że bardzo w niego wierzę, chciałem go maksymalnie zmotywować. Na jednym z etapów poszła ucieczka i na kolejnym wiadomo było, że Dziadek ma do przypilnowania 6 czy 7 zawodników. Niestety, poszedł atak, Dziadek został i stało się jasne, że zwycięstwo w wyścigu przepadło. Miałem do niego pretensje, cała ekipa czuła, że zawiódł. Wprawdzie następnego dnia wygrał czasówkę na Okraj, ale to można było obstawiać w ciemno. I na kolejnym etapie, jakby chcąc się zrehabilitować, odjechał od peletonu razem z Markiem Galińskim. Jechali tak mocno, że nikt nie miał szans ich dogonić, ale na zjazdach dobry technicznie Galiński podyktował bardzo mocne tempo, a jadący na jego kole Dziadek nie wyrobił się na jednym z zakrętów i wylądował w rowie. Okazało się, że wyrwał sobie ramię. Zabrała go karetka i kiedy rozmawiałem potem z lekarzami powiedzieli mi, że czeka go miesięczna, lub nawet dłuższa przerwa w treningach. Dlatego nie mogłem uwierzyć, kiedy tydzień później zadzwonił do mnie i powiedział, że chce się ścigać. Zabandażowany, walcząc z okrutnym bólem, wystartował w wyścigach we Włoszech bo wiedział, że stawką jest udział w Tour de Pologne. Myślę, że właśnie wtedy stał się prawdziwym kolarzem. W kolejnym sezonie wygrał mistrzostwa Polski, wyścig Solidarności i był 3. w bardzo mocno obsadzonym Wyścigu Pokoju.

Tym co wyróżniało Romanika było przede wszystkim zdrowie. On miał po prostu naturalne predyspozycje do długotrwałego wysiłku i potrafił to wykorzystać. Podczas Giro d’Italia cały czas pracował na innych zawodników, a gdyby jechał na siebie, chociaż był to jego pierwszy wielki tour, mógł spokojnie zająć miejsce w pierwszej 20. Miał takie swoje powiedzenie, które wspominam do dzisiaj. Kiedy analizowaliśmy trasy poszczególnych etapów i dochodziliśmy do początku podjazdu Dziadek powtarzał: To już zostawcie mnie, wyjdę na zmianę i oddzielę ziarno od plew!

Dariusz Baranowski: Zapisałem się do Górnika Wałbrzych w 1986 roku, a Romanik był już jednym z najlepszych zawodników w klubie w kategoriach młodzieżowych. Byłem z nim na pierwszym swoim zgrupowaniu i już wtedy uczyłem się od niego. Później jeszcze trzy razy spotykaliśmy się w jednej drużynie, najpierw w Viktorii Rybnik, potem w CCC Polsat Polkowice i po raz ostatni w DHL Author. Dziadek był zawsze niezwykle solidny w tym, co robił, trenował na poważnie, nie było obijania się. Miał wielki talent do jazdy po górach, trudno to oczywiście porównać, bo ścigaliśmy się w różnych warunkach, ale wydaje mi się, że większy niż ja. Był lekki, miał bardzo dobrą wydolność i końskie zdrowie. Gdyby w młodości trafił za granicę, byłby jednym z najlepszych na świecie, z pewnością niejednokrotnie powalczyłby na najtrudniejszych etapach Giro czy Tour de France.

Kiedy myślę o Romaniku to oczywiście od razu pojawiają się wspomnienia jego dowcipów i żartów, ale potrafił też być poważny i uważny, szczególnie w kontakcie z młodymi kolarzami. Zawsze chętnie im pomagał, czego sam doświadczyłem i za co mu bardzo dziękuję.

Krzysztof Jeżowski: Dziadek był bardzo dobrym kolarzem, moim zdaniem jednym z najlepszych w Polsce. Zresztą o jego klasie świadczy to, że sprawdzał się także w najważniejszych wyścigach za granicą. Kiedy jechał Giro czy wyścig Dookoła Szwajcarii, spokojnie dawał sobie radę w rywalizacji z kolarzami z najwyższej półki. Wszyscy w peletonie znają jego poczucie humoru, to dusza towarzystwa. Zawsze potrafił zażartować, ale też opieprzyć, kiedy coś szło nie tak. To kolejny po Gronkiewiczu, Mickiewiczu czy Chrzanowskim kończący karierę kolarz, po którym w peletonie zostanie wyraźna dziura. O Dziadku można by pisać legendy, ja nigdy nie zapomnę jego żartobliwych okrzyków „Jeżu trzymaj się, bo będę finiszował!”, a przecież wiadomo, że czego jak czego, ale szybkości na finiszu raczej nie miał. My z kolei podjeżdżaliśmy do niego czasem i mówiliśmy „uważaj Dziadek, będziemy rantować!” A jazdy na rantach Dziadek wyjątkowo nie lubił…

Adam Probosz

 

Foto: Robert Słupik (Naszosie.pl)